Dawid Tomala zakończył karierę. Jego złoto zapamiętamy na zawsze

Patryk Idasiak

10 sierpnia 2026, 12:13 • 7 min czytania 4

Reklama
Dawid Tomala zakończył karierę. Jego złoto zapamiętamy na zawsze

O ku*wa! Ty, jakiś Polak idzie po złoto! Ojciec budził syna, znajomy budził znajomego w nocy z 5 na 6 sierpnia 2021 roku. Co to za gość, jakiś nowy Korzeniowski? Większość myślała, że pęknie, zejdzie z trasy, zrezygnuje. Ale nikomu nieznany Dawid Tomala został złotym medalistą olimpijskim, jednym z najbardziej sensacyjnych w dziejach. Potem kupił nas oryginalnym sposobem bycia, ale był to jednorazowy strzał i więcej sukcesów nie powtórzył. 37-letni Tomala właśnie zakończył karierę. Jakiś czas temu mówił, że zraził się do sportu. 

Reklama

Zapamiętamy go do końca życia

W pewnym momencie zaczęło mi się nudzić, więc przyspieszyłem – tak na gorąco komentował Dawid Tomala złoto olimpijskie z Tokio i od razu rozłożył nas na łopaty. Przyspieszył sobie z nudów! Dał się polubić. Cechował się bystrością, oryginalnymi odpowiedziami, inteligencją i niesamowitym poczuciem humoru.

Kiedy na przykład dziennikarz WP Sportowych Faktów pytał go o to, jakie zmiany zaszły w jego życiu, to odpowiadał, że wzbudza dużo większe zainteresowanie, a w zasadzie to nieskończenie większe, bo wcześniej nie wzbudzał żadnego. Potrafił też zacytować Zenona Martyniuka: „Jak do tego doszło – nie wiem”. Generalnie rozbrajał dziennikarzy swoimi ripostami, a przy tym był szczery, ludzki, nikogo nie udawał. Na Gali Sportu oddał na licytację medal, chcąc uratować życie 12-letniemu Kacprowi Woźniakowi.

Urzekła nas też historia o dążeniu do celu. Bo przecież trzy lata przed ogromnym sukcesem zrezygnował ze sportu, ponieważ nie miał z czego żyć. Nie trenował chodu przez pół roku, oddał się ćwiczeniom na siłce, żeby móc się tam „wyżyć”, podjął pracę na budowie. Ale robił też jako nauczyciel w-f czy masażysta, znał też robotę na wózkach widłowych. Można powiedzieć, że harował na dwa etaty, czasami po 12 godzin. Do Tokio jechał z myślą, że jak tam mu nie pójdzie, to rzuci ten sport w cholerę, miał już 32 lata.

Reklama

A jednak poszło mu fantastycznie, sprawił sensację o jakiej sportowa Polska nawet nie śniła, pobudził wielu kibiców jakoś o 3:00 w nocy, bo igrzyska odbywały się w Azji, więc i pora zawodów była – jak na nasz czas – nietypowa. Następnie pojawiło się zainteresowanie mediów, kontrakty reklamowe, jego partnerem został m.in. Totalizator Sportowy. Zajął czwarte miejsce w Plebiscycie na Sportowca Roku organizowanej przez Przegląd Sportowy. Stał się rozpoznawalny.

Tomala miał dość patologii

Tylko, że takiego sukcesu już nigdy później nie powtórzył. A to dlatego, że złoto zdobył na 50 kilometrów, a na kolejnych igrzyskach taki dystans został już wycofany – dużo, dużo mniejsze szanse miał na nowych zasadach, czyli 20 km. Tam kwalifikacji nie wywalczył. W Paryżu w ogóle nie wystartował, a mógł to zrobić w nowo utworzonej konkurencji – mikście. Dawid Tomala razem z Katarzyną Zdziebło podczas drużynowych MŚ w tureckiej Antalyi wywalczyli dla Polski kwalifikację w takiej sztafecie na dystansie 42,195 km.

I naprawdę w nowo utworzonej konkurencji liczyliśmy na sukces, może jakiś medal? W końcu Zdziebło to przecież była srebrna medalistka MŚ z Eugene 2022 i to na dwóch dystansach – 20 i 35 km. Tylko, że potem wystartowali na igrzyskach Maher Ben Hlima oraz Olga Chojecka. Zdziebło była po złamaniu nogi i wzięła udział tylko w zawodach kobiet (i to było jakimś cudem), ale już Tomala poczuł się oszukany.

Reklama

Już nie było hihihi, hehehe, tylko walił prosto z mostu. Czuł na tyle mocną pozycję, żeby w kolejnych latach opowiadać o różnych patologiach związkowych z PZLA. – Układy, kolesiostwo, przepalanie pieniędzy, które są publiczne. To są tak ogromne kwoty, a my słyszymy, że nie ma pieniędzy – nie bał się oddawać strzałów, bo nie miał już nic do stracenia, i tak wiedział doskonale, że na IO 2028 będzie za stary.

Przeszedł przez życiowe piekło. Już nie było tak kolorowo. Zaczęło się od wspomnianego skreślenia z listy uczestników igrzysk w Paryżu w 2024 roku. Mocno to psychicznie przeżył. Chciał postawić kropkę na swojej karierze, ale nie było mu to dane. Już nie był tak chętny do rozmów, zniknął.

