Nie piję kawy, wolę herbatę, moja droga. Lubię, jak mój tost jest przypieczony z jednej strony. I możesz to usłyszeć w mym akcencie, gdy mówię. Jestem Anglikiem w Nowym Jorku. Pierwsze wersy słynnej piosenki Stinga „Englishman in New York” to idealne odzwierciedlenie tego, jak bardzo różnią się od siebie te dwa narody, choć przecież mają w sobie również sporo podobieństw.
Od kolonialnych początków Ameryki po współczesne spory o słowo „soccer” – historia brytyjskiego i amerykańskiego angielskiego jest historią dwóch nacji, które od dawna idą własnymi drogami. Dlatego zbytnia pewność siebie Anglików wybierających się do USA, aby kibicować swoim ulubieńcom, nie jest wskazana. Językowo czeka ich kilka pułapek.
Co łączy Anglię, Austrię, Japonię i Tunezję? Wszystkie grają w biało-czerwonych barwach! Dlatego na Weszło rusza cykl „Biało-czerwoni”, w którym przyjrzymy się siedmiu reprezentacjom noszącym te same kolory co Polska. Czekają na Was specjalne materiały – zarówno tekstowe, jak i wideo. Obserwujcie kolejne odsłony i subskrybujcie Weszło TV, żeby niczego nie przegapić.
Spis treści
- Między Londynem a Nowym Jorkiem – wspólne korzenie dwóch odmian języka
- Niepodległość USA i narodziny językowej odrębności
- Public school, corn i inne pułapki językowe
- Imigranci, Indianie i słowa, których nie znała Europa
- Petrol czy gasoline? Jak społeczeństwo wpływa na język
- Hollywood, Internet i amerykanizacja angielszczyzny
- Football czy soccer? Spór starszy, niż się wydaje
- Cud na trawie i językowa rywalizacja po obu stronach Atlantyku
Między Londynem a Nowym Jorkiem – wspólne korzenie dwóch odmian języka
Historycznie Wielka Brytania i Stany Zjednoczone są nierozerwalnie powiązane w zasadzie od zarania dziejów ery nowożytnej. W 1492 roku Krzysztof Kolumb odkrył Amerykę, a niespełna sto lat później, bo w 1583 roku wyprawę kolonizacyjną na ten region zainicjował angielski żeglarz Humphrey Gilbert. Anglicy wraz z Hiszpanami i Portugalczykami byli najbardziej aktywnymi odkrywcami Ameryki Północnej, choć włączyli się do tej akcji nieco później od nich. Jeszcze większą ekspansję zaczęli prowadzić w XVII wieku, czego symbolem stało się odbicie Nowego Jorku z rąk Holendrów.
Wcześniej to miasto założone jako faktoria handlowa przez holenderskich kolonistów nosiło nazwę Nowego Amsterdamu, a w 1664 roku doszło do przejęcia całej prowincji przez Anglików. W tamtym czasie król angielski Karol II Stuart przekazał te ziemie swojemu bratu, Jakubowi II, a więc księciu Yorku. Stąd wzięła się nazwa miasta, która stała się inspiracją nie tylko dla artystów wszelakiej maści, ale też po latach najgęściej zaludnioną metropolią na terenie całego USA.
Pierwsi koloniści z Wielkiej Brytanii przywieźli ze sobą różne dialekty angielskiego z Anglii, Szkocji czy Irlandii. W tamtym okresie język angielski nie był jeszcze tak ujednolicony jak dziś. Co ciekawe, niektóre cechy współczesnego amerykańskiego angielskiego zachowały starsze formy wymowy i słownictwa, które później zanikły w Wielkiej Brytanii. Przykładem jest choćby wymowa spółgłoski „r” w słowach takich jak, „car”, „mother” czy „hard”. Dzisiejszy amerykański nadal zwykle wymawia tę głoskę, natomiast w wielu brytyjskich akcentach, zwłaszcza standardowym akcencie południowej Anglii „r” na końcu sylaby przestało być wymawiane w okolicach XVIII–XIX wieku. W tym sensie wymowa amerykańska zachowała starszy stan języka.
