Reklama

Barney, idol Holandii. Pięć mistrzostw świata, cztery dekady przy tarczy

Sebastian Warzecha

Autor:Sebastian Warzecha

21 grudnia 2023, 15:57 • 18 min czytania 0 komentarzy

Pięciokrotny mistrz świata. Człowiek, który rzucił wyzwanie Philowi Taylorowi, najlepszemu darterowi wszech czasów, i pokazał, że Anglika da się ograć. Mimo 56 lat na karku wciąż w szerokiej światowej czołówce. W Holandii od 25 lat idol, człowiek, na którym wychowało się kolejne pokolenie darterów z tego kraju, w tym choćby Michael van Gerwen, absolutny geniusz przy tarczy. Raymond van Barneveld w ostatnich latach przeszedł jednak wiele. Rozstanie z żoną, trudy znoszenia porażek, nawet krótką emeryturę, z której powrócił. Jutro Barney zagra w mistrzostwach świata z Polakiem, Radosławem Szagańskim. Poznajmy Holendra bliżej.

Barney, idol Holandii. Pięć mistrzostw świata, cztery dekady przy tarczy

 

Finał wszech czasów  

Jeszcze rok wcześniej Raymond van Barneveld był zawodnikiem BDO, mniejszej, ale wciąż prestiżowej organizacji. Ale równocześnie takiej tracącej na znaczeniu, zresztą już dużo wcześniej – w latach 90., po złotym okresie darta poprzedniej dekady, BDO gubiło kontrakty, transmisje telewizyjne i sponsorów. W 1992 roku jedynym turniejem pokazywanym na żywo w telewizji, były mistrzostwa świata.  

Dlatego szesnastu darterów powiedziało sobie, że trzeba coś zmienić. W tym choćby Phil Taylor, najlepszy zawodnik w dziejach. Po rozmowach założyli swoją organizację – WDC, które potem zmieniło się w PDC – początkowo z myślą, by koegzystowała z BDO. Szybko jednak powołali do życia własne mistrzostwa świata i wkrótce w świecie darta istniały dwie spore federacje. Ale to w PDC – za sprawą przybyłego wkrótce promotora, Barry’ego Hearna – pojawiły się większe pieniądze.  

CZYTAJ TEŻ: PHIL TAYLOR. OD PRODUKCJI SPŁUCZEK DO TOALET DO SZESNASTU MISTRZOSTW ŚWIATA

Reklama

A te ściągały kolejnych znakomitych darterów. BDO w tym układzie zostało jedynie starszym, ale biedniejszym bratem.

Owszem, mistrzostwa świata BDO wciąż był prestiżowe i wciąż oglądały je tłumy fanów. Ale prawdziwa chwała była w PDC. Tym bardziej, że był tam Phil Taylor. Raymond van Barneveld, czterokrotny mistrz świata BDO, sam to przyznawał. Dlatego w 2006 roku przeszedł do PDC. Ale miał też inne cele. – Zostać numerem jeden na świecie, wygrać mistrzostwa świata, pokonać Phila Taylora w telewizyjnym meczu i zaliczyć finisz dziewiątą lotką [najszybciej, jak to możliwe w pojedynczym legu – przyp. red.] – mówił.  

Wystarczyło mu 14 miesięcy w PDC, by osiągnąć to wszystko. Do historii przeszedł jednak najbardziej finał mistrzostw świata 2007. Możliwe, że najlepszy w dziejach.  

Barney, jak Raymond jest zwany, po raz pierwszy grał wtedy w mistrzostwach PDC. W BDO wygrywał wcześniej czterokrotnie. Taylor z kolei na koncie miał już 13 tytułów mistrzowskich, z czego dwa zdobyte w BDO, jeszcze przed rozłamem. Przez całe mistrzostwa przeszedł jak burza, do finału stracił tylko dwa sety na siedemnaście możliwych! Holender, rozstawiony z numerem „32”, najniższym możliwym, w czterech rundach wygrywał do zera.  

