Długą drogę w ostatnich dwóch latach przeszedł nowy – i stary zarazem – mistrz Polski. Kibice rozczarowani piłkarzami, piłkarze obrażeni na kibiców, a gdzieś w tym wszystkim zmiana trenera i zapowiedź nowego otwarcia. Władzom Lecha wtedy nie wierzył nikt. Teraz mogą wyjść i z dumą zakomunikować światu, że się udało. Zrobili coś, czego dwa lata temu nikt nie zakładał nawet w najśmielszych snach.
Lech właśnie po raz pierwszy od ponad 30 lat obronił tytuł mistrza Polski. Zrobił to ciężką pracą i konsekwentnym trzymaniem się obranej strategii. Na napotykanych przeszkodach potrafił się poważnie zachwiać, ale nigdy całkiem się nie wywrócił. Wreszcie po istnej przeprawie dotarł do momentu, do którego od tylu długich lat dążył. Kolejorz w tym momencie to najlepszy klub w Polsce, który ma wszystko, by na dobre zdominować krajowe rozgrywki.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Ekstraklasa. Lech Poznań obronił mistrzostwo Polski! Jak długą drogę przeszedł Kolejorz
Spis treści
- Ekstraklasa. Lech Poznań obronił mistrzostwo Polski! Jak długą drogę przeszedł Kolejorz
- „Pedro Pedro pe”, marsz żałobny i Mariusz Rumak. Od tego wszystko się zaczęło
- Iskra nadziei. Przyjście Frederiksena, które zmieniło wszystko
- Pierwszy tytuł w nowej erze. Sukces w końcu został skonsumowany
- Po raz pierwszy się udało. Gra na trzech frontach to nie wyrok
- Nie zawsze było kolorowo. Lech się chwiał, ale znokautowany nigdy nie został
- Lech to najlepszy klub w Polsce. Obrana strategia przyniosła efekty
„Pedro Pedro pe”, marsz żałobny i Mariusz Rumak. Od tego wszystko się zaczęło
25.05.2024. Symboliczna data końca poprzedniego Lecha Poznań. Właśnie wtedy zakończyły się jedne z najgorszych rozgrywek poznańskiego klubu w ostatnich latach. Wszystko działo się w oparach absurdu, goryczy rozczarowania zastąpionej ironią, drwiną i sprowadzeniem całej sytuacji do imprezy plażowej. Upadek zwieńczony marszem żałobnym. Rzeczywiście, to był pogrzeb tego starego Lecha, starej gwardii z Mariuszem Rumakiem za sterami. Na szczęście dla wszystkich w Poznaniu, taki wstrząs pozwolił na wyklucie się pięknego motyla.
Kibice podczas meczu, który nie miał już żadnej stawki, postanowili dać wyraz swojemu niezadowoleniu. Zrobili to jednak w tak niestandardowy sposób, że zaskoczyli nawet samych piłkarzy. Impreza rodem z pobliskiej Malty na długo zapadła w pamięć zawodnikom.
Tak po czasie wspominał to Bartosz Mrozek:
– W trakcie meczu w ogóle nie mogłem się skoncentrować. Pamiętam, że Korona miała akcję, a ja w głowie miałem „Pedro, Pedro, Pedro, Pedro pe”. Mówię sobie, nie, musisz się skupić, bo zaraz padnie strzał. Teraz może to się wydawać śmieszne, wtedy było bardzo przykre
– Zostaliśmy dobici imprezą w „Kotle”. Jakby nie patrzeć, zostaliśmy z tym sami. Nie było żadnego wsparcia z boku. Doceniam kibiców, jeździli na wyjazdy, krzyczeli, dopingowali. Nagle dostajesz od nich jeden cios, potem drugi, który był nokautem. Leżysz i nie wiesz, co się dzieje. Dodatkowo to był ostatni mecz sezonu. Za tydzień nie miałeś okazji na rehabilitację. Zostaliśmy z tym na dłużej. Dlatego to bolało jeszcze mocniej – mówił Mrozek w rozmowie z TVP Sport.