Podobnie sprawa się ma z tłumaczeniem znanej również bardzo dobrze w Polsce pory roku, a więc jesieni. W USA tłumaczy się ono jako „fall”, a w Wielkiej Brytanii „autumn”. Jednak jeszcze w epoce kolonialnej oba słowa były powszechnie używane w Anglii. Słowo „fall” było skrótem od wyrażenia „fall of the leaf” („opadanie liści”). Brytyjczycy stopniowo zaczęli preferować słowo „autumn” (pochodzenia francuskiego), natomiast Amerykanie zachowali starszą rodzimą formę.
Ciekawym przypadkiem jest również sformułowanie „gotten”. Ta forma była normalnym imiesłowem czasownika „get” w średnioangielskim i wczesnym nowoangielskim. Można ją znaleźć nawet w tekstach Williama Shakespare’a, jak choćby w „Ryszardzie III”. Brytyjczycy później prawie całkowicie z niej zrezygnowali („I’ve got better”), podczas gdy Amerykanie ją zachowali („I’ve gotten better”).
To zresztą zjawisko dostrzegane przez językoznawców w znacznie szerszym ujęciu. Kolonie często bywają bardziej konserwatywne językowo niż kraj pochodzenia. Podobny proces zaszedł np. z francuskim w Quebecu, portugalskim w Brazylii czy hiszpańskim w niektórych regionach Ameryki Łacińskiej. Po oddzieleniu się od Wielkiej Brytanii amerykański angielski rozwijał się własną drogą, ale część cech po prostu „zamroziła się” na wcześniejszym etapie. Tymczasem angielski w Anglii nadal ewoluował, zwłaszcza pod wpływem elit Londynu, zmian społecznych i standaryzacji wymowy.
Niepodległość USA i narodziny językowej odrębności
Przełomem w historii wzajemnych stosunków obydwu nacji stała się oczywiście wojna o niepodległość Stanów Zjednoczonych w latach 1775-1783. Narastające od lat napięcie było konsekwencją sprzeciwu trzynastu kolonii wobec działań Brytyjczyków, a zwłaszcza dążeń do ograniczenia ich samorządu i nakładanie nowych podatków. Symbolem wydarzenia stała się słynna „herbatka bostońska” – protest mieszkańców Bostonu przeciwko nałożeniu dodatkowych opłat związanych z zakupem popularnego napoju.
W grudniu 1773 roku przebrani za Indian aktywiści wdarli się na trzy statki Kompanii Wschodnioindyjskiej i zrzucili do wody 342 skrzynie z herbatą, co stało się iskrą zapalną rewolucji amerykańskiej. W wyniku konfliktu, Stany Zjednoczone uzyskały odrębność od Wielkiej Brytanii, a później Amerykanie zaczęli świadomie budować własną tożsamość narodową.

250. rocznica „bostońskiej herbatki” i symboliczne wyrzucenie worków z herbatą do Oceanu Atlantyckiego
Jedną z ważniejszych postaci tego procesu był Noah Webster, autor pierwszych wpływowych słowników amerykańskiego angielskiego. Promował on uproszczoną pisownię, co doprowadziło do takich różnic jak: „theatre -> theater”; „centre -> center” czy „honour -> honor”. Był to nie tylko proces, który wprowadzał zapis bardziej zgodny z wymową. Stanowiło to również symbol niezależności kulturowej od Wielkiej Brytanii. Po wojnie o niepodległość młode USA stanęły bowiem przed problemem – jak stworzyć naród złożony z mieszkańców trzynastu kolonii, które różniły się religią, pochodzeniem i dialektami.
Dla wielu elit politycznych wspólny język miał pełnić podobną funkcję jak: konstytucja, wspólny rynek czy symbole państwowe (flaga, godło). W 1789 roku Webster pisał, że „naród niezależny powinien posiadać własny system językowy”. Można powiedzieć, że po 1783 roku Atlantyk stał się nie tylko barierą geograficzną, ale również kulturową. W XIX wieku przeciętny Amerykanin miał już znacznie mniej kontaktów z Anglią niż przed wojną.
Public school, corn i inne pułapki językowe
Dwa ciekawe przykłady różnic, które nie były planowane, ale przyspieszyły po wojnie to choćby sformułowanie „corn”. Dla Brytyjczyka może to być po prostu dowolne zboże, a w Ameryce, gdzie dominowała kukurydza, to słowo zaczęło oznaczać właśnie ją. To efekt ekspansji rolniczej kolonii i późniejszego państwa. Różnie wyglądały również systemy edukacji w USA oraz Wielkiej Brytanii, co sprawia, że inaczej rozumiemy „public school”. Na Wyspach oznacza to prestiżową prywatną szkołę, a w Ameryce szkołę państwową.