Reklama

Poprzedni sezon mnie zmiażdżył. Przysypał mnie gruzem, spod którego chciałbym się wydobyć, ale na razie nie mam motywacji. Po prostu chód przestał mi sprawiać radość i kojarzy się już raczej tylko ze złymi momentami. Od sierpnia zeszłego roku w mojej głowie ciągle pojawiają się myśli, czy to ma dalej sens, czy warto to kontynuować. Panicznie boję się tego, że miałbym trenować kolejne cztery lata, a wszystko mogłoby skończyć się tak, jak przed igrzyskami w Paryżu. (…) Wykończyły mnie kontuzje i problemy ze zdrowiem. Przez to spadła forma i motywacja. Kluczowym momentem kariery był jednak lipiec 2024, gdy dowiedziałem się, że nie jadę na igrzyska. Wykreślono mnie z listy olimpijczyków, mimo iż byłem już spakowany. Ktoś uznał, że jestem za słaby, by bronić tytułu mistrza olimpijskiego – opowiadał na łamach WP Sportowych Faktów.

Takie odrzucenie przepracowywał z psychologami, nie rozumiał tego kompletnie, bo przecież to on dla sztafety wywalczył kwalifikację, a marzenia zostały mu odebrane. Przyznawał, że do końca życia tego nie zapomni. To czarna, brzydko popisana kartka w karierze Dawida Tomali.

Dawid Tomala powiedział „pas”. A my dziękujemy za tamtą noc

Do dalszej kariery zmotywowało go jeszcze jedno – to, co wydarzyło się pod koniec 2024 roku. Dystans w oficjalnych zawodach (35 km) zmieniono na maratoński – ponad 42 km. W takim Tomala czuł się zdecydowanie lepiej. Podjął spontaniczną próbę na takowym dystansie na zawodach w Niemczech, ale nie ukończył wyścigu po dwóch miesiącach treningów. Miał problemy z kontuzjami, przerwami w przygotowaniach.

Zmiany weszły w życie od 2026 roku w wydarzeniach organizowanych przez World Athletics, ale organizm Tomali był już coraz starszy, bardziej zmęczony. Już w kwietniu sygnalizował, że jego kariera zbliża się ku końcowi i ten rok będzie dla niego ostatnim. Można powiedzieć, że odcina trochę kupony po złotym medalu, ale tak przyjemnie – czerpie dużą radość, gdy jest na przykład gościem w jakiejś szkole. Tomala udzielił dużego wywiadu Sport.pl, w którym mówił, że 2022 rok mocno go przyhamował:

Reklama

Przejście z 50 km na 35 km okazało się o niebo trudniejsze, niż sobie wyobrażałem i układałem w głowie. Ale harowałem, naprawdę harowałem, żeby się udało. Z tą kontuzją robiłem cały czas wszystko, jak w sezonie olimpijskim. Szedłem na full i jednocześnie się leczyłem. Niestety, wychodziło maksymalnie na 70% moich możliwości. Cały rok 2022 to tak naprawdę była bardziej walka o zdrowie, niż na trasie. Ale już wtedy zdałem sobie sprawę, jak bardzo mylą się ci, którzy powtarzają: „Dawid, ale super, że teraz będziesz miał mniej do przejścia”. Ja sobie mogłem iść w tempie 4:30 na kilometr przez 50 kilometrów, ale jak trzeba było przyspieszyć do 4:10 na kilometr, okazało się, że to się wiąże już z całkiem innymi procesami fizjologicznymi. Mój organizm źle reagował. Nie sądziłem, że to będzie dla mnie aż tak duża bariera.

Również w tej rozmowie przyznał, że to definitywny koniec jego kariery. Tak to sobie zaplanował, że za kilkanaście dni na Memoriale Kamili Skolimowskiej wyjdzie na płytę stadionu, pomacha kibicom, podziękuje i razem z Sofią Ennaoui i w ten sposób oboje oficjalnie pożegnają się z wyczynową lekkoatletyką. Mimo różnych brzydkich momentów z poprzednich lat, Dawid Tomala nie będzie się obrażał i jeżeli tylko dostanie możliwość jakiejś współpracy w PZLA, to chętnie się zgodzi.

Reklama

Dawidzie, my dziękujemy za ten niesamowity start w Tokio, bo chyba nie ma fana polskiego sportu, który nie będzie tego pamiętał do końca życia. To bowiem jedna z najpiękniejszych kart i w ogóle historii o niezłomności w naszym kraju.

Fot. Newspix

4 komentarze
Patryk Idasiak

Jeżeli akurat nie pisze o piłce nożnej, to na pewno o niej czyta lub z kimś o niej rozmawia. Człowiek paradoksów, bo z jednej strony ma zarośnięte pajęczyną, osławione zero tituli, a z drugiej... mnóstwo tituli w ostatnich latach. Co to oznacza? Że mocniej bije jego serce, gdy na bramkę strzela Kamil Grosicki lub Erling Haaland. Ten mniej znany z rodziny Idasiak. Pogadasz z nim o filmowych klasykach lub starych teleturniejach. Uważa "Lot nad kukułczym gniazdem" za najwybitniejsze dzieło w historii. Chciałby zagrać kiedyś w "Milionerach", ale paraliżuje go możliwość ośmieszenia się na pierwszym pytaniu dotyczącym kulinariów. Może się przełamie, daj mu Boże.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
La Liga

Media: Mistrz świata wybrał PSG. Teraz Francuzi muszą przekonać Barcelonę

Wojciech Piela
0
Media: Mistrz świata wybrał PSG. Teraz Francuzi muszą przekonać Barcelonę
Ekstraklasa

Masłowski punktuje Haditaghiego. „Wtedy zapomniał honorowo i lojalnie…”

Wojciech Piela
13
Masłowski punktuje Haditaghiego. „Wtedy zapomniał honorowo i lojalnie…”

Lekkoatletyka

Reklama