U Kolejorza na imprezie bawimy się tak 👇 #LPOKOR pic.twitter.com/ErvnwPHvsI
— Monika Wantoła (@mwantola) May 25, 2024
Śmiechy i dobra zabawa nie trwała jednak cały czas. Ostatnie minuty meczu to zmiana krajobrazu na taki, oddający powagę sytuacji. Lech znalazł się na dnie, był zespołem całkowicie rozbitym, wydawało się, że cały klub doszedł do ściany, że bez gruntownych zmian w takim kształcie już nic nie osiągnie. Symbolicznie kibice wyprawili mu pogrzeb.
„Ostatnie pożegnanie…” z tym sezonem… #LPOKOR
(jak wszystko dzisiaj, koniecznie oglądacie z dźwiękiem) pic.twitter.com/jypyiVO5Iy
— Monika Wantoła (@mwantola) May 25, 2024
Istna tragedia.
Kolejny symbol – Lech porażką z Koroną przyczynił się do spadku z Ekstraklasy lokalnego rywala, Warty Poznań. Szczegół, ale jeszcze dopełniający ówczesną sytuację.
- Stary trener odszedł ze łzami smutku w oczach, nowy wciąż był zagadką;
- Piłkarze – nazywani „sytymi kotami” – publicznie kłócący się z kibicami, jednocześnie obrażeni za wydarzenia z ostatniego meczu;
- Wiara w klubowe władze zerowa;
- Oddani klubowi pracownicy zastanawiający się nad rezygnacją;
- Atmosfera fatalna, nadziei na poprawę sytuacji brak.
Jak trudna sytuacja to była widział też właściciel Lecha. Piotr Rutkowski na spotkaniu z mediami po sezonie nie ukrywał złości:
– Nigdy nie musiałem tyle razy wchodzić do szatni, co w tym sezonie. Wielokrotnie mówiłem „Panowie, co my tu robimy i do czego doprowadziliśmy?!”. Największe pretensje miałem po porażce 0:5 z Pogonią. Ona mnie najbardziej wkur***a, mimo że inne ważyły więcej. Pogoń była fatalna. Po 4:1 z Rakowem i fantastycznym meczu myślałem, że przekręcamy żagiel w dużą stronę. Zespół pokazał wtedy, że potrafi i chce. Powiedziałem potem piłkarzom z żalem, że my nawet przy 0:5 nie potrafimy się wpier***ć komuś na żółtą czy czerwoną kartkę. Nie ma złości, reakcji, machamy łapami. Myśmy dziękowali, że było 5, a nie 6. Było to największe rozczarowanie tego sezonu. To pokazało, jak ten zespół był zakopany.

Iskra nadziei. Przyjście Frederiksena, które zmieniło wszystko
Wbrew żądaniom kibiców, Piotr Rutkowski i najważniejsi ludzie z władz klubu się nie poddali. Wszyscy najbardziej istotni pozostali na swoich stanowiskach, więc fani jakiekolwiek nadzieje na lepszy czas pokładali w tego, który nie był w żaden sposób naznaczony wydarzeniami poprzedniego sezonu. Niels Frederiksen został twarzą nowego otwarcia w Poznaniu.
Zapowiedzi zarówno władz, jak i samego trenera były ambitne. Tylko umówmy się, po wciąż świeżych obrazkach z meczu z Koroną nie były one zbyt wiarygodne.
– Lech to wielki klub, w którym oczekiwania w zeszłym sezonie nie zostały zrealizowane, klub nie osiągnął tego, co chciał. Naszym zadaniem jest to, aby to zmienić. Przyszedłem tutaj po to, aby wygrywać trofea i grać w europejskich pucharach – deklarował Frederiksen na jednej z pierwszych konferencji. Takich wypowiedzi przed startem sezonu było jeszcze kilka.
Być może łatwiej byłoby uwierzyć Duńczykowi w takie słowa, gdyby za nimi szły konkrety w postaci działań władz. Te były, tylko po takim sezonie kibice oczekiwali rewolucji, czegoś znacznie większego, pokazania siły. A dostali:
- Daniela Hakansa i Iana Hoffmanna z drugiej ligi norweskiej,
- Alexa Douglasa ze szwedzkiego przeciętniaka,
- Bryana Fiabemę z rezerw Realu Sociedad.