W Wielkiej Brytanii słowo „public” miało po prostu inny kontekst – można je było tłumaczyć jako „otwarty dla ogółu społeczeństwa” (a przynajmniej dla określonej grupy obywateli), a nie „należący do państwa”. Stały się one szkołami dla elit, gdyż w XVIII czy XIX wieku nauka po prostu kosztowała. Z czasem takie szkoły zaczęły przyciągać arystokrację, ziemiaństwo, bogatych kupców czy przyszłych urzędników imperium.
Po uzyskaniu niepodległości USA budowały nowy system edukacyjny. W XIX wieku zaczęła się rozwijać idea szkoły utrzymywanej z podatków i dostępnej dla wszystkich dzieci. To właśnie te szkoły nazwano public schools, ponieważ były finansowane przez społeczeństwo i zarządzane przez władze publiczne. Brytyjczycy nie zmienili później swojej nazwy dlatego, że ten termin był już mocno zakorzeniony i oznaczał konkretną grupę prestiżowych szkół z internatem. Dlatego dla szkół państwowych przyjęło się sformułowanie „state school”.
Imigranci, Indianie i słowa, których nie znała Europa
Duże znaczenie dla poszerzenia odrębności od Wielkiej Brytanii miała też dla USA kolejna wojna, która wybuchła pomiędzy tymi państwami w 1812 roku. W XIX i na początku XX wieku do USA zaczęły także napływać miliony imigrantów z Europy – choćby Niemiec, Włoch, Europy Wschodniej czy Skandynawii. Wpłynęło to rzecz jasna na słownictwo i sposób używania języka. Amerykański angielski chętniej przyjmował nowe wyrazy i uproszczenia, takie jak kindergarten (z niemieckiego), ranch (z hiszpańskiego) czy canyon (z hiszpańskiego).
W Wielkiej Brytanii wpływy imigracyjne były inne i zwykle bardziej związane z imperium kolonialnym. Najwięcej zapożyczeń było oczywiście z Indii, jak choćby bungalow czy jungle, lecz ciekawym przypadkiem jest choćby tea czyli herbata. Ten emblematyczny dla Wielkiej Brytanii napój został przywieziony do Europy przez Holendrów z Chin i to właśnie z tamtejszego dialektu prowincji Fuijan pochodzi to słowo.
Nigdy oczywiście zbytnio w Wielkiej Brytanii nie przyjęły się też słowa charakterystyczne dla zwierząt czy roślin, z którymi angielscy osadnicy po raz pierwszy mieli do czynienia na początku XVII wieku. Nie miały one odpowiedników w Europie, więc w takich sytuacjach istnieją zwykle trzy możliwości: stworzyć nowe słowo, nadać staremu słowu nowe znaczenie lub przejąć nazwę od miejscowej ludności. Bardzo często wybierano trzecią opcję, a więc korzystano z języków rdzennych Indian.

„Moose”, a więc „łoś” jest jedną z maskotek zbliżającego się mundialu symbolizującym Kanadę
Tak było choćby ze słowem „moose” oznaczającym amerykańskiego łosia, znacznie większego od tego europejskiego. Słowo pochodzi prawdopodobnie z języka algonkiańskiego (rodzina językowa obejmująca wiele ludów północno-wschodniej Ameryki) – oznaczało po prostu „duże zwierzę zjadające gałęzie” lub „łoś”.
Podobnie sprawy się mają ze słowem „raccoon”, a więc „szopem praczem”. Pochodzi z języka Powhatan używanego na terenach dzisiejszej Wirginii i oznaczało mniej więcej: „zwierzę, które drapie rękami”. Wzmianki pojawiają się już około 1608–1610 roku – bardzo krótko po założeniu pierwszej brytyjskiej osady Jamestown. To jedno z najwcześniejszych słów rdzennych ludów przejętych przez angielski.