W drugiej za to zmierzył się z liderem rankingu, Colinem Lloydem. I tam rozegrał fantastyczny, emocjonujący mecz, w którym przegrywał już 0:3 w setach. A grano do czterech wygranych. Potem Barney zaliczył jednak genialny comeback, choć z pomocą rywala – ten bowiem miał cztery lotki na wagę meczu. Nie wykorzystał ani jednej.  

Ostatecznie doszło więc do meczu, na który wszyscy liczyli. Najlepszy gracz z BDO – teraz już w mistrzostwach PDC – versus najlepszy gracz w historii. Raymond van Barneveld kontra Phil Taylor. To miał być spektakl. I był.  

Reklama

Choć zaczęło się od dominacji. Taylor wygrał trzy pierwsze sety i dziewięć z dziesięciu rozegranych w tym czasie legów. Holender nie mógł odnaleźć swojej najlepszej gry, ale pozostawał spokojny. – Powtarzałem sobie: „Ray, po prostu się uspokój, będziesz mieć swoje szanse. Mój były menadżer podszedł blisko sceny w czasie meczu i krzyknął: „Ray, come on, uwierz w siebie!”. Nie wiem dlaczego, ale po tym nagle wszystko się ułożyło – wspominał van Barneveld.  

Od czwartego seta zaczął swój powrót do gry. Powoli odrabiał straty, po drodze zaliczył przepiękny finisz ze 129 punktów, dzięki któremu ostatecznie wygrał seta i zrobiło się już 2:3. A potem obaj szli w stronę decidera. Doszli do 6:6 w setach. Doszli do 5:5 w legach. Pozostał jeden, jedyny leg – nie było już mowy o grze na przewagi. Po trzynastu pełnych setach zadecydować miała jedna mała partia, zwycięzcą miał zostać ten, kto szybciej zejdzie od 501 do zera. Zacząć miał Barney, który w decydującym o tym rzucie, trafił idealnie w czerwony środek, tak zwanego bulla.  

Myślałem, że go mam, kiedy zacząłem od 180 punktów, ale on odpowiedział tym samym. Starałem się grać najlepiej, jak umiałem, ale nie byłem w stanie przeskoczyć ostatniego płotka. Powiedziałbym, że to najlepszy finał, w jakim grałem – mówił potem Phil Taylor. Raymond pokonał go, bo ostatecznie trafił topa, czyli podwójną dwudziestkę. Żeby było bardziej dramatycznie – ta podwójna sprawiała mu problemy przez całe spotkanie. 

W kluczowym momencie uległa. Choć dopiero za drugim razem. Za pierwszym spudłował. 

Nie mogłem w to uwierzyć. Przy 3:0 w setach myślałem, że nie wygram nawet lega! Phil nie pudłował, grał nieprawdopodobnie. Był nie do zatrzymania w swoich legach i wywierał na mnie ogromną presję w moich. Może ostatecznie byłem lepszym graczem, ale kocham go, wszystko co zrobił dla tego sportu jest niewyobrażalne. Regularnie patrzę na zdjęcie, które mam w swoim biurze. Trzymam na nim trofeum, z tyłu jest Phil. To jeden z najlepszych meczów, jakie w życiu zagrałem – mówił Barney. 

Holandia, nie po raz pierwszy, oszalała wtedy na jego punkcie. To był szczytowy moment jego kariery. I ostatni taki. Jak do niego doszedł i co działo się potem? Zacznijmy od pierwszej z tych kwestii. 

Brawa od największych

Najwcześniejsze sportowe wspomnienie? Pamięta, jak oglądał finał mistrzostw świata z 1974 roku, gdy Holandia przegrała z Niemcami Zachodnimi mimo prowadzenia. Płakał. Podobnie jak cztery lata później, kiedy lepsza od jego reprezentacji okazała się Argentyna.  

