Jeśli to miała być przystawka przed daniem głównym, to wolimy paść z głodu. Jeśli to miała być rozgrzewka do rozpoczynającej się kolejki, to chyba właśnie zamarzamy. Trzecia drużyna poprzedniego sezonu kontra druga obecnego, fachowcy na ławce, kilka niezłych nazwisk na boisku i… kicha. Kompletna kicha. A nie zmienia tego nawet gol strzelony w ostatniej minucie.
No właśnie, gol – to od niego powinniśmy zacząć i na nim powinniśmy skończyć. Kuświk zabrał się z piłką przed polem karnym, zakręcił Droppą jak kompletnym juniorem i uderzył z dystansu w kierunku prawego słupka. Futbolówka odbiła się po drodze od rywala w taki sposób, że wpadła do siatki tuż przy lewym, a interweniujący Pawełek prawie zdążył ją jeszcze odbić. To, jak ta bramka padła, trzeba zobaczyć na własne oczy, bo stwierdzenie „rykoszet” z pewnością nie odda powagi sytuacji…
Już w przerwie Grzegorz Milko pytał Krzysztofa Danielewicza, dlaczego w tym meczu piłkarskim jest tak mało piłki, na co ten odpowiadał, że w sumie to nie wie i że ciężko tak zdiagnozować. Potem dziennikarz dopytywał, co tutaj zmienić, by tej piłki było trochę więcej i coś się zaczęło dziać, ale Danielewicz najpierw się wił w wypowiedzi, a potem rozłożył ramiona: „Może szyki Ruchu się trochę poluźnią”. No tak, na to w Śląsku mieli na pewno nadzieję, skoro pierwszy celny strzał oddali tuż przed przerwą. Konkretniej, oddał go Flavio Paixao, dziś kompletnie wyłączony z gry przez Dziwniela i wspomagającego go Gigołajewa.
Bezradność Śląska z przodu to również zasługa debiutującego w Ekstraklasie Konrada Kaczmarka. – To typowy środkowy napastnik. Jest zawodnikiem, jakiego lubię, takim bandytą, który potrafi wykończyć sytuację w polu karnym – mówił w swoim stylu trener Pawłowski. Ale jedyne, co ten gość pokazał, to tyle, że mógłby być bandytą. Żółta kartka, zmiana w przerwie i tyle. A jak przypominamy sobie wszystko to, co mówił szkoleniowiec Śląska przed meczem, to: jego piłkarze mieli grać otwarcie i ofensywnie, dzięki czemu miało powstać dobre widowisko.
Nie było ani jednego, ani drugiego, ani trzeciego. Nie ma również planowanego kompletu punktów, ani nawet skromnego „oczka”. Ruch powoli zaczyna odwracać złą kartę i wygrywa drugi raz pod wodzą Waldemara Fornalika. O stylu, w jakim przyszło to zwycięstwo, nikt w Chorzowie nie będzie chciał jednak pamiętać. Tam dziś najważniejsze są punkty.