Antoni Kowalski został w ostatnich dniach pierwszym w historii Polakiem, który dostał się do fazy głównej mistrzostw świata, a co z tym idzie – legendarnego Crucible Theatre, areny turnieju od 1977 roku. Polak wygrał trzy mecze kwalifikacji, dwa ostatnie w samych końcówkach, 10:8 we frejmach. I spełnił marzenie, ale jak mówi… niekoniecznie o tym wtedy myślał. W rozmowie z Weszło Antek opowiada o łzach, które pojawiają się u niego bardzo rzadko; o tym, który z wielkich snookerzystów jest największym śmieszkiem; a także o zbliżającym się meczu z legendą – Markiem Williamsem. – Trzeba zagrać swoje i będzie dobrze – mówi.
Antoni Kowalski, pierwszy Polak na MŚ w snookerze. „Powoli to do mnie dociera”
SEBASTIAN WARZECHA: Zacznijmy od najprostszego pytania: dotarło już do ciebie to wszystko, co się stało?
ANTONI KOWALSKI: (śmiech) Powoli dociera. Jeszcze nie do końca, ale dociera. Wszędzie w mediach widzę swoją twarz, wszyscy o tym mówią… więc chyba faktycznie się to dzieje.
CZYTAJ TEŻ: ANTONI KOWALSKI ZAGRA NA MŚ!
Obserwując twoje emocje tuż po meczu, zastanawiałem się, czy to była radość, czy przede wszystkim ulga? Najpierw rzuciłeś muszkę na stół, potem usiadłeś na krześle, skryłeś twarz w ręczniku…
Polały się łzy, a ten kto mnie zna, to wie, że ja praktycznie nigdy nie płaczę. Z dziewczyną jestem prawie sześć lat i widziała, jak płaczę, może dwa razy. I to nie w związku ze snookerem. Więc jeśli płaczę, to dzieje się coś wielkiego. A to? To była najprawdziwsza, totalna ulga. Nie myślałem nawet o tym, że spełniłem jedno z marzeń i dostałem się do Crucible, ale że utrzymałem się w Tourze na kolejny rok. Na tym mi zależało w tych zawodach. Byłem z tego powodu niezmiernie szczęśliwy.
Miałeś w głowie myśli, że jesteś pechowcem? Przecież i w rankingu dwuletnim, i w rocznym zestawieniu byłeś przed decydującym meczem pierwszym zawodnikiem bez zapewnionego utrzymania.
Patrzyłem na te zestawienia pomiędzy meczami. Na początku kwalifikacji wyglądało to tak, że wystarczyć mi miało jedno zwycięstwo, żeby się utrzymać. Tyle że w innych meczach wygrywali wszyscy ci, co byli obok mnie w rankingu i musiałem „przeskakiwać” kolejne osoby. Ostatecznie jednak udało się przebiec tę linię mety. Choć oczywiście jeszcze nie skończyłem, ale na pewno będę już w kolejnym sezonie w gronie zawodowców. A o to głównie chodziło.
ANTEK KOWALSKI ZAGRA NA MŚ W SNOOKERZE!
Ileż go kosztowały te ostatnie frejmy, to wie tylko on. Brawo, brawo, brawo!
Polska 21. krajem, który będzie miał przedstawiciela w Crucible Theatre! pic.twitter.com/3X2vjNIDIi
— Sebastian Warzecha (@sebwarzecha) April 14, 2026
Z mistrzostw świata możesz być, oczywiście zadowolony, ale jak oceniłbyś ten sezon jako całość? Bo tu, podejrzewam, zadowolenia może nie być.
Ocenię cały dwuletni okres. Ten pierwszy sezon w World Tourze był w miarę okej. Powiedzmy, że wtedy się dalej nieco rozgrzewałem na tej światowej scenie. Uzbierałem 40 tysięcy punktów, byłem drugim najlepszym debiutantem. Było spoko. Drugi sezon… myślałem, że będzie łatwiej, a było o wiele gorzej. Moim zdaniem to był tragiczny sezon. W marcu poprzedniego roku zmieniałem kij, technika zepsuła mi się po raz pierwszy w życiu, zanim wszystko „kliknęło”, to był właściwie koniec tego sezonu. Trzeba było się obudzić, żeby utrzymać się w gronie zawodowców.