Sam zresztą grał w piłkę, ale w pewnym momencie po prostu zrezygnował. Potem próbował taekwondo, ale też się nie wciągnął i z tym sportem rozstał się całkowicie. Z piłką nie, do dziś jest fanem ADO Den Haag, swojego lokalnego klubu. Po swoich sukcesach został nawet ambasadorem klubu, choć rzadko może bywać na jego meczach, bo weekendami często rozgrywa swoje. 

Wśród idoli przez lata wymieniał standardowy holenderski zestaw: Johanna Cruyffa, Marco van Bastena i Dennisa Bergkampa. Z czasem doszedł do nich Eric Bristow, wielki darter, jeden z najlepszych w historii, w latach 80. pięciokrotny mistrz świata, który do tego pięć innych finałów przegrał. 

Kiedy i dlaczego pojawił się w gronie idoli młodego Barneya? 

Zacząłem grać przez tatę. Zabierał mnie do lokalnego baru w Hadze, a potem kupił mi tarczę, gdy miałem 15 lat. Kiedyś lokalna drużyna, która grała w barwach baru, poprosiła nas o to, byśmy ich zastąpili. Wtedy zacząłem grać w turniejach z ojcem i dwoma wujkami – wspominał Holender. Za początek swojej kariery wskazuje rok 1984, miał wtedy 17 lat. Bristow akurat zdobywał swoje trzecie mistrzostwo. 

Dart w Holandii był już wówczas całkiem popularny – grało w niego około 7000 osób. Przez lata się jednak rozwinął. Dziś aktywnych graczy jest niemal 50000. Duża w tym zasługa właśnie Raymonda. To on w pewnym momencie przełamał brytyjski monopol na sukcesy w tym sporcie. Zanim jednak do tego doszło, musiał w ogóle wejść na odpowiedni poziom. To zajęło mu siedem lat – dopiero w 1991 roku po raz pierwszy pojawił się na mistrzostwach świata BDO.  

Odpadł od razu. Ale dwa lata później poszło mu już lepiej.  

W 1993 zostałem pierwszym Holendrem, który nie odpadł w I rundzie. W kolejnej przegrałem z Johnem Lowe, 2:3. On zresztą wygrał w tamtym roku, ale ja zagrałem z nim świetny mecz. Zaliczyłem finisze z 161 i 170 punktów. Gdy po meczu wszedłem do pokoju VIP, to Eric Bristow, John Lowe, Bob Anderson i Phil Taylor mnie oklaskiwali. Wciąż mam gęsią skórkę, gdy o tym myślę – wspominał.  

Dla części wspomnianych przez niego zawodników był to zresztą ostatni rok w mistrzostwach BDO. Rok później przeszli do PDC, a Phil Taylor doszedł do pierwszego w dziejach finału mistrzostw świata tej organizacji, jednak przegrał w nim z Dennisem Priestleyem. Ray za to został w BDO, w przeczyszczonym towarzystwie w teorii mogło być mu w kolejnych latach nieco łatwiej. W 1994 roku nie osiągnął jednak na mistrzostwach świata niczego wielkiego. 

A kiepskie wyniki musiały go boleć. Regularnie w końcu powtarzał:  

W świecie darta jestem chyba tym zawodnikiem, który najgorzej radzi sobie z porażką. Nie chcę grać w turnieju jednej czy dwóch rund i wrócić do domu. Nie jestem taką osobą. Jestem zwycięzcą. Chcę podnosić trofea. Gdy odpadam szybko, to jest to dla mnie fatalny moment.

W 1998 roku nie musiał przejmować się porażką. 

Beatles co nie śpiewa

Na początku kariery trudno było mi wejść na poziom, na który chciałem. Pracowałem jako listonosz, od szóstej rano dostarczałem przesyłki, potem kończyłem pracę, brałem prysznic, przebierałem się i trenował do popołudnia, często nawet wieczora – wspominał Barney. Moment w jego życiu, gdy wszystko się zmieniło? Mistrzostwa świata BDO sprzed 25 lat. 

