Legia, wygrywając swoją grupę Ligi Europy, trafia do jednego koszyka razem z piętnastoma innymi drużynami rozstawionymi przed poniedziałkowym losowaniem 1/16 finału. Kto wcześniej dokładniej nie spojrzał na rozkład, ten miał nawet prawo pomyśleć, ze grunt to właśnie znaleźć się po odpowiedniej stronie, a dalej powinno pójść z górki. Takie nasze pucharowe przyzwyczajenie z wczesnych faz eliminacji, gdzie rozstawienie zwykle zapewnia rywala, który niekoniecznie potrafi grać w piłkę. Niestety, na tym etapie nie jest to już tak czarno – białe.
Legia, dzięki zajęciu pierwszego miejsca w grupie, z automatu unika kilku poważnych firm:
– nie zagra z Interem Mediolan
– nie zagra z Napoli
– nie zagra z Zenitem St. Petersburg
– nie zagra ze Sportingiem Lizbona
– nie zagra z Besiktasem Stambuł
– nie zagra z Evertonem
– nie zagra z Dinamem Moskwa
– nie zagra z Fiorentiną.
Można by jeszcze chwilę wymieniać – i to jest, rzecz jasna, ta dobra wiadomość. Gorsza jest taka, że rozstawienie ciągle nie daje nam absolutnie żadnej gwarancji uniknięcia rywala wagi ciężkiej – Tottenhamu Hotspur, Sevilli, Liverpoolu, AS Romy albo Ajaksu Amsterdam.
Legia (i podobnie wszystkie inne nasze zespoły) przez lata pracowała na to, by porównując klubowe rankingi wszystkich 32 ekip, którym udało się wyjść z grupy, należało szukać jej na samym dole tej listy. Pojęcie rywala „teoretycznie słabszego” tu już praktycznie nie istnieje. Różnica jest taka, że po stronie drużyn nierozstawionych znajdziemy więcej tych, o których powiemy „w naszym zasięgu”.
Do tej pory przy tego typu dyskusjach zwykle pojawiały się spory – czy podejść do tematu minimalistycznie i kierować się prestiżem rywala, czy liczyć na takiego, którego się ogra. Mieliśmy już sporo meczów tej pierwszej kategorii, kiedy do Polski przyjeżdżały Barcelona, Real czy Inter i na wrażeniach z jednego dwumeczu nasza przygoda musiała się zamknąć. Ile to też było pomruków, kiedy Legia w tym roku trafiała na Trabzonspor, Metalist oraz Lokeren – że grupa słaba, że mało medialna, że nie będzie piłki na wielkim poziomie. Tylko w czym problem? Każdy przeciętny przeciwnik nieuchronnie zbliża nas do tych wielkich, za to w bardziej zaawansowanej fazie rozgrywek.
Dlatego nasze TOP 4 potencjalnych rywali wypada dosyć klarownie:
1. Aalborg BK
2. En Avant Guingamp
3. Young Boys Berno
4. Celtic Glasgow
Ktoś ma podobnie?
Aalborg – szósta drużyna ligi duńskiej. W poprzednim sezonie mistrz kraju, który w tegorocznej Lidze Europy najpierw zebrał lanie 0:6 od Steauy Bukareszt, a na koniec wyprzedził ją w grupie. Duńczycy okazali się groźni zwłaszcza na własnym boisku, na którym bez straty gola wygrali wszystkie spotkania – również z Rio Ave i Dynamem Kijów (3:0). Na wyjazdach na odwrót – każde z trzech spotkań do zera przegrali. Drużyna bez gwiazd, najniżej wyceniana, najniżej notowana w rankingach. Całkiem niezły rywal, jak na to, że zamiast niego można trafić np. na Romę czy Tottenham.
Guingamp – przyznajemy, to też ekipa, której nie traktujemy do końca poważnie. W Ligue 1 zajmuje 16. miejsce z 11 porażkami w 17 spotkaniach. Jej występy w Europie to swego rodzaju anomalia, spowodowana niespodziewanym triumfem w krajowym pucharze, bowiem ligę Guingamp również przed rokiem skończyło na pozycji ledwie 16. Kiedy po raz ostatni zagrali w europejskich pucharach, przegrali w dwumeczu z Hamburgiem 2:8. W tym roku zadziwiają, chociaż grupa udała im się całkiem przystępna. W meczu decydującym o awansie do 1/16 finału wygrali na wyjeździe z PAOK-iem Saloniki 2:1.
Young Boys Berno – to z kolei trzecia drużyna ligi szwajcarskiej, tak obecnie, jak i w minionym sezonie. Tylko raz w swojej najnowszej historii udało się jej dotrzeć do tak zaawansowanej fazy europejskich pucharów – w 2011 roku, po wyjściu z grupy LE, przegrała dwumecz z Zenitem. Od razu wypada nadmienić – nie są to żadne „ogórki”, stać ich na transfery na poziomie jednego, dwóch milionów euro, w grupie wyprzedzili Spartę Praga, raz wygrywając u siebie nawet z Napoli.
Mimo wszystko, bierzemy ich w ciemno.
Z wszystkich potencjalnych rywali, tylko Guingamp, Aalborg i co ciekawe Torino ma na koncie mniej punktów rankingowych od Legii. Według Transfermarkt – jakkolwiek trudno brać szacunki tego serwisu jako wyrocznię – wyłącznie Duńczycy dysponują niżej wycenianą kadrą piłkarzy.
Jak dla nas, wytłuszczoną powyższą trójkę (trzy drużyny z drugich miejsc w swoich grupach) śmiało można losować. No i ewentualnie Celtic, który Legia już w tym sezonie z doskonałym skutkiem zdążyła piłkarsko testować. Chociaż nie będziemy się upierać, jak większość kibiców, że byłaby to wspaniała zemsta na Szkotach, to jednak futbol czasem pisze takie niesamowite historie.
Fot. FotoPyK