No na papierze nie wyglądało to jak ekipa, która zaraz ma walczyć o mistrzostwo Polski.
Pisaliśmy wtedy na Weszło: – Tylko czy ktoś w Poznaniu jeszcze wierzy w rozmach zarządzających Lechem? Kibicom trudno zawierzyć ludziom, którzy wierzą w Rumaka, topią pieniądze w Gholizadehu i stawiają na spokojną ewolucję po jednym z najbardziej rozczarowujących sezonów w historii.
Lech Poznań – klub minimalistów
Tyle że w pewnym sensie Niels Frederiksen transfery zrobił sobie sam. Jednym z jego największych sukcesów na początku kadencji było dotarcie do zawodników, którzy wcześniej nie potrafili pokazać pełni możliwości. Pożegnano starych liderów. Odeszli Marchwiński, Velde, Karlstroem i kilku innych mniej istotnych graczy. Przewietrzono szatnię i szybko wykreowano nowych liderów.
Dotychczas zawodzący Afonso Sousa przy odpowiednim zaufaniu zaczął błyszczeć. W środku pola z miejsca odważnie postawiono na wracającego po wypożyczeniu do Katowic Antoniego Kozubala. Na skrzydle prym zaczął wieść Dino Hotić, a swoje szanse dostawać Ali Gholizadeh. Irańczyk potrzebował chwili, ale gdy już się rozkręcił, to stał się jednym z najlepszych zawodników w Ekstraklasie.

Frederiksen stworzył nowych liderów, starych doprowadził do wysokiej formy, postawił na intensywny styl i na moment się nie zawahał. Po trudniejszym początku lokomotywa pod jego wodzą zaczęła się rozpędzać. Dołożono jeszcze Filipa Jagiełłę oraz Patrika Walemarka. Szczególnie ten drugi wzbudzał już znacznie większe nadzieje od poprzedników.
– Za Lechem Poznań najlepszy mecz w tym sezonie. Drużyna ta wreszcie wyglądała jak poważny kandydat do – spokojnie, nie pompujemy balonika – czołowych lokat Ekstraklasy. Wynik 2:0 nie oddaje przewagi, jaką „Kolejorz” miał nad Pogonią. Praca Nielsa Federiksena przynosi efekty. Kto by pomyślał – jednak opłaca się mieć trenera – pisaliśmy na Weszło po sierpniowym zwycięstwie Lecha nad Pogonią.
Z czasem nawet relacja z kibicami wróciła do normy, chociaż początkowo po obu stronach ciężko było wyrzucić z pamięci wydarzenia sprzed kilku miesięcy. W Poznaniu znów uwierzono, chociaż nie można było być w pełni przekonanym, że to nie jest chwilowy zryw i wystrzał formy. Po siedmiu pierwszych kolejkach Lech miał 16 punktów i przewodził stawce, ale taki naprawdę poważny sygnał, że trzeba się z nim liczyć wysłał w ósmej serii gier. Wtedy rozgromił Jagiellonię, czyli ówczesnego mistrza Polski aż 5:0.
Pierwszy tytuł w nowej erze. Sukces w końcu został skonsumowany
W przerwie zimowej chyba po raz pierwszy zobaczyliśmy, że nowy Lech to nie tylko nowy trener i kilku piłkarzy, ale też zmiana mentalności. Stary Lech, mając lidera na koniec roku pewnie zadowoliłby się tym co ma i postawił na stabilizację. Tym razem postąpiono inaczej. Do rozpędzonej lokomotywy dołożono kolejne elementy.
Kupiono obiecującego Thordarsona, sprowadzono, jak się okazało kluczowego na wiosnę, Rasmusa Carstensena oraz trzeciego napastnika do rywalizacji Mario Gonzaleza. Ten ostatni furory może nie zrobił, ale finalnie i tak został bohaterem. W 33. kolejce strzelił niezwykle istotnego na wagę jednego punktu, a tydzień później w spotkaniu, decydującym o tytule wybił piłkę z własnej linii bramkowej. Całość zimowych ruchów dopełniło wykorzystanie okazji i definitywne wykupienie Walemarka.