Ciekawym przykładem z tamtego okresu jest też słówko „tomahawk”, a więc „topór bojowy”. Również podchodzi ono z języka Powhatan i początkowo odnosiło się wyłącznie do broni rdzennych ludów. Później weszło do ogólnego słownictwa, a dziś oznacza też amerykańskie pociski manewrujące używane na polu bitwy przez marynarkę wojenną.
Petrol czy gasoline? Jak społeczeństwo wpływa na język
W XIX i XX wieku oba społeczeństwa jeszcze mocniej rozwijały się w odmiennych kierunkach. W Wielkiej Brytanii dominowały starsza struktura klasowa, monarchia, silniejsze przywiązanie do tradycji oraz większy wpływ regionalnych dialektów. W USA z kolei społeczeństwo stawało się z kolei bardziej mobilne. Kładziono silny nacisk na praktyczność i standaryzację, zwiększyła się też ekspansja na zachód oraz rozwój masowej edukacji i mediów. To doprowadziło do kolejnych różnic w słownictwie, takich jak „lift -> elevator” (winda); „lorry -> truck” (ciężarówka); „holiday -> vacation” (wakacje); „biscuit -> cookie” (ciasteczko) czy petrol -> gasoline (paliwo).
Warto zatrzymać się przy kilku z nich, jak choćby petrol i gasoline. „Petrol” wywodziło się z terminologii chemicznej związanej z ropą naftową, podczas gdy rozwój przemysłu naftowego w stanach takich jak Pensylwania czy Teksas doprowadził do rozpowszechnienia nazwy handlowej „gasoline”. Później skrócono ją do „gas”. To przykład wpływu rynku i komercjalizacji na słownictwo amerykańskie. Ciekawym przypadkiem jest też rozróżnienie „holiday” i „vacation”. To pierwsze słowo pochodzi od „holy day” oznaczającego „święty dzień”. Pierwotnie odnosiło się do świąt religijnych. W społeczeństwie silnie związanym z kalendarzem kościelnym termin ten rozszerzył znaczenie na dni wolne ogólnie.
Amerykańskie „vacation” pochodzi z łacińskiego „vacare”, a więc być wolnym od obowiązków. Początkowo oznaczało przerwę w działalności szkoły lub sądu. W XIX wieku zaczęło oznaczać wyjazd wypoczynkowy. To dobrze pokazuje różnicę kulturową. W Wielkiej Brytanii to dzień wolny jako część tradycyjnego kalendarza społecznego, a w USA czasowe odejście od pracy i obowiązków. W społeczeństwie nastawionym na pracę i mobilność słowo „vacation” nabrało szczególnego znaczenia.
Hollywood, Internet i amerykanizacja angielszczyzny
Ostatnie 100 lat to natomiast jeden z najciekawszych rozdziałów historii języka angielskiego. Przez pierwsze 150 lat po uzyskaniu niepodległości przez USA (ok. 1776–1920) brytyjski i amerykański angielski stopniowo się od siebie oddalały. Natomiast teraz obserwujemy jednocześnie dwa procesy: silny wpływ amerykańskiego angielskiego na brytyjski, głównie dzięki przewadze gospodarczej i kulturowej USA oraz utrzymywanie brytyjskiej odrębności językowej przez instytucje, edukację i poczucie tożsamości narodowej. Efektem nie jest zanik brytyjskiego angielskiego, lecz ciągłe negocjowanie granicy między wpływami amerykańskimi a tradycją brytyjską.
Choćby filmowy rozwój Hollywood w latach 1920 – 1945 sprawił, że ta dzielnica Los Angeles stała się globalną fabryką języka. Wcześniej Brytyjczycy mieli kontakt głównie z własną prasą i literaturą. Nagle miliony ludzi zaczęły regularnie słuchać jednak amerykańskiej wymowy. Brytyjczycy po raz pierwszy masowo usłyszeli słowa takie jak: „movie”, „okay (OK)”, „guy”, „jazz” czy „gangster”. Niektóre budziły wręcz sprzeciw elit językowych. Na początku XX wieku wielu brytyjskich nauczycieli uważało „okay” za nieelegancki amerykanizm. Dziś używają go praktycznie wszyscy.