Lampka mi się zapaliła po International Championship [na początku października 2025 roku – przyp. red.], kiedy w kwalifikacjach przegrałem 0:6. Wtedy pomyślałem: „Kurczę, jak tak dalej będę grać, to mogą być problemy”. Wiadomo, dalej trenowałem, ale nie przekładało się to na turnieje. Ale z zawodów na zawody szło lepiej i na szczęście udało się w ostatnim momencie tę formę uzbierać i utrzymać do końca.
Te trzy mecze w kwalifikacjach – czy to był najlepszy snooker, jaki grałeś w Main Tourze?
Tak, a do tego dodałbym jeszcze mecz z Thepchaiyą Un-Noohem w kwalifikacjach do Welsh Open [4:1] i w British Open z Robertem Milkinsem [4:2]. To były moje najlepsze mecze. Mogę do tego dodać nawet spotkanie z Markiem Allenem. Przegrałem 2:5, ale w pierwszych trzech frejmach go właściwie zdominowałem. Potem po prostu on zaczął grać dobrze. Pod koniec tego drugiego sezonu było naprawdę dobrze, a ten mecz z Milkinsem to był przebłysk tego, co potrafię, który trafił się w trakcie słabszego okresu. Ale tak, mecze w mistrzostwach były super i to jest najbliższa wersja mojej najlepszej gry.
Mówiłeś mi w przeszłości, że na poziomie World Touru decyduje głowa. I do tej pory miałem wrażenie, że często – na twoją niekorzyść – decydowała w bliskich meczach. Czy teraz coś się zmieniło, że w obu tych kluczowych meczach byłeś górą w decydujących momentach?
Przede wszystkim moja koncentracja… nawet nie tyle się naprawiła, co pojawiła. Od zawsze miałem z nią problemy, a w tych zawodach odczuwałem nawet po meczach, że byłem po prostu wyczerpany. Na tyle, że jak puszczały wszystkie emocje, to zaczynała mnie boleć głowa. Czułem się bardziej zmęczony niż po siłowni. Więc to zadziałało. Naprawiły się też techniczne rzeczy, powiedziałbym, że to takie 50 na 50 – wszystko po prostu kliknęło. Koncentracja, poprawiło się też opanowanie. Nie reagowałem negatywnie na nieudane zagrania, a przynajmniej żadnej takiej reakcji nie pamiętam.
Mam w głowie jedną taką – kiedy po nieudanym wbiciu w ostatnim meczu „położyłeś” się na stole. Ale to tyle. Chyba i tak dobrze.
To nawet wyśmienicie. (śmiech)
Mam też takie wrażenie, że w tych decydujących momentach meczów z Joe O’Connorem i Jamiem Jonesem, odpuszczałeś nieco „swojego” snookera, a stawiałeś na grę, która przyniesie ci zwycięstwo – co też w przeszłości nie było oczywiste. Mam tu na myśli, że grałeś dużo częściej niż zwykle bezpieczne warianty – odstawne, taktyczna gra, którą zresztą z nimi wygrywałeś. Trenowałeś to?
Generalnie to jest ta część gry, która u mnie się zmieniła najbardziej. Kiedyś odstawnych, taktycznej gry nie potrafiłem. Spędziłem nad tym bardzo dużo czasu. Tyle, że w międzyczasie w ogóle zapomniałem o grze ofensywnej. Trenowałem ją, ale nie skupiałem się na niej. A gdy zmieniłem kij, zepsuła mi się technika, to nawet mnie w Polsce zaczęli nazywać niektórzy, że jestem „królem defensywy”. (śmiech)
W sumie się z nimi zgadzam, bo uważam, że defensywę mam teraz niesamowitą. W ostatnich paru miesiącach próbowałem za to odzyskać tę grę ofensywną, budowę breaków, bo właściwie tylko jej mi brakowało. Na defensywie czuję się bardzo dobrze, mam poczucie, że jestem w stanie rywalizować z najlepszymi na świecie. Pokazał to też na przykład ten mecz z Markiem Allenem. Przecież to jeden z najlepszych taktyków na świecie, a ja toczyłem z nim batalie defensywne! Dwa frejmy graliśmy ponad godzinę. Naprawdę mega się to poprawiło i to było bardzo ważne w przejściu kwalifikacji do mistrzostw.
Wydaje mi się, że miałeś fajny balans pomiędzy tym kiedy atakować, a kiedy się wycofać, odstawić. Na pewno na początku, kiedy wszedłeś do touru, ofensywy było więcej i momentami była wręcz „straceńcza”, jeśli chodzi wybory momentów na wbijanie.