Do finału tej imprezy dotarł już trzy lata wcześniej, zaliczając przełomowych kilkanaście dni. Wtedy jednak lepszy od niego okazał się Richard Burnett. Walijczyk miał grać o tytuł mistrza świata jeszcze dwukrotnie – w kolejnym sezonie (pokonał go Steve Beaton) i trzy lata po swoim tytule. Wówczas znów zmierzył się z Raymondem van Barneveldem. I tym razem musiał uznać wyższość rywala.  

To był znakomity mecz, pełen emocji. Obaj darterzy dawali z siebie wszystko, doszło do decydującego, jedenastego seta. W nim po walce podwójną ósemką rywalizację zamknął Holender. Co ciekawe, średnia jego podejść do tarczy była znacznie niższa od tej rywala – 93.96 do 97.14. Barney trafiał po prostu wtedy, gdy stawało się to najbardziej istotne.  

Został więc mistrzem świata i numerem jeden w BDO. Przede wszystkim jednak: sportowym bohaterem Holandii.  

Po moim mistrzostwie rozpoczął się boom na darta. W sklepach sprzedano nagle niesamowicie dużo tablic i lotek. Ludzie zaczęli mnie rozpoznawać na ulicy, nawet w Wielkiej Brytanii. Dziwiło mnie, jak dużo zaproszeń dostałem do programów telewizyjnych – mówił van Barneveld. Swój przylot do kraju bezpośrednio po finale porównał do tego, co działoby się, gdyby w Holandii zjawili się Beatlesi.  

Nie to, żebym się do nich porównywał. Nie umiem śpiewać. Po mojej wygranej wszystko jednak wybuchło. W Holandii oglądało ten mecz, ponad pięć milionów ludzi, a w kraju żyje ich szesnaście. Dart zaczął u nas rosnąć, ludzie zobaczyli, że można z tego wyżyć. Ktoś nazwał nawet po mnie róże i tulipany. Szaleństwo. Gdzie nie poszedłem, ludzie krzyczeli: „Hej, Barney, 180!”. Obskakiwałem konferencje prasowe, występowałem w telewizjach – wspominał.  

Sukces dał mu możliwość wejścia na salony. Poznał wielu znanych sportowców. W tym piłkarzy: Franka i Ronalda de Boerów, Philipa Cocu, Marca Overmarsa, Patricka Kluiverta. W wywiadach niedługo po wygranej mówił, że największych idoli – Cruyffa, Van Bastena czy Bergkampa – jeszcze nie spotkał, ale wiedział, że ci oglądają darta. De Boerowie zresztą nawet grali, ponoć byli w tym całkiem dobrzy.  

Najlepszy w kraju był jednak Barney. To jego sukcesy oglądały tłumy ludzi, w tym dzieciaki. Kilka lat później za sprawą van Barnevelda dart spodobał się choćby nastoletniemu Michaelowi van Gerwenowi. Mighty Mike to dla wielu najlepszy zawodnik ery „post-Taylerowej”, trzykrotny mistrz świata i wieloletni lider światowego rankingu, który wciąż ma przed sobą zapewne dobrych 15 lat grania.  

Kto wie, czy w ogóle trafiłby przed tarczę, gdyby nie Raymod van Barneveld?  

Po moim sukcesie w darta pieniądze zainwestował rząd, mamy teraz dobry system szkolenia młodzieży. Myślę, że to też po części zasługa przerwy zimowej w naszej lidze piłkarskiej. Przez dwa miesiące w soboty niewiele się dzieje, na początku roku dart staje się niezwkle istotny – mówił van Barneveld. Ważne dla rozwoju jego sportu było też to, że on sam nie zwolnił.  

W 1999 obronił tytuł, w finale znów wygrał po thrillerze, 6:5, tym razem z Ronniem Baxterem. Potem zaczął się dla niego gorszy okres w mistrzostwach, szczególnie źle wspominał porażkę z 2000 roku, gdy już w pierwszej rundzie pokonał go Chris Mason. Mówił, że nie sprostał wówczas presji oczekiwań po dwóch tytułach mistrzowskich. Musiał to przepracować.  