Po II Wojnie Światowej sytuacja zmieniła się radykalnie. USA stały się dominującą potęgą gospodarczą i kulturową Zachodu. Brytyjczycy mieli codzienny kontakt z amerykańskimi żołnierzami, filmami, muzyką, reklamą i produktami konsumpcyjnymi. Do brytyjskiego angielskiego zaczęły przenikać słowa takie jak: „teenager”, „supermarket”, „hamburger” czy „milkshake”. W tym okresie wiele nowych pojęć pochodziło właśnie z USA, bo tam pojawiały się najpierw nowe zjawiska społeczne.
Ogromny wpływ miały również amerykańskie seriale, MTV, muzyka rockowa i hip-hopowa czy kultura korporacyjna. Najwięcej zrobił jednak rzecz jasna rozwój Internetu – miał on zdecydowanie większe znaczenie niż nawet Hollywood. Dlaczego? Bo wcześniej Brytyjczyk oglądał amerykański film przez dwie godziny. Dziś może przez cały dzień korzystać z amerykańskich platform społecznościowych, amerykańskiego oprogramowania czy amerykańskich serwisów internetowych.

Właściciel Facebooka i Mety Mark Zuckerberg
Wiele terminów technologicznych powstawało w USA i natychmiast rozprzestrzeniało się po świecie. Przykłady to choćby: „email”, „smartphone” czy „startup”. W praktyce brytyjski angielski niemal bez oporu przyjmował większość tego słownictwa. Mimo ogromnej dominacji amerykańskich mediów Brytyjczycy nie zaczęli jednak masowo mówić jak Amerykanie. Akcent jest bowiem jednym z najsilniejszych symboli tożsamości społecznej. Brytyjski odbiorca może używać amerykańskich słów: „cool”; „awesome” czy „movie”, ale nadal wymawiać je z brytyjskim akcentem.
Szczególnie ważną rolę odegrała w tym zakresie BBC. Przez znaczną część XX wieku promowała ona standardowy brytyjski angielski. Prezenterzy byli szkoleni tak, aby używać brytyjskich norm językowych. Podobną rolę odgrywały szkoły, uniwersytety czy administracja państwowa. To ograniczało wpływ amerykańskiej wymowy i pisowni.
Ostatnie lata to więc wzajemna wymiana i ciągła dwustronna komunikacja w tych dwóch odmianach języka. Brytyjczycy oglądają amerykańskie seriale. Amerykanie oglądają brytyjskie seriale. Brytyjczycy słuchają amerykańskich podcasterów. Amerykanie słuchają brytyjskich podcasterów. W efekcie młodsze pokolenia po obu stronach Atlantyku rozumieją nawzajem swoje słownictwo znacznie lepiej niż sto lat temu.
Football czy soccer? Spór starszy, niż się wydaje
Jest jednak w świecie piłki jeden z bastionów, który stanowi do dzisiaj sporą odrębność. Nawet w słynnym filmie „Gol” z 2005 roku, kiedy młody Santiago Munez przyjeżdża na treningi do Newcastle, oznajmia w pubie na śniadaniu, że będzie grał w „soccera”. Po zdziwionych minach towarzyszących mu kibiców szybko zmienia formę na „football”.
To stanowi przedmiot sporów od wielu lat, a często Brytyjczycy właśnie tutaj szukając swojej przewagi nad Amerykanami w świecie sportu, lekko pogardliwie przyporządkowali nazwę „soccer” jako amerykańską. A tymczasem wywodzi się ona właśnie z Wysp!
Od samych początków funkcjonowało jednak rzecz jasna słowo „football”. Pojawiło się ono w średniowiecznej Anglii jako określenie gier, w których piłkę kopano nogą (foot) i gracze poruszali się pieszo, a nie konno. W średniowieczu istniało wiele lokalnych odmian „footballu”, często zresztą bardzo brutalnych i bez jednolitych zasad.

Dopiero w XIX wieku brytyjskie szkoły i uniwersytety zaczęły standaryzować przepisy. W 1872 roku rozegrano zresztą pierwszy mecz międzypaństwowy pomiędzy Anglią a Szkocją. Wtedy wykształciły się dwa główne nurty: rugby football – pozwalający na noszenie piłki w rękach oraz association football – oparty głównie na kopaniu piłki. To właśnie drugi z nich jest dzisiejszą piłką nożną.