Tak, poprawiła się defensywa, ale też właśnie to „shot decision”, dobór zagrań. Właściwie wszystko naraz poszło w górę i widać teraz efekty, że ta taktyczna gra jest lepsza.
What a way to win your opening frame on Judgement Day! 🤯
Antoni Kowalski 👏#JudgementDay pic.twitter.com/Q8ZMWBqiac
— WST (@WeAreWST) April 14, 2026
Z Joe O’Connorem, którego pokonałeś w tych eliminacjach. grałeś już w tym roku w Championship League. On wygrał wtedy 3:0, do tego zaliczył dwa breaki stupunktowe. Taki mecz zostaje w głowie?
Jeśli mam być szczery, to kompletnie nie pamiętałem, że z nim grałem. (śmiech) Ale tak, normalnie wyrzucam to z głowy, bo to nowy dzień, nowe wyzwanie, po prostu gram swój najlepszy snooker. A za swoimi umiejętnościami wystarczy mieć opanowaną głowę, dobrą koncentrację i wyjdzie wszystko.
A co sobie myślałeś, kiedy z O’Connorem prowadziłeś 7:2 po I sesji, grając fantastyczny snooker – co zresztą było przedłużeniem poprzedniego meczu kwalifikacji, wygranego 10:1 z Connorem Benzeyem – a w drugiej to on szybko odrobił straty i zrobiło się 8:8?
Nie sądziłem, że to się tak skończy. Myślałem, że w drugiej sesji też będzie dobrze. Wiedziałem, że nie będzie tak samo łatwo jak z Connorem, ale nie sądziłem, że Joe tak dobrze wróci do meczu. Nawet ten pierwszy frejm w wieczornej sesji… miałem 60 punktów przewagi, świetnie czułem się przy stole. W głowie powiedziałem sobie, że już jest 8:2, zaraz będzie koniec w ogóle, pójdę coś zjeść. A tu nie trafiłem bili na frejma, on to wykorzystał, wygrał partię, a potem przez cztery kolejne nie pomylił się ani razu. Poszliśmy na przerwę i pytałem sam siebie, co się dzieje. Na szczęście udało się utrzymać nerwy na wodzy i przebrnąć za tę linię mety.
O meczu z Jamiem Jonesem mówiłeś, że pod koniec pierwszej, a na początku drugiej sesji „poddałeś się”. Choć nie wiem, czy to najlepsze określenie, skoro ostatecznie mecz wygrałeś.
Tak połowicznie się poddałem, nie w całości. Siedziałem w krzesełku i myślałem do siebie, co się dzieje i że jak tak dalej będzie, to przegram i co wtedy, jak przegram? Głupie myślenie. Udało mi się to wyrzucić z głowy. Zacząłem grać szybciej, dynamiczniej, Jamie się dzięki temu zaciął. I potem poszło już lepiej.
Co jest kluczowe w tym, by po takiej serii rywala zagrać swój najlepszy snooker? Bo i z Joem, i z Jamiem w kluczowych momentach notowałeś świetne podejścia, wysokie breaki – odpowiednio 89 i 62 punkty.
Jak mówiłem: mam tę umiejętność totalnego wyłączenia myślenia. Jak jestem przy stole, to liczą się kulki, nic więcej. Jest to umiejętność, za którą jestem wdzięczny. Szczerze to nawet nie wiem, skąd ona się wzięła, ale mam nadzieję, że nigdy nie zniknie, bo bardzo pomaga. Zadziałała przecież w dwóch najważniejszych meczach w mojej karierze. Oby tak dalej.
Ty w ogóle w tych emocjach związanych z awansem odnotowałeś po meczu brawa, jakie dostałeś od Jamiego, i uniesiony przez niego w górę kciuk? Bo w Polsce wszyscy od razu się zachwycili tym, jak ci pogratulował.
Tak, pamiętam to. Super zachowanie. Zrobiłbym to samo, nieważne jak trudne by to było. Jamie na pewno chciał ponad wszystko dostać się do Crucible, więc jestem mu wdzięczny za tę reakcję. Pokazał wielką klasę. Tak samo Joe. Może nie było uścisków, ale powiedział mi, że świetnie grałem. To zawodnicy z wielką klasą, byłem wdzięczny, że mogłem dzielić z nimi stół.