Lech w takim układzie dojechał do końca, chociaż w pewnym momencie wszystko zawisło na włosku. Rozstrzygająca okazała się 31. kolejka, w której Poznaniacy wykorzystali potknięcie Rakowa z Jagiellonią i po zwycięstwie przy Łazienkowskiej wrócili na fotel lidera, którego już nie oddali.
Mimo że sezon skończyli tylko z jednym punktem przewagi nad drugim zespołem, to zdobycie tytułu było w pełni zasłużone. Lech potrafił grać efektownie, błyskotliwie i gdy dostał rywala w słabszej dyspozycji, to nie wstrzymywał się, tylko pakował kolejne gole. Sam sukces to jedno, ale styl w jakim został wywalczony to drugie. Pozwolił na nowo rozkochać kibiców i wymazać pamięci przykre obrazki z meczów pod wodzą Mariusza Rumaka.
Odwińcie sobie sceny z pogrzebu, a następnie spójrzcie jak to wyglądało dokładnie rok później:
Dzień dobry ☺️🔵⚪️ pic.twitter.com/QxMbnWNEJG
— Pawel_A🇵🇱 (@pantkowiak91) May 16, 2026
Kolosalna różnica. Przez rok wokół Lecha zmieniło się wszystko. No prawie. Pozostała jedna rzecz kojarzona z poprzednimi latami – obawa, że wróci problem z pójściem za ciosem po odniesionym sukcesie.
– Lech ma niezłą drużynę, kasę i doświadczenie gry co trzy dni. Jak tego nie rozmienią – może być dobrze. Ale rozmienią, oni już tak mają. Ci goście są tam od 15 lat i dalej się uczą. Na tych samych błędach! – mówił kiedyś Bogusław Leśnodorski w Stanie Futbolu na kanale Weszło.
No i rzeczywiście, w Poznaniu doskonale pamiętane były sceny choćby po poprzednim mistrzostwie, gdy przez czekanie na Michała Helika nie ściągnięto Dawida Kownackiego, a finalnie na Bułgarską nie trafił ani jeden, ani drugi. Po sukcesie kolejni trenerzy na stanowisku wytrzymywali najczęściej maksymalnie pół roku.
Tym razem było inaczej. Lech nie zlekceważył sprawy i nie dość, że za bardzo się nie osłabił, to jeszcze solidnie się wzmocnił. Wysłał jasny sygnał, że w końcu ma apetyt na coś więcej niż jeden sukces na siedem lat. Z kluczowych zawodników pożegnano tylko Afonso Sousę. Za to pozyskano Leo Bengtssona, Luisa Palmę czy Joao Moutinho, a także dwóch wychowanków Mateusza Skrzypczaka i Roberta Gumnego. Całość dopełnił rekordowy transfer Yannicka Agnero oraz niezłe poszerzenie składu w postaci Taofeeka Ismaheela.

Oczywiście, że nie wszystkie te transfery okazały się strzałami w dziesiątkę. Przy czym na papierze w końcu wyglądało to więcej niż przyzwoicie i rzeczywiście – większość z tych zawodników w pełni się obroniła. Najlepiej o tym świadczy fakt, że porównując kadrę w obu sezonach pod wodzą Nielsa Frederiksena, to w bieżących rozgrywkach zwyczajnie na wielu pozycjach wyglądała mocniej i bardziej konkurencyjnie.
Po raz pierwszy się udało. Gra na trzech frontach to nie wyrok
Podobnie jak rok wcześniej, Niels Frederiksen nie polegał tylko na transferach, ale swoją pracą rozwinął indywidualnie wielu zawodników. Przede wszystkim Wojciech Mońka z nieźle prosperującego juniora wyrósł na pełnoprawnego lidera defensywy. Spory progres zaliczył Michał Gurgul, a nietrudno zauważyć, że na współpracy z Duńczykiem mocno zyskał też choćby Pablo Rodriguez.