Chwilę mu zajęło, ale ostatecznie wrócił na szczyt. Mistrzem świata BDO zostawał jeszcze w 2003 i 2005 roku. W 2006 doszedł do finału, ale przegrał z rodakiem, Jelle Klaasenem – pierwszym mistrzem z Holandii, który nie nazywał się Raymond van Barneveld. Cóż, Barney w pewnym sensie sam to na siebie sprowadził. 

I może dlatego uznał, że może z czystym sumieniem opuścić BDO. 

Grać z najlepszymi 

Dlaczego przeszedłem do PDC? Bo chciałem grać z najlepszymi. Chciałem wyzwań. Oczywiście, fakt, że był tam Phil Taylor sam w sobie był istotny. Poza tym jestem profesjonalistą, a PDC daje więcej możliwości. Zmiana? Była trudna, bo przez lata grałem w BDO, ale pod innymi względami było łatwo. Inni gracze świetnie mnie przyjęli, nie było żadnego problemu – mówił van Barneveld w 2007 roku. Czyli tuż po tym, jak zamienił BDO na PDC. 

Trudno było w tamtym czasie o większy „transfer”. Czterokrotny mistrz świata przechodził do drugiej, konkurencyjnej i rosnącej w szybkim tempie federacji, która już przejęła rolę „większej ryby” w darterskim oceanie. Wiadomo, Barney zaczynał od zera. Gdy przyszedł, był 140. na świecie. Ale też Barry Hearn doskonale wiedział, że trzeba zapewnić mu miejsce w turniejach, więc Holender otrzymał sporo dzikich kart i szybko mógł rosnąć w rankingu. 

Barry dał mi dziką kartę do Premier League. Pamiętam, jak po kilku tygodniach pomyślałem: „wow, to jest najlepszy event na świecie!”. Wygranie go znaczy niesamowicie dużo. Premier League i mistrzostwa świata to dwie imprezy, w których zwycięstwo smakuje najlepiej – wspominał.  

Jego przejście do PDC, było, oczywiście, wielkim wydarzeniem w Holandii. Przez osiem lat od pierwszego tytułu mistrza świata, hype na Barneya w jego ojczyźnie nieco przygasł, ludzie przyzwyczaili się do jego sukcesów w BDO. Van Barneveld często był jednak zatrzymywany na ulicy przez fanów, którzy pytali, kiedy wreszcie zjawi się w PDC i kiedy zagra przeciwko Taylorowi.  

Chciałem piątego tytułu mistrzowskiego w BDO, bo tyle mistrzostw miał Eric Bristow, mój idol, ale w PDC były lepsze pieniądze, turnieje na całym świecie, no i właśnie Phil. Gdybym został w BDO mógłbym powiedzieć sobie na koniec kariery, że byłem dobry, że wygrałem siedem czy osiem mistrzostw, ale nie mógłbym powiedzieć, że grałem z najlepszym na świecie – twierdził Raymond. 

Choć to nie do końca prawda. Z Taylorem spotykał się czasem na turniejach łączonych, w których brali udział gracze z obu federacji, głównie pokazowych. O wielką stawkę jednak przeciwko sobie nie grali. W PDC – jak już wiecie – zagrali od razu, w pierwszym sezonie Barneya, o największą. I to Holender wygrał. Ogółem jednak przez lata rywalizacji Anglik zaliczył 61 zwycięstw, przy 18 van Barnevelda.  