HISTORY! 🇵🇱
The moment Antoni Kowalski became the first Polish player to make the Crucible! #JudgementDay pic.twitter.com/TEa6BpxnRT
— WST (@WeAreWST) April 14, 2026
Mecz z Joe O’Connorem sędziował ci Radosław Matusiak. Dorzucił coś po meczu, jak Polak Polakowi?
Powiedział, że gratuluje i powiedzenia w kolejnej rundzie. Słychać było, że jest szczęśliwy, że gdzieś tam chciał, żebym wygrał. Rodak rodakowi dobrze życzył, po prostu. Jeszcze w trakcie meczu atakowałem maksymalnego breaka i w trakcie podejścia pojawiły mi się myśli, że „halo, Radek w tym sezonie sędziował już trzy maksy, może to ten moment dla mnie!”. (śmiech) Niestety się nie udało, ale zostało mi to z tyłu głowy.
Cofnijmy się na moment w czasie. Na przykład do momentu, który teraz przypominano szeroko – czyli masz 10 lat, Shaun Murphy, były mistrz świata, mówi ci, że dostaniesz profesjonalny stół do treningów. Co byś powiedział teraz temu małemu Antkowi?
O, to jest bardzo dobre pytanie… Na pewno trenuj, jak najwięcej się da. Czerp przyjemność z gry – to na szczęście udało mi się zrobić, nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek nienawidził tej gry, czy nie chciał grać. No i „nigdy się nie poddawaj”, niezależnie od tego, jak ciężko by było. To są takie moje najważniejsze rzeczy, które bym przekazał nie tylko sobie małemu, a każdemu zawodnikowi, który zaczyna teraz grać.
A ile osób wymieniłbyś na tej drodze do mistrzostw świata? Takich, które były naprawdę istotne i pomogły ci w jakiś sposób?
Na pewno moja dziewczyna, która jest drugą połówką tego całego sukcesu. Mentalnie się dzięki niej mega zmieniłem. Nie dlatego, że ona jest panią psycholog i pomaga mi w sesjach, po prostu jestem bardziej szczęśliwy, spokojniejszy, jest komu się wygadać po ciężkich chwilach. Ten sukces jest też jej. Są też moi rodzice, z tatą na czele, który trenował ze mną przez pierwszych dziewięć lat i nadal jest dużą częścią tego. Są moi sponsorzy, są przyjaciele z Polski i kibice. Jestem dumny z tego – chyba nie mogę być bardziej – że mam wkład w ten polski snooker i Polska jest na mapie snookera dzięki mnie. Idzie to w dobrym kierunku i jestem z tego naprawdę szczęśliwy.
Chyba fajne, że Shaun Murphy tak pamięta ten moment i od razu gratuluje? Wiem, że zresztą odzywali się też inni zawodnicy z topu. Daje to chyba poczucie, że jesteście w fajnym, bliskim sobie środowisku?
Tak, my jesteśmy po prostu kolegami z pracy. Shaun napisał do mnie najpierw prywatnie, potem wstawiał posty. Napisali też Neil Robertson, Mark Selby, a Ronnie O’Sullivan odezwał się do mojej menadżerki. Naprawdę, rozgłos jest bardzo duży, a ci zawodnicy z topu to nie są takie osoby, jak widzicie w telewizji. To są zwykli, fajni ludzie. Jesteśmy kumplami z pracy, jak powiedziałem.
Wyświetl ten post na Instagramie
To chyba jest trochę tak, że snooker ma tę otoczkę dżentelmeńską, elegancką. A to jednak sport wywodzący się z pubów i wielu tych gości zaczynało właśnie w takich miejscach, pochodzą z biedniejszych dzielnic, robotniczych miejscowości.
Ludzie, którzy oglądają snookera w telewizji, widzą tylko roboty w pięknym stroju. A poza stołem to normalni ludzie, z którymi można pożartować. Swoją drogą Mark Selby to najśmieszniejszy człowiek, jakiego znam, cały czas rzuca żartami.
W to chyba jeszcze trudniej uwierzyć, niż w tę koleżeńskość, jak się patrzy na Marka przy stole.
Tak, totalna abstrakcja. Zupełnie inaczej, niż Mark przy stole. Ale potwierdzam, że to naprawdę śmieszny gość. Bardzo fajnie jest się z nim spotkać, spędzić wspólnie czas i się pośmiać.
Wracając do samych kwalifikacji – ty masz jakąś dodatkową satysfakcję z tego awansu? Bo przecież pamiętam, że jeszcze zanim zacząłeś grać w Main Tourze to otwarcie mówiłeś, że jesteś w stanie wygrać albo przynajmniej powalczyć z każdym na świecie. I widziałem, że nieraz takie wypowiedzi ci wypominano. Czujesz teraz, że coś ludziom udowodniłeś?
Trochę tak, trochę nie. Wiesz, ja jeszcze nie skończyłem tych zawodów i nie mam takiego nastawienia, że to już koniec, a do Crucible wejdę tylko po to, by pooglądać wnętrza. Idę tam z nastawieniem, by napsuć krwi i powygrywać parę meczów. Wydaje mi się, że ludzie i najlepsi zawodnicy już o mnie wiedzą i wiedzą, że potrafię grać w te kulki. (śmiech) Trzeba to jednak jeszcze udowodnić na tej najlepszej, największej scenie. Taki jest mój cel.
Wiem, że nie chciałeś wchodzić do Crucible przed awansem na mistrzostwa. Teraz już zajrzałeś, czy czekasz na pierwszy mecz?
Czekam. Przed samym meczem przejdę się tym słynnym korytarzem i schodkami, czy to wygląda tak fajnie, jak w moich wyobrażeniach. Na pewno pójdę też potrenować. Dziś jedziemy z Chrisem Wakelinem na media day, zrobię parę wywiadów. Pochodzę sobie też po Sheffield, przyjeżdża też moja rodzina. Mega czas się szykuje.
A wiesz, ile krajów miało swojego przedstawiciela w Crucible Theatre?
Nie mam pojęcia.
Łącznie dwadzieścia, ty dodałeś 21.
O, super!
To chyba dobrze pokazuje, że to jest osiągnięcie. Szczególnie, że z Europy kontynentalnej są jedynie pojedyncze przypadki.
Ja może nie mam jeszcze takiego celu jak Luca Brecel, który został pierwszym mistrzem świata z Europy kontynentalnej, ale jak najbardziej chcę nabijać też wyniki, a nie tylko obecność. Nie chcę być tam widzem, tyle że w krzesełku w pierwszym rzędzie. Jadę powygrywać.
Myślę też, że w Polsce nie wszyscy rozumieją, jak wielkim sukcesem jest dostanie się do Crucible. Bo w wielu sportach ta główna faza mistrzostw to nic wielkiego. A tutaj co – odpada przed nią wspomniany Luca Brecel. Odpada Stuart Bingham, który świetnie zaczął sezon. I jeszcze kilku znakomitych zawodników. Samo to wejście na mistrzostwa to wydarzenie.
Tak, można to porównać do piłki nożnej. To jak finałowe fazy mundialu, gra na największych stadionach na świecie, gdzie każdy chce zagrać od małego. Dla nas Crucible Theatre to najlepsze miejsce na świecie i w nim jest najważniejsza impreza.
Ty mówiłeś, że w swoim debiucie chciałbyś zagrać, z którąś z legend i udało się. Pierwsza runda mistrzostw świata: Antoni Kowalski vs Mark Williams, trzykrotny mistrz świata. Zadowolony?
Przede wszystkim jednym z moich najważniejszych marzeń było zagrać z każdym z tej „Klasy rocznika 92”. Z Johnem [Higginsem] już zagrałem w Edynburgu, zostali Mark i Ronnie [O’Sullivan] do odhaczenia. Teraz będzie Mark, mam nadzieję, że w przyszłości uda się i z Ronniem. Generalnie mega sprawa. Mark to cudowny zawodnik, mam nadzieję, że to będzie świetne widowisko. Nie chciałbym, żebyśmy obaj zagrali słabo i przy stole były tylko nazwiska. Liczę, że będzie dobra gra, dużo wysokich breaków.
Jakiś konkretny plan na ten mecz?
Trzeba zagrać najlepszy snooker, po prostu. I to wystarczy. Defensywa jest, breaki wróciły. Trzeba zagrać swoje, przygotować się… i będzie dobrze.
Żeby zagrać też od razu z Ronniem z kolei musiałbyś dojść… do finału.
Tak. I dokładnie taka sama historia jest z Chrisem Wakelinem. Jeśli mamy się spotkać, to dopiero w finale. Taki jest plan. (śmiech)
Czyli finał ty kontra Chris, czy jednak obstawisz inaczej?
