Wczorajsza konferencja prasowa Florentino Pereza budziła nadzieje wśród fanów Realu Madryt. Spodziewali się ogłoszenia nowego trenera, spodziewali komentarza na temat wyników klubu, może wzięcia odpowiedzialności, przeproszenia za ostatnie dwa sezony i stanowczych działań po niedawnych aferach w szatni. Co dostali? Zdenerwowanego staruszka, który postanowił zaatakować wszystkich naokoło i tam szukać winy. W sobie – mimo że powinien – najwidoczniej jej nie widzi.
Florentino Perez widzi wady u wszystkich. Ale nie u siebie
Oczywiście, że to stary i sprawdzony sposób. Kiedy jest źle – odwróć uwagę, oskarż innych, sugeruj, że to oni są winni. Historia uczy o wielu przypadkach, gdy to działało. Również ta futbolowa. Pokaż ludziom wroga, a jest szansa, że odczepią się od ciebie. Nie da się stwierdzić, czy Florentino Perez wierzył w to wszystko, co wczoraj mówił. Prawda jest jednak taka, że niezależnie od tego – wypadł kiepsko.
Bo jeśli wierzył, to znaczy, że zafiksował się na punkcie mediów i ich doniesień na temat Realu, a sam uważa, że nie popełnił błędów i Królewscy są wielcy niezależnie od wszystkiego. Bo wielkość tę tworzy ich historia, a nie obecne rezultaty.
Jeśli nie wierzył, to znaczy, że kompletnie nie zrozumiał nastrojów wokół klubu i tego, czego oczekują kibice. Bo zdecydowanie nie był to atak na media, tym bardziej tak kiepski. Bo Perez przez większość konferencji wręcz majaczył na ich temat, kłócił się z konkretnymi dziennikarzami, ze dwa razy uciekł się do seksizmu, a wreszcie – w zasadzie ominął wszystkie istotne tematy.
Bo nie było na tej konferencji, naprawdę, niczego konstruktywnego. Żadnej nowości. Tylko złe media, Negreira i to, że Real jest klubem wielkim, największym na świecie. No, jasne, była wiadomość o rozpisaniu nowych wyborów – to fakt. Tyle że trudno przypuszczać, by Florentino miał tam mieć jakiegokolwiek rywala, bo by w ogóle stanąć z nim w szranki potrzebny do spełnienia jest szereg warunków.
CZYTAJ: FLORENTINO PEREZ JAK PÓŹNY BRZĘCZEK. OBLĘŻONA TWIERDZA NA PEŁNEJ
Tak więc: konferencja nie tylko niczego nie zmieniła, a wręcz obraz Królewskich aktualnie pogorszyła. Nawet w oczach ich fanów.
Brawo, panie prezydencie. Mistrzowskie posunięcie.
Dwa puste sezony. Z winy prezesa
Real Madryt nie zdobył żadnego trofeum w ostatnich dwóch sezonach. No, poza Superpucharem Europy na start 2024/25, ale w takim klubie o tego typu wygranych zapomina się następnego dnia. Potem – pustka w gablocie. I obserwowanie jak dwa tytuły ligowe zdobywa największy rywal. W Lidze Mistrzów z kolei kompromitacja z Arsenalem przed rokiem i bliski, zacięty, ale jednak przegrany dwumecz z Bayernem w tym sezonie.
Do tego sporo bolesnych porażek – głównie tych z Barceloną, która w meczach z Realem lubiła sobie poszaleć i nastrzelać bramek.
Z Realem w tym czasie pożegnało się kilku zawodników wielkich. Odszedł Toni Kroos, zresztą na piłkarską emeryturę. Sezon później jego śladem podążył Luka Modrić, choć on akurat z piłką jeszcze się nie pożegnał. Strata takiego gościa jak Nacho też mogła Real zaboleć, a i fakt, że nie został w klubie – choć grał tam sezon – Joselu, doświadczony weteran, co z niejednego pieca chleb jadł i swoje umiał na boisku dołożyć, mógł być odczuwalny.
W klubie, owszem, zostało kilku weteranów. Dani Carvajal jednak częściej leczy się niż gra, a do tego sprowadzono mu Trenta do rywalizacji. David Alaba od kilku sezonów jest w takim stanie, że kibice Realu przypominają sobie o jego istnieniu, gdy akurat znajdzie się w kadrze meczowej. Antonio Rudiger to… na pewno nie materiał na lidera szatni, ujmijmy to delikatnie. I tak w sumie rozsypała się ta piramida, nie było komu poprowadzić tego okrętu do dobrego portu.
A Florentino Perez myślał inaczej. I spokojnie obserwował, jak w klubie władzę w całości przejmują piłkarze. I to w dużej mierze ci nadal młodzi, ale z już rozdmuchanym ego.