Ich rywalizacja i tak jest jednak uznawana za jedną z najlepszych w dziejach. Obaj dali bowiem dartowi mnóstwo fenomenalnych spotkań, choć mogłoby ich być nawet więcej, gdyby Barney szybciej przeskoczył do PDC. Najlepsze mecze? Poza finałem mistrzostw świta z pewnością finał World Matchplay z 2010 roku (w legach 18:12 dla Taylora), półfinał mistrzostw świata z 2013 roku (w setach 6:4 dla Taylora) czy całe mnóstwo meczów, które rozegrali w Premier League, często wygrywanych przez jednego czy drugiego na żyletki.  

Van Barneveld w 2007 roku, wygrywając mistrzostwa świata, sprawił więc kilka rzeczy. Po pierwsze, pokazał, że Phila Taylora da się pokonać nawet w najważniejszym meczu, co zobaczyli inni darterzy. Po drugie, zmotywował samego Anglika do cięższej pracy i ten przez dekadę grał jeszcze na najwyższym możliwym poziomie. Po trzecie, tym jednym meczem jeszcze bardziej nakręcił ich rywalizację i skierował medialną uwagę na darta, którą włodarze PDC potrafili przekuć w zyski.  

Przejście Raymonda do PDC pod wieloma względami napędziło całą dyscyplinę. Nie tylko za sprawą tych jednych mistrzostw, Holender szybko i znakomicie wkomponował się ogółem w grę w nowej federacji. Już pięć tygodni po debiucie rzucił swojego pierwszego nine dartera, który równocześnie był pierwszym w całej historii Premier League. Kilka lat później dorzucił kolejne takie finisze. Wygrał większość z najważniejszych turniejów.  

Stał się jedną z twarzy PDC. Zresztą całkowicie zasłużenie.  

„To boli” 

Po kilku latach tłustych, w końcu przyszły i chude. Barney sezon po sezonie grał odrobinę gorzej. Miewał swoje wielkie momenty – choćby pokonanie Jelle Klaasena w mistrzostwach świata 2009, w meczu, w którym rzucił pierwszego nine dartera w historii tej imprezy – jednak ogółem zaliczał powolny, choć stopniowy zjazd formy. Po latach wyjawił, że w okolicach 2014 roku zmagał się nawet z zaczątkami depresji. 

Nie czułem się dobrze. Nie cieszyłem się tym, jak żyłem. Cały czas grałem i grałem. Przestało mi się to podobać. Nie lubiłem nawet tego momentu, gdy wywoływali moje imię w telewizyjnych turniejach. W końcu powiedziałem sobie: „Musisz coś zmienić. Nie masz złego życia, wielu ludzi chce być tobą”. Znalazłem pomoc, poszedłem na terapię” – mówił.  

Terapia musiała pomóc, bo Ray nagle odżył. Od 2015 roku, przez kilka kolejnych sezonów, grał być może najlepszego darta w karierze… i niekoniecznie mógł być tym w pełni zadowolony. Bo on, owszem, grał wspaniale, ale jeszcze lepiej prezentowali się inni zawodnicy, z młodego pokolenia. Genialnym darterem stał się już Michael van Gerwen, jego rodak, który regularnie go wtedy ogrywał. Swoje dokładał też choćby świetny w tamtym okresie Gary Anderson. 

Obaj byli dla Barneya przekleństwem.  

Jestem zadowolony ze swojej gry. Osiągam najlepsze średnie w karierze. Ale przegrywam. A nie chcesz, by tak było. Wolałbym rzucać na średniej około 89 punktów, ale wygrywać. Przez ostatnie trzy lata byłem w półfinale mistrzostw świata, co jest świetnym wynikiem, ale jeśli nie podnosisz trofeów, to może zranić twoje uczucia – mówił. W jednym z tych półfinałów przegrał 2:6 w setach z van Gerwenem, który sam potem przyznawał, że Barney grał fantastycznie.  

Możliwe, że to był najlepszy mecz jego życia. Co jeszcze mógł zrobić? Grał fantastycznie, ale ja zagrałem mecz z kosmosu – mówił MvG. I miał rację. Van Barneveld rzucał w tamtym spotkaniu na średniej 109.34 i miał 68 procent skuteczności na podwójnych. Nikt wcześniej nie przegrał meczu w mistrzostwach świata, mając takie statystyki. Ba, to była druga najwyższa średnia z meczu w tamtym turnieju.  