Zresztą, odpowiednie zarządzanie kadrą było jednym z głównych czynników, że Lech na przestrzeni sezonu się nie zagubił. Posiadanie jakościowych piłkarzy to jedno, ale umiejętne z nich korzystanie to drugie. Frederiksen trzymał swoich graczy ciągle pod prądem, przez co mógł sobie pozwolić na rotacje bez większej straty na grze. Tylko Raków i Jagiellonia mogą równać się z Kolejorzem w liczbie rozegranych spotkań. Pod względem świeżości w grze i kondycji fizycznej, Poznaniacy biją na głowę swoich konkurentów.
Mimo że Lech do tej wymarzonej Ligi Mistrzów się nie dostał, to ciężko powiedzieć, że jego europejska przygoda była specjalnie nieudana. Dotarł do fazy pucharowej i do samego końca walczył o wyeliminowanie późniejszego półfinalisty rozgrywek. Tyle że w poprzednich latach gra w Ekstraklasie i zmagania na arenie międzynarodowej niekoniecznie szły w parze, a teraz było inaczej.

Oczywiście, że jesienią były słabsze momenty, ale Lech cały czas miał kontakt z czołówką i co najważniejsze łącząc grę na kilku frontach, nie stracił jej z zasięgu wzroku. Mimo że rok zakończył dopiero na siódmej lokacie, to stawka była tak wyrównana, że do lidera tracił tylko cztery punkty, mając jeszcze do rozegrania zaległe spotkanie.
Tym razem Lech nie wzmocnił się zimą tak jak przed rokiem, ale prawdę mówiąc, po prostu nie było takiej potrzeby. Najważniejszym wzmocnieniem był powrót do pełni zdrowia najważniejszych zawodników i to okazało się w zupełności wystarczające. Na wiosnę ruszył pełną parą i pozostawił całą konkurencję w tyle. Nikt nie był w stanie dotrzymać mu tempa. Ponad dwa punkty na mecz, czyli przyjęta średnia, jaką powinien mieć dobry mistrz kraju.
Nie zawsze było kolorowo. Lech się chwiał, ale znokautowany nigdy nie został
Czy od momentu zastąpienia Mariusza Rumaka Nielsem Frederiksenem do drugiego mistrzostwa z rzędu wszystko było idealnie? Oczywiście, że nie. Takie dwa najbardziej kryzysowe punkty były dwa. Wylotka z Pucharu Polski z drugoligową Resovią, a także porażka na Gibraltarze z Lincoln i kilka dni później wymęczone zwycięstwo nad czwartoligowym Gryfem Słupsk.
To takie najbardziej jaskrawe przykłady, ale były też domowe porażki w słabym stylu z Crveną Zvezdą, Genkiem i Szachtarem. Były serie trzech przegranych z rzędu czy czterech spotkań bez zwycięstwa. Albo nawet zwykłe momenty kryzysowe. Takie ewidentne spadki formy na kilka kolejnych tygodni.

I właśnie nawet to jest dowodem na rozwój Lecha w ostatnim czasie. Znamy kluby, gdzie w takiej sytuacji przy podobnej presji puściłyby nerwy i zdecydowano by się na jakieś posunięcie na uspokojenie rozgrzanych kibiców. A w Poznaniu było inaczej. Władze kluby wykazały się wręcz wzorowym podejściem. Pewnym spokojem i zaufaniem do zatrudnianych ludzi. Nawet przez moment nie pojawiły się sygnały, że Niels Frederiksen może obawiać się o swoją posadę. Przy Bułgarskiej zawsze było przekonanie, że skoro Duńczyk sam wpadł w kryzys, to powinien mieć możliwość, by z niego wyjść.