Perez nie potrafił powiedzieć, że to trener ma być głównodowodzącym. Carlo Ancelotti był dla niego szkoleniowcem idealnym, bo po prostu robił swoje, cokolwiek by mu Florentino nie rzucił. A rzucał kilku lewoskrzydłowych, bez prawego skrzydła. Nie dodawał żadnych obrońców, gdy trzech środkowych było połamanych. Nie uznawał za konieczne poszukać zastępstwa Toniego Kroosa. I tak dalej, i tak dalej.
Ancelotti poległ po części sam, po części przez piłkarzy, ale głównie – przez Florentino Pereza. Dokładnie tak jak Xabi Alonso. Tyle że to sytuacja jeszcze bardziej niezrozumiała. Bo owszem, szatnia się buntowała, podzieliła na grupy. Ale prezes zatrudnił wymarzonego trenera, który miał stworzyć wieloletni projekt. Sprowadził nawet kilku piłkarzy „pod Xabiego” właśnie. A potem nie dał mu nawet cienia szansy, gdy przyszedł pierwszy kryzys. Nie postawił na niego. Wybrał piłkarzy.

Xabi Alonso szybko przekonał się, że Florentino Perez nie wspiera trenerów. Fot. Newspix
Efekt był taki, że Alvaro Arbeloa wchodził do szatni, w której jedynym rozwiązaniem jawiło mu się podlizać się zawodnikom. Więc tego próbował. Przez chwilę działało, potem zaczęły się porażki. Ale było już za późno na to, by stać się surowym dyktatorem, narzucić swoją wolę. To podejście też nie zadziałało.
Real znów przegrał wszystko. Trzeci trener w dwa sezony też nie podołał, a w efekcie do ogródka Florentino Perez wleciał trzeci nie kamyczek a głaz.
Dodajmy do tego fatalną przez długi czas budowę kadry i decyzje dotyczące transferów. Bo owszem, konstruowano to wokół wielkich talentów oraz zawodników utytułowanych, doświadczonych, a tanich. W pewnym momencie ta koncepcja się jednak sypnęła, a zarząd… w ogóle na to nie zareagował. Dopiero Alonso udało się wymóc kilka transferów, tyle że nie dostał tego, o którego najbardziej prosił – pomocnika w typie Kroosa, regulatora gry. A Dean Huijsen, Alvaro Carreras czy Franco Mastantuono to wszystko zawodnicy po części na teraz, ale głównie na przyszłość.
Bo Xabi miał w stronę tej przyszłości zmierzać właśnie. A wyszło, jak wyszło. Florentino Perez szybko z tej koncepcji zrezygnował. Nie uderzył pięścią w stół, nie postawił sprawy wobec piłkarzy jasno. Wybrał ich, poświęcił trenera, jakby był nic nie znaczącym pionem.
A Real nadal przegrywał.
Ave, cesarz
Po jednym z najgorszych sezonów w historii Realu Madryt, Florentino Perez wyszedł wczoraj na konferencję prasową. I oczywiście, Królewscy mieli już sezony bez trofeów. Ale chodzi też o całą atmosferę wokół klubu. Fani gwizdali na jego główną gwiazdę za to, jak ta grała i jakie wymogi stawiała wobec przedłużenia kontraktu. Zawodnicy kłócili się z rywalami, sędziami i ze sobą. Wykazywali wielkie braki w zaangażowaniu. Szatnia podzieliła się na grupki.
Właściwie trudno byłoby znaleźć fana, któremu pod koniec sezonu chciało się ich oglądać. To było jak schyłkowa faza Galacticos, tyle że… wielu tych gości jeszcze nie zapracowało sobie na to, by traktować ich jak takie gwiazdy.
Wymienić tych, którym kibice nic nie mogli zarzucić jest łatwo. Thibaut Courtois, może Arda Guler i ze dwóch-trzech stale kontuzjowanych, jak Eder Militao, bo ci właściwie nie mieli z tym sezonem wspólnego nic albo bardzo mało. A poza tym? Degrengolada, paskudna zbieranina, która obrzydziła wielu osobom ten sezon. Sam jestem fanem Realu i szczerze przykro mi, gdy muszę używać takich słów. Ale tak to właśnie wyglądało.
Więc jeszcze raz: Florentino Perez wychodzi na konferencję prasową niedługo po przegranym El Clasico, w którym Barcelona zapewniła sobie tytuł mistrzowski, a w którym Real wyglądał, jakby po prostu nie chciał być na tym boisku.
I co mówi w takiej sytuacji prezes?
Że rozpisuje nowe wybory. No fakt, to ważna informacja, bo do tych terminowych zostały trzy lata. Tyle że na zgłoszenia jest kilkanaście dni, a trzeba do takowego spełnić szereg czynników. Rywala więc najpewniej albo nie dostanie, albo dostanie jednego, dość mocno szemranego. Pewnie wygra i to bez problemu, zresztą ostatnie faktyczne wybory na prezydenta (gdy nie startował jeden kandydat, czyli Perez właśnie)… to rok 2006 i wybory po tym, jak Florentino wówczas zrezygnował.
Innymi słowy – to nie bomba, to niewypał.

Florentino Perez z kciukiem do góry. Ostatnio jednak częściej ten kciuk idzie w dół. Czy to dla kolejnych trenerów, czy dziennikarzy. W górę trzyma go głównie dla siebie. Fot. Newspix
Do tego Florentino dostarcza prawdziwy popis czy to syndromu oblężonej twierdzy, czy „trumpizmu”, czy prawdziwego zacietrzewienia. Kłóci się z dziennikarzami. Mówi o anulowaniu subskrypcji hiszpańskiego ABC. Wypomina fejkowe newsy. Zarzuca dziennikarce, że jest kobietą i (w domyśle) pewnie niewiele wie o piłce. Wspomina sprawę Negreiry, odwracając uwagę od siebie i Realu. A przynajmniej od problemów tego ostatniego.
Bo po pierwsze mówi, że nie będzie rozmawiać o sprawach sportowych (to po co ta konferencja?), a po drugie – że Real to wielki klub, że największy w historii i że wszyscy chcą jego upadku. No i może jest w tym ostatnim jakieś źdźbło prawdy, a co do tej „największości” to dyskutować można. Tyle że od dwóch sezonów największy nie jest zdecydowanie.
Perez tkwi jednak w swoim świecie, w którym najwidoczniej jest wielki, nieomylny i doskonały. Dokładnie tak jak – jego zdaniem – sam Real.
Zapatrzenie w wielkość
Real Madryt jest bowiem zapatrzony w wielkość. I oczywiście, że ma do tego prawo. Jest najlepszym klubem w historii Pucharu oraz Ligi Mistrzów. Najlepszym klubem w historii hiszpańskiej ligi. Jednym z najlepszych – a dla wielu: najlepszym – w historii piłki w ogóle. Trudno nie czuć tej wielkości, trudno jej nie podkreślać.
Zawsze mówiono też jednak, że w Realu przeszłe sukcesy się szybko zapomina, bo chce się więcej. Bo pragnie się kolejnych zwycięstw. Mówią o tym obecni piłkarze. Mówią byli. Mówi każdy, kto się tam choć przez chwilę znalazł.
Tyle że od jakiegoś czasu można odnieść wrażenie, że w filozofii Realu coś się zmieniło. Nie ma: „Musimy się starać, żeby wygrywać, bo tak robi Real Madryt”, a jest „Będziemy wygrywać, bo jesteśmy Realem Madryt”. Tak jakby te wygrane miały przyjść same. Jakby inne ekipy miały się Królewskim kłaniać i dziękować, że ci zechcieli zaszczycić swoją obecnością ich stadiony. Kiedy Getafe, Celta czy Mallorca nie chcą tego robić, piłkarze Realu są zdziwieni, a z czasem – zdenerwowani. I reagują szarpaninami, kłótniami, czerwonymi kartkami.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Zdaje się jednak, że trudno by nie byli, skoro nawet prezes nie przyznaje się do błędów (a ryba, wiadomo, psuje się od głowy), a zamiast tego podkreśla ataki z zewnątrz i historię. To naprawdę wygląda tak, jakby Perez na starość zatracił się w tym, co było, a nie w tym, co być może. Jakby uznał, że Real to Real, że będzie zdobywać trofea. Jakby – i to przykre stwierdzenie – odjechał mu współczesny futbol (ale nie ekonomia, bo finansowo Real wciąż prowadzi dobrze, należy oddać mu sprawiedliwość).
Przy tym nie zauważa problemów. Braku liderów w szatni. Niezbilansowanej kadry. Trenerów bez wsparcia z góry. Wszystko to ma na przykład znajdująca się w znacznie gorszej sytuacji finansowej Barcelona. I to działa. A w Realu? Przez ostatnie dwa sezony wspominają sukcesy, dokładnie tak jak przed konferencją Pereza. Bo chyba nie jest przypadkiem, że włączono wtedy skróty finałów wygranych Lig Mistrzów.
Jeśli jednak Florentino Perez swojego podejścia nie zmieni, to kolejne highlighty do takich kompilacji mogą nie przyjść przez lata. Bo jeśli on tego nie zrobi, nie zrobią tego też rozpieszczeni piłkarze. I kto by do tej szatni nie wszedł, szybko tę filozofię przejmie.
Wielkość w piłce szybko bowiem przemija. Perez o tym wie – jego projekt Galacticos przecież upadł. Ale zdaje się, że o tamtych niepowodzeniach już zapomniał.
I przez to teraz zmierza w podobnym kierunku.
SEBASTIAN WARZECHA
CZYTAJ WIĘCEJ O ZAGRANICZNEJ PIŁCE NA WESZŁO:
- Liverpool się pogubił. Arne Slot nie daje już odpowiedzi
- Grał z naderwanym więzadłem. Uznano, że nie potrzeba leczenia
- Madrytczycy krytykują Lewandowskiego. Powodem kontrowersyjna flaga
Fot. Newspix