Chciałoby się rzec: znowu to samo. Górnik Zabrze w dwumeczu z Fenerbahce wyglądał naprawdę nieźle, momentami spychał Turków do defensywy, ale finalnie uległ wyżej notowanym rywalom, wskutek czego osunął się do eliminacji Ligi Europy. No i w wyjazdowym starciu z Ferencvarosem historia się w zasadzie powtórzyła. Zabrzanie znów skleili kilka bardzo ciekawych ataków, parokrotnie postraszyli gospodarzy, ale do kraju powrócą jako przegrani. Choć porażka 0:1 oczywiście nie przekreśla ich szans na awans do kolejnej rundy.
Wiemy jedno: Węgrzy znajdują się w zasięgu Górnika. Stwierdzamy to z całą stanowczością, mimo ich wygranej w Budapeszcie.
Ale po kolei.
Ferencvaros – Górnik Zabrze 1:0. Zmarnowane szanse wicemistrzów Polski
Pierwsza faza meczu wyglądała – delikatnie rzecz ujmując – niepokojąco.
Górnik niby schował się za podwójną gardą, ale była to garda dziurawa jak u Adama Kownackiego. Przeciekał przede wszystkim środek pola Zabrzan – mnożyły się proste straty, piłki oddawane przeciwnikom za darmo. To oczywiście napędziło zawodników Ferencvarosu, którzy – widząc słabość wicemistrzów Polski – docisnęli gaz do dechy, no i, co tu dużo gadać, byli bardzo bliscy wyjścia na prowadzenie. Wykreowali sobie ze cztery doskonałe sytuacje strzeleckie, w tym jedną zakończoną uderzeniem z czterech metrów do pustaka. Na szczęście dla Górnika, Lenny Joseph – uczestnik niedawnego mundialu w barwach Haiti – w znany tylko sobie sposób nie spuentował tej akcji golem. No ale było jasne, że jeszcze chwila takiej gry Zabrzan i gospodarze przypieczętują swoją przewagę bramką. Albo i wieloma bramkami.
Górnik obudził się po przerwie na uzupełnienie płynów. Przede wszystkim: uszczelnił wreszcie drugą linię i przestał być zaskakiwany w fazach przejściowych. Ba, sam parokrotnie zagroził Węgrom zaraz po przechwycie. Rozkręcił się Taofeek Ismaheel, uaktywnił Kacper Urbański, a Erik Prekop zaczął wygrywać bezpośrednie pojedynki z obrońcami Ferencvarosu. W jednej akcji nawet nimi trochę zakręcił. Aż szkoda, że lekko spóźnił się wtedy ze strzałem.
Niemniej: taką grę Górnika obserwowało się już z dużą przyjemnością. Brakowało w zasadzie wyłącznie skuteczności – w tym elemencie zawiedli zwłaszcza Yvan Ikia Dimi oraz wspomniany Urbański. No ale grzechem byłoby narzekać, skoro rywal nieco wcześniej kopnął się w czoło przed pustą bramką.
Zabójczy cios Węgrów. Górnik stał jak zaczarowany
Tak czy owak, Górnik się ewidentnie ocknął. Co było bardzo optymistyczną wiadomością przed startem drugiej połowy meczu.
Niestety, po przerwie inicjatywa ponownie znalazła się po stronie gospodarzy. Owszem, Górnik potrafił się odgryźć w kontrataku, tak jak i przed zmianą stron, ale natarcia Ferencvarosu – co do zasady – były częstsze i zauważalnie niebezpieczniejsze. Aż w końcu jedno z nich zakończyło się golem. W 65. minucie piłkę do siatki skierował Marius Corbu, korzystając ze zdecydowanie zbyt dużej bierności polskiej ekipy w defensywie. Podopieczni Michala Gasparika zostali wręcz zahipnotyzowani atakiem pozycyjnym Węgrów, przełączyli się w tryb obserwatora. Zabrakło doskoku, no i zostali za to dotkliwie skarceni.
Niestety, Marius Corbu daje prowadzenie Ferencvaros 🥶
📺 Polsat Sport 1, PS Premium 1 i Polsat Box Go#UEL pic.twitter.com/TVuhARa1JD
— Polsat Sport (@polsatsport) August 5, 2026
Nie można na tyle pozwalać rywalom w okolicach własnej szesnastki. Po prostu nie można.
A co gorsza kilka chwil później Górnik dał się zamknąć we własnej szesnastce w bardzo podobny sposób. Na szczęście tym razem Philipp Schulze uporał się ze strzałem mimo lekkiego rykoszetu. Trzeba podkreślić, że wyraźnie słabym punktem Zabrzan był w środowym spotkaniu Maximilian Dietz – bardzo często to właśnie u niego brakowało dobrze rozumianej agresji, jak gdyby chciał rozegrać całe spotkanie bez kontaktu z rywalem. Dodajmy do tego jeszcze Josemę, który szybko obejrzał żółty kartonik i później był już zmuszony do ostrożności w pojedynkach z napastnikami gospodarzy, no i nieszczęście gotowe.
Ataki Ferencvarosu przez środek boiska sprawiły Górnikowi olbrzymie kłopoty. Inna sprawa, że w samej końcówce goście mieli jeszcze dwie okazje, by uratować w Budapeszcie przynajmniej remis. A konkretnie: miał je wprowadzony z ławki Peter Federico. No ale były zawodnik Realu Madryt najpierw uderzył minimalnie obok słupka, a potem – prosto w bramkarza. I węgierska ekipa dowiozła czyste konto oraz minimalną zaliczkę do ostatniego gwizdka arbitra.
***
Szkoda, bo Górnik solidnie zapracował na remis i udowodnił, że – jako drużyna – wcale nie odbiega poziomem od Ferencvarosu. Przed rewanżem trener Gasparik musi koniecznie znaleźć sposób na połatanie dziur w środku pola, a jego podopieczni muszą lepiej nastawić celowniki.
Wynik dwumeczu pozostaje kwestią otwartą. To w sumie najważniejsze.
Ferencvaros – Górnik Zabrze 1:0 (0:0)
- 1:0 – M. Corbu 65′
ZOBACZ RÓWNIEŻ
fot. NewsPix.pl