W 1863 roku powstała organizacja The Football Association (FA) jako pierwszy na świecie piłkarski związek sportowy. Ustalił on zasady nowej gry, którą nazywano „Association Football”. W elitarnych brytyjskich szkołach końca XIX wieku popularne było tworzenie skrótów z końcówką -er. Stąd wzięło się:
- Rugby → rugger
- Association → assoc. → soccer
Proces wyglądał więc mniej więcej tak: Association Football → assoc football → soccer
Tak więc soccer jest brytyjskim slangowym skrótem od Association Football. Słowo pojawiło się w Anglii już w latach 80. XIX wieku i to zdecydowanie najbardziej zaskakująca część tej historii.
Gdy sport trafił do USA, istniał już tam rozwijający się sport wywodzący się z rugby nazywany „futbolem amerykańskim”. W Stanach słowo „football” zaczęło więc oznaczać właśnie tę dyscyplinę. Aby odróżnić oba sporty, nazwę „soccer” zachowano dla gry znanej reszcie świata jako „football”. Z amerykańskiej perspektywy było to rozwiązanie praktyczne. I tu właśnie nastąpiła zmiana kulturowa.

Słowo „soccer” przyjęło się w USA, aby odróżnić piłkę nożną od futbolu amerykańskiego
Do połowy XX wieku w Wielkiej Brytanii zarówno football, jak i soccer były normalnie używane. Od lat 60. XX wieku piłka nożna stała się jednak dominującym sportem masowym, a słowo „football” zaczęło wystarczać samo w sobie. „Soccer” zaczęto postrzegać jako bardziej formalne, staroświeckie lub właśnie „amerykańskie”. W efekcie nowe pokolenia Brytyjczyków uznały, że prawdziwa nazwa to „football”.
Co ciekawe, poza USA słowo „soccer” jest nadal powszechne w kilku krajach anglojęzycznych, m.in. w Australii (gdzie przydomkiem tej reprezentacji jest zresztą „Socceroos”), Nowej Zelandii czy częściowo w Kanadzie, gdzie również istnieją inne popularne odmiany footballu (np. futbol australijski czy kanadyjski). Największy paradoks całej historii brzmi więc – słowo „soccer”, które dziś wielu Brytyjczyków uważa za amerykańskie, zostało wymyślone przez Brytyjczyków. Amerykanie po prostu zachowali je dłużej niż oni sami. Dla kibiców z Wysp „football” stanowi jednak istotny wpływ odrębności sportowej i w praktyce obie strony używają słów zgodnie z własną historią językową.
Cud na trawie i językowa rywalizacja po obu stronach Atlantyku
W ramach bezpośrednich starć na boisku częściej górą byli oczywiście Anglicy, którzy wygrywali z Amerykanami aż ośmiokrotnie, ale co ciekawe gdyby wziąć pod uwagę tylko mecze na mistrzostwach świata, to lepiej wypadają reprezentanci USA. Nigdy nie dali się oni Synom Albionu pokonać, a w XXI wieku zanotowali dwa remisy – w 2022 roku (0:0) i 2010 (1:1). Prawdziwą sensacją był z kolei triumf Amerykanów podczas pierwszego w historii meczu pomiędzy tymi nacjami na mundialu w 1950 roku.
Wówczas Anglicy, którzy do tamtej pory nie chcieli przystąpić do mistrzostw świata, gdyż i tak uważali się za najlepszych, dostali łupnia od grających na pół etatu skleconych naprędce Amerykanów. Zwycięskiego gola strzelił urodzony na Haiti Joe Gaetjens, który poza tym, że grał w piłkę to studiował i pracował na zmywaku w restauracji. Tamten mecz nie bez przyczyny określono więc „cudem na trawie”, podobnie jak wiele lat później „cudem na lodzie” stał się triumf amerykańskich hokeistów-amatorów nad Związkiem Radzieckim na Igrzyskach Olimpijskich w 1980 roku.
Kiedy więc angielscy kibice pojawią się na ulicach amerykańskich miast, mogą być pewni jednego: bez problemu dogadają się z gospodarzami. Chyba że rozmowa zejdzie na to, czy grają w football, czy w soccer. Wtedy okaże się, że za jednym słowem kryje się kilka stuleci wspólnej historii, rywalizacji i wzajemnych wpływów, które do dziś kształtują obie strony Atlantyku.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
fot. Newspix