A Frederiksen idealnie wpisywał się w to podejście. Działał niezwykle spokojnie, jego brak nerwowych ruchów doskonale pasował do polityki klubu. Nie szukał kozłów ofiarnych, zrzucenia odpowiedzialności czy tysiąca wymówek. Było widać, że jest świadomy trudniejszej sytuacji, aczkolwiek nie było w tym grama paniki. Ani na moment nie zszedł z obranej ścieżki. To, co sobie założył na samym początku kadencji, realizował przez dwa lata, wierząc że – nawet mimo gorszego czasu – doprowadzi go do sukcesu.
Bardzo ładnym symbolem, obrazującym charakter 55-letniego szkoleniowca jest zachowanie względem Timothy’ego Oumy. Nie zabrał go zimą na obóz przygotowawczy, tylko zesłał do rezerw. Automatycznie wszyscy Kenijczyka już skreślili. W końcu zawodnik tylko wypożyczony, nie dający zbyt wiele na boisku. Żadna strata. A Frederiksen całkiem wiary nie stracił. Chciał dać piłkarzowi lekcję, ale i jasne zapewnienie, że wciąż bierze go pod uwagę. Ouma po czasie wrócił do pierwszego zespołu, a nawet w odpowiednim momencie wskoczył do podstawowego składu.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Lech to najlepszy klub w Polsce. Obrana strategia przyniosła efekty
Wiadomo, sukces ma wielu ojców, ale w tym przypadku na szczególne docenienie zasłużyły władze poznańskiego Lecha. Zauważmy, że od wielu lat nie doszło tam do zmiany na żadnym z trzech najważniejszych stanowisk. To Piotr Rutkowski, Tomasz Rząsa oraz Karol Klimczak – często zasłużenie – byli twarzami tych wszystkich porażek, kompromitacji i ogólnego genu przegrywa, więc niesprawiedliwym byłoby pomijanie ich w tym momencie. Dwa mistrzostwa z rzędu nie wzięły się znikąd. To w sporym stopniu także ciężka i mądra praca wspomnianego trio.
O tym w jak dobrej sytuacji znajduje się Kolejorz świadczy też porównanie do reszty stawki:
- Legia: Wielka marka, ale tylko z nazwy. Problemy finansowe i ogólna fatalna sytuacja;
- Raków: Bogaty właściciel, aczkolwiek słaba infrastruktura i wyraźny kryzys koncepcji w ostatnim czasie;
- Jagiellonia: Dobra praca najważniejszych osób, ale ograniczone możliwości finansowe;
- Widzew: Klubowe konto wypchane pieniędzmi właściciela, jednak problem z korzystaniem z zasobów;
- Górnik: Podobnie jak Jagiellonia, sukces wypracowany przy ograniczonych możliwościach.
Lech wypada niezwykle korzystnie, bowiem łączy wszystkie atuty swoich rywali.
- Ma pieniądze i przestał się bać je wydawać;
- Robi to mądrze, bez ruchów pod publiczkę;
- Ma dochód z różnych źródeł: sprzedaż zawodników, europejskie puchary, wpływy od kibiców;
- Ma szeroko rozwinięte struktury pełne kompetentnych ludzi;
- Wielka baza kibicowska, stadion i świetna infrastruktura, włącznie z akademią.
Lech w ostatnim czasie to nie tylko zbiór najlepszych piłkarzy, którzy wygrali mistrzostwo. To też najlepszy klub w Polsce, o którym ciężko powiedzieć złe słowo. W Poznaniu zgadza się wszystko i są wszelkie możliwości, by odjechać reszcie stawki na następne lata. Stać się tym, kim miała być Legia po awansie do Ligi Mistrzów.
Jak przy Bułgarskiej mówią, że wyciągają wnioski, to rzeczywiście to robią. Po wielu upadkach, w końcu nauczyli się jak rządzić klubem z tak wielkim potencjałem. W przeszłości już kilkukrotnie Lechowi udawało się wejść na szczyt, ale w obecnej erze jeszcze nigdy się na nim się nie utrzymał. Aż do teraz. Na zgliszczach mrocznych wydarzeń z 2024 roku zbudowano hegemona, który prawdopodobnie jeszcze wiele razy da swoim kibicom powody do urządzenia fety, a nie kolejnego pogrzebu.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix