Absolutne kino w Manchesterze. The Citizens wciąż niepokonani

Maciej Piętak

20 września 2026, 17:27 • 6 min czytania 1

Reklama
Absolutne kino w Manchesterze. The Citizens wciąż niepokonani

Jeśli ktoś wybrał mecz Bournemouth z Liverpoolem bądź Leeds z Crystal Palace kosztem spotkania Manchesteru City z Sunderlandem, pozostaje tylko współczuć. Starcie dwóch pucharowiczów dostarczyło nam sporych emocji, a przede wszystkim aż ośmiu bramek. Wicemistrzowie Anglii ostatecznie zgarnęli komplet punktów, jednak niedzielny mecz po raz kolejny obnażył ich problem – fatalne zarządzanie korzystnym wynikiem.

Reklama

Fantastyczne widowisko na Etihad. Manchester City lepszy od Sunderlandu

Na konferencji przedmeczowej Enzo Maresca zaskoczył pewnie niejednego obserwatora Premier League.

– Spotkanie z Sunderlandem będzie najtrudniejszym od początku sezonu – powiedział Włoch.

Zapewne było w tych słowach trochę kurtuazji, ale wydaje się, że nawet trener City nie spodziewał się takich ciężarów w niedzielne popołudnie.

Już w pierwszych minutach Obywatele przekonali się, że Czarne Koty potrafią świetnie operować piłką. Umiejętnie zastawiał się Brian Brobbey, kapitalną wizję gry miał Enzo Le Fee, a pewnie z piłką przy nodze czuł się debiutujący w Premier League Dayann Methalie. Zresztą tuż po pierwszym gwizdku goście powinni prowadzić, jednak w korzystnej sytuacji skiksował Angulo.

Reklama

Wydawało się jednak, że Obywatele szybko ostudzili zapał rywali – jak w ofensywie Methalie radził sobie nieźle, tak w defensywie jeszcze sporo musi się nauczyć. W ósmej minucie urwał mu się Ndiaye, Francuz ratował się faulem, a z rzutu wolnego sprytnym strzałem Enzo Fernandez zaskoczył Roefsa.

I tu należy wrócić do zdania ze wstępu. Manchester City przegrał walkę o mistrzostwo w poprzednim sezonie przez nieumiejętne kontrolowanie meczów po objęciu prowadzenia. Podopieczni prowadzeni wówczas przez Pepa Guardiolę często tracili korzystny wynik i gubili cenne punkty. Podobne symptomy można było zaobserwować w trwającej kampanii – z Crystal Palace City straciło gola zaledwie dwie minuty po zdobytej bramce, przy prowadzeniu z Coventry City to beniaminek miał więcej strzałów i celnych prób, a w derbach z United w ostatniej akcji meczu wyrównać mógł, a nawet powinien, Mbeumo.

Reklama

Na przeciwległym biegunie był Sunderland – Czarne Koty zdobyły aż 22 punkty z pozycji przegrywającego. Tylko Aston Villa potrafiła ugrać więcej. I w starciu na Etihad ubiegłoroczny beniaminek udowodnił, że te liczby nie wzięły się znikąd.

Brian Brobbey jak Vardy czy Nkunku

Niewielu zawodników w ostatnich latach potrafiło skompletować hat-tricka przeciwko Manchesterowi City. Jeszcze mniejszej liczbie udała się ta sztuka na Etihad. Ostatnio trzy gole na tym obiekcie strzelił Christopher Nkunku, rok wcześniej trzykrotnie bramkarza City zaskakiwał Jamie Vardy. Do tej niedługiej listy dopisujemy nazwisko holenderskiego napastnika Czarnych Kotów, jednak jego trzy trafienia na nic się zdały.

On i Enzo Le Fee bez wątpienia wyróżnili się w zespole gości. Wizja gry Francuza mogła się równać jedynie z tą Rayana Cherkiego. W dwunastej minucie pomocnik Czarnych Kotów idealnie obsłużył Brobbeya i mieliśmy wyrównanie. Dwadzieścia minut później znowu zaskoczył defensywę rywala, zagrywając perfekcyjnie do Thomasa Meuniera, który wyłożył piłkę jak na tacy napastnikowi gości.

Było to jednak ponownie jedynie trafienie wyrównujące. W międzyczasie gola strzelił bowiem Cherki, a cała akcja wzięła się od prostego błędu w rozegraniu Kevina Danso. Znów trzeba też wyróżnić Ndiaye, który przechwycił piłkę na połowie rywala.

Reklama

Tak, City dwukrotnie traciło prowadzenie i to jeszcze w pierwszej połowie. Za pierwszym razem prowadzili przez jakieś 142 sekundy, za drugim razem przez zawrotne 221 sekund. W obu przypadkach obrona City zdrzemnęła się i dała nabrać de facto na to samo.

Mogło się wydawać, że trafienie Semenyo z końcówki pierwszej połowy, kiedy to, dla odmiany, City wykorzystało bierność defensywy Sunderlandu, da trochę spokoju Obywatelom, szczególnie że do przerwy pozostały jedynie minuty. Nic bardziej mylnego. Jeszcze przed zejściem do szatni poprzeczkę po rykoszecie od Guehiego obił Brobbey, a chwilę później Danso głową trafił w dobrze ustawionego Donnarummę.