Tyle że wtedy Van Gerwen rzucał na poziomie 114.05. I tu można napisać podobne zdanie: nikt wcześniej nie osiągnął takiej średniej w mistrzostwach świata. Swoją drogą to był rewanż – rok wcześniej MvG został w mistrzostwach zastopowany właśnie przez starszego rodaka. Może właśnie to nakręciło Michaela w 2017.  

Niemniej: Barney grał dobrze, ba, świetnie. A i tak nie mógł być w pełni zadowolony. Gdy jednak przestał rywalizować na takim poziomie, uderzyło go to znacznie bardziej. 

A stało się to właściwie kilka miesięcy później. Rok 2018 był dla niego kiepski sportowo i tragiczny prywatnie. Stracił kilku bliskich przyjaciół, jeden z nich zdecydował się na eutanazję z powodu choroby. – Podjął taką decyzję po konsultacji z lekarzami. Chciałem być przy nim, trzymać jego rękę w tym czasie, ale nie mogłem. Byłem w samolocie, gdy do mnie napisał. Byli z nim jego żona i rodzina, a ja nie mogłem nawet odpisać na SMS-a. Gdy go zobaczyłem, było już za późno. Przez takie chwile, nie chcę już grać w darta – mówił Holender.  

Podkreślał, że ma już ponad 50 lat. Że ma żonę, dzieci, nawet wnuki. Że chciałby więcej czasu poświęcić rodzinie. Do emerytury paradoksalnie namawiał go nawet… jego agent, widząc, że Raymond nierzadko w trakcie turniejów przy tarczy po prostu się męczy. I odpada w pierwszych, drugich rundach. A to dla zawodnika tej klasy było zdecydowanie zbyt wcześnie.  

Szczególnie gdy to ktoś, kto zawsze podkreślał, że nienawidzi przegrywać. Stąd w 2018 Raymond van Barneveld ogłosił, że po sezonie 2019 będzie chciał przejść na emeryturę.  

W kolejnym roku minie 35 lat, od kiedy gram w darta na najwyższym poziomie. Zauważyłem, że już nie jestem w stanie utrzymać się na szczycie. Wiem, do czego jestem zdolny, ale przez ostatnich kilka lat nie grałem wystarczająco dobrze. Nie wygrywam turniejów, w moim prywatnym życiu dzieje się wiele rzeczy, a moje ciało nie czuje się gotowe na sto procent [Raymond od lat zmagał się z cukrzycą, zdiagnozowaną w 2009 roku – przyp. red.]. Nie mam tej pasji, ognia, motywacji – mówił Holender.  

Podkreślał też jednak, że jego zdaniem może jeszcze wygrać mistrzostwo świata w jednej z ostatnich dwóch prób. Czuł, że stać go na jeszcze jeden wielki turniej. W 2018 roku przegrał w końcu dopiero w ćwierćfinale z van Gerwenem, po świetnym, zaciętym spotkaniu (4:5 w setach). W 2019 odpadł jednak w drugiej rundzie w meczu z Dariusem Labanauskasem. A rok później przyszła sensacyjna porażka z Darinem Youngiem, w pierwszej rundzie turnieju.

Nigdy sobie tego nie wybaczę. Będę się nienawidzić każdego dnia. Przez cały mecz nie czułem się komfortowo. W ostatnich tygodniach miałem wrażenie, że gram dobrze, ale teraz demony wróciły. Moje sukcesy? To przeszłość, nie mogę nią żyć. Gdy przegrywasz w pierwszej rundzie, jesteś amatorem. Nie należysz już do tego sportu, do jego najwyższego poziomu. Tak się czuję. To będę sobie powtarzać przez resztę życia – mówił. 

I takimi słowami pożegnał się z dartem. 

Nowy Barney 

Nie na długo. Już pod koniec 2020 roku poinformował, że chce wystąpić w PDC Q-School, gdzie zawodnicy rywalizują o karty do touru. I trzeba mu oddać, że faktycznie w ten sposób ją na powrót wywalczył. Całym swoim podejściem do darta pokazywał jednak, że nie boli go już to jak gra, że się zmienił, że zmieniła się też sytuacja.  

– Kiedy przegrałem z Darinem, czułem, jakby podłoga usunęła mi się spod stóp. Pomyślałem sobie: „Wow, to się nie dzieje”. Potem dałem głupi wywiad w Sky Sports. Byłem zdruzgotany. to miała być moja ostatnia szansa, nie mogłem sobie wybaczyć – mówił. W zmianie nastawienia pomogła mu Julia, jego dziewczyna. Bo to też ważna rzecz – wcześniej Barney przechodził przez trudny rozwód z wieloletnią żoną. Sytuacja z jego życia prywatnego odbijała się na jego grze.  

Gdy rozwód się skończył, niedługo później znalazl nową miłość. Julia okazała się w dużej mierze stać za jego powrotem do darta. – Pomogła mi podnieść się z dołka. Powtarzała, że nadal mam fantastyczne życie, miałem fantastyczną karierę, mam ją, mam dzieci, mam rodzinę – wspominał Holender. Dodawał też, że rok przerwy pozwolił mu zmienić priorytety. Do darta chciał wrócić i to zrobił, ale już myśląc o nim inaczej.  

Wrócił nie po to, by koniecznie wygrywać, a by cieszyć się grą i jeszcze swoje zarobić. Nigdy bowiem nie krył tego, że gra w dużej mierze dla pieniędzy, zwłaszcza teraz. Jego najlepsze czasy przyszły bowiem przed tym, jak do darta weszły duże sumy. Nie zarobił tyle, by utrzymać się z tego przez resztę życia, po prostu. W pewnym sensie musi grać, ale nie robi tego z powodu przymusu, a z powodu chęci. 

Przez rok spędzony na „emeryturze”, na nowo pokochał ten sport.  

Ludzie mi mówią: „Ray, jesteś teraz inny”. I tak, stałem się spokojniejszy. Kiedyś byłem skupiony na darcie, nie miałem czasu dla innych. Teraz jestem sobą, widzę inne rzeczy poza tarczą. Spotykam się z przyjaciółmi, odwiedzam rodzinę, jeżdżę na wakacje – mówił. Po powrocie do rywalizacji udało mu się wejść nawet do szerokiej czołówki rankingu, w tych mistrzostwach jest rozstawiony z numerem „29”. 

Do gry wejdzie jutro, w meczu drugiej rundy. Zmierzy się w nim z Polakiem, Radosławem Szagańskim. Barney będzie oczywiście wielkim faworytem, a jeśli wygra, to… nie spotka Petera Wrighta, turniejowej „4”, bo ten sensacyjnie został ograny 3:0 przez nierozstawionego Jima Williamsa. Z rywalizacji odpadł już też „13” James Wade. W teorii najgroźniejszym rywalem dla Holendra na drodze do ćwierćfinału w takim układzie może być turniejowa „20”, Andrew Gilding. 

Kto wie, może Barney skorzysta z okazji i przypomni, że nawet w wieku 56 lat wciąż potrafi grać na najwyższym poziomie? 

SEBASTIAN WARZECHA 

Fot. Newspix 

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

1 liga

Misiura: Na Ekstraklasę byłem gotowy już w 2020 roku

Szymon Piórek
0
Misiura: Na Ekstraklasę byłem gotowy już w 2020 roku

Inne sporty

Ekstraklasa

Nestorzy kontra młode wilczki na ławkach trenerskich Ekstraklasy

AbsurDB
2
Nestorzy kontra młode wilczki na ławkach trenerskich Ekstraklasy

Komentarze

0 komentarzy

Loading...