Powiedzmy, że półfinały będą Zhao Xintong kontra Ronnie O’Sullivan i ja przeciwko Markowi Selby’emu. A w finale Xintong i Selby. I niech ten drugi wygra piąty tytuł.
Skoro wspomniałeś Chrisa Wakelina, to powiedz więcej o waszej relacji, bo wiem, że ze wszystkich zawodników to tylko na niego nie chciałeś trafić na tych mistrzostwach. Jak to się stało, że jesteście tak bliskimi przyjaciółmi?
Pierwszy raz spotkaliśmy się w 2024 roku, miesiąc przed tym, jak zostałem zawodowcem. To był turniej profesjonalno-amatorski. Pokonałem go wtedy w półfinale, on podszedł do mnie po meczu i powiedział: „Słuchaj, stary, nigdy nie widziałem tak dobrze grającego amatora. Q School przejdziesz na pewno, ale jeśli chciałbyś potrenować, to dawaj do mnie, ja wszystko zorganizuję, możesz zostać u mnie w domu”. Ja patrzyłem na niego z niedowierzaniem, ale faktycznie zostałem do niego przyjeżdżać.
Zostaliśmy przyjaciółmi, teraz to już naprawdę jak najlepsi przyjaciele. Ja jestem wujkiem dla jego córki, często się nią zajmuję. Naprawdę super relacja, każdemu życzę takiego przyjaciela.
Daventry Park Run
Chris Wakelin, Antek Kowalski #TeamPoland 🇵🇱
and 🐰#snooker
📸 Chris Wakelin pic.twitter.com/qpEwavTSZs— Bozena Kucharska (@lovselby) April 7, 2026
Chris był na twoich meczach w kwalifikacjach?
Był na trzeciej i czwartej rundzie. Po ostatnim meczu wróciliśmy do niego do domu i celebrowaliśmy trochę wygraną. (śmiech)
Fajnie, że możecie razem zagrać na tych mistrzostwach. Terminarz w dodatku ułożył się tak, że jesteście w stanie wzajemnie pójść na swoje mecze.
Chris nie może. Musi coś załatwić w trakcie mojego meczu, ale jeśli ja przejdę swoje spotkanie, to na pewno będę oglądał, jak on gra.
A też trafił ciekawie, bo na innego debiutanta – Liama Pullena.
To też jego przyjaciel, w sumie nasz przyjaciel. Też się bardzo dobrze z Liamem trzymam, ale oni, wiadomo, są częściej ze sobą, bo mieszkają blisko siebie i trenują razem. Może Liam nie jest aż tak dobrym przyjacielem Chrisa, jak ja, ale bardzo dobrze się znają. Jak Chris zobaczył, że z nim gra, to też z miejsca głowa w ręce i „o nie!”. (śmiech)
W ogóle fajne to są mistrzostwa dla debiutantów. Ty, Liam, Stan Moody. Sporo młodości.
Jest chyba czterech debiutantów w drabince. Super, przede wszystkim fajnie, że młodziaki, czyli my weszliśmy, i pokażemy się światu. Stan to już bardzo dobrze znany w Anglii zawodnik, głównie przez nacisk mediów i Luke’a Littlera. Bo ten tak wystrzelił w darcie, że teraz Anglia chce takiego samego reprezentanta w snookerze. Na pewno jednak nie znają ani mnie, ani Liama tak dobrze. Fajnie będzie się pokazać.
No to na koniec chcę się upewnić: deklarujesz oficjalnie, że Mark Williams jest do ogrania i chcesz zajść znacznie dalej?
Mhm.
Krótka, konkretna odpowiedź.
(śmiech) Nie no, to nie jest tak, że jestem przekonany, że zajdę bardzo daleko. Ale na pewno nie chcę być tam tylko widzem, a zademonstrować swoją najlepszą grę. Jeśli wygram mecz, to będzie super. Jeśli nie, to mam nadzieję, że przegram po świetnym pojedynku. Celem jednak będzie wygrywanie jak najwięcej frejmów i meczów. Nastawienie jest na mecz po meczu. Bez wybiegania w przyszłość.
ROZMAWIAŁ
SEBASTIAN WARZECHA
Fot. Newspix
Czytaj więcej o snookerze na Weszło:
- Koniec MŚ dla Michała Szubarczyka
- O’Sullivan pobił rekord. Najwyższy break w historii
- 50 lat Rakiety. Sceny z życia i kariery Ronniego O’Sullivana