Reklama

Uff, działo się przed przerwą, chociaż fakty są takie, że poza golami i zrywem Czarnych Kotów na początku i na końcu pierwszej połowy, wielu ciekawych akcji nie oglądaliśmy. Wróć, mieliśmy jeszcze pudło Haalanda na pustą bramkę (znów kapitalne zachowanie Ndiaye i fenomenalne podanie Cherkiego).

25/25 Haalanda

Po zmianie stron Cherki znów pokazał, że potrafi jednym zagraniem fenomenalnie przyspieszyć akcję The Citizens. Tym razem, z drobną dozą szczęścia, bowiem tylko dwaj obrońcy Sunderlandu wiedzą, jak ta piłka przeszła, dostrzegł Semenyo i Haalanda, Norweg zostawił futbolówkę koledze, a ten nie pomylił się w komfortowej sytuacji, podwyższając prowadzenie.

Reklama

A skoro gol dla City, to… zgadliście! Czas na drzemkę. Tym razem w rolę Le Fee wcielił się Xhaka, który zagrał za plecy obrony, Angulo wyłożył piłkę Brobbeyowi i w taki oto sposób Holender skompletował wcześniej wspomnianego hat-tricka. Momentami defensorzy City wyglądali jak, cytując pewnego internautę, widły w gnoju. No nie można się tak zachowywać we własnym polu karnym.

Ma o czym myśleć Enzo Maresca, tym bardziej że w Chelsea zmagał się przecież z podobnym problemem.

Niedługo później Ruben Dias mógł się okazać kluczową postacią jednej bądź drugiej drużyny. Najpierw nieznacznie pomylił się po rożnym, żeby po chwili w kuriozalnych okolicznościach prawie strzelić samobója. Portugalczyk wyratował się w ostatniej chwili, a sama interwencja przypominała trochę tę Johna Stonesa z Liverpoolem sprzed kilku lat.

Po tej akcji Portugalczyka Sunderland tylko przycisnął. Zresztą, czemu miałby nie przycisnąć, skoro trener chwilę wcześniej wpuścił napastnika w miejsce defensywnego pomocnika. Le Bris wprowadził także Fofanę, który oddał dwa niezłe strzały, jednak pierwszy został zablokowany przez… Brobbeya, a drugi z łatwością obronił Donnarumma.

Reklama

To właśnie po tej drugiej próbie padł ostatni tego popołudnia gol. Doku bardzo dobrze wypuścił Gvardiola, ten dograł do Haalanda, który w końcu zdobył swoją bramkę przeciwko Sunderlandowi. Trafienie to sprawiło, że Haaland ma już na koncie co najmniej jednego gola przeciwko każdej z 25 ekip, z którymi mierzył się w Premier League. Choć początkowo sędziowie nie uznali gola, dopatrując się rzekomego spalonego, szybko zmieniono decyzję po interwencji VAR.

Sunderland napsuł sporo krwi. Lech i Jagiellonia patrzą z niepokojem

Więcej goli nie zobaczyliśmy, choć ponownie City igrało z ogniem. Ballard trafił w słupek, szanse na gole mieli także Hume oraz Fofana. Gospodarze nie pozostali dłużni i również mogli podwyższyć prowadzenie, jednak swoją okazję zmarnował O’Reilly.

Reklama

Podsumowując, wow, cóż to było za popołudnie. Bawiliśmy się naprawdę przednio, czego zapewne nie można powiedzieć o sztabach szkoleniowych obu ekip. Manchester City z takim brakiem kontroli po zdobywanych bramkach może mieć problem w walce o tytuł, a Sunderland musi jak najszybciej wrócić do dobrej gry defensywnej, jak chociażby ze starcia z Arsenalem.

I jeszcze jedno. Lechu, Jagiellonio, bójcie się. Le Fee i Brobbey w takiej formie jak z niedzieli rozszarpią wasze defensywy.

Manchester City – Sunderland 5:3 (3:2)

  • 1:0 – Enzo Fernandez 9′
  • 1:1 – Brian Brobbey 12′
  • 2:1 – Rayan Cherki 29′
  • 2:2 – Brian Brobbey 33′
  • 3:2 – Antoine Semenyo 44′
  • 4:2 – Antoine Semenyo 57′
  • 4:3 – Brian Brobbey 59′
  • 5:3 – Erling Haaland 82′

Fot. Newspix

Reklama

 

1 komentarz
Maciej Piętak

Liczy, pisze i komentuje - nie zawsze w tej kolejności. Studiuje matematykę, a wcześniej przewinął się przez redakcje 90minut, FutbolNews oraz Żyjemy Futbolem. Prywatnie kibic Wisły Kraków oraz Chelsea. Ma beznadziejny gust muzyczny, jeszcze gorsze poczucie humoru, ale tyle dobrego, że czasem napisze jakiś niezły tekst

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Piłka nożna

Reklama