Mam takie marzenie. Znudzony wciąż takimi samymi meczami na mundialu, chciałbym cofnąć się w czasie. Do początków futbolu. I zobaczyć mecz – w starym kinie.
Boisko bez trawy, może żużlowe (było takie na Ruchu, straż pożarna przyjeżdżała w przerwie z huty i polewała wodą, tak się kurzyło, aha, a kobiety szły w poprzek skracając sobie drogę do kościoła, wydeptały nawet ścieżkę, miedzy graczami – Messi a’rebours). Żadnego dachu, ciemnawo, w drugiej połowie padający deszcz i błoto. Żadnych sędziów liniowych i tłum stojący tuż przy liniach bocznych i za bramkami, skryty pod parasolami, w kapeluszach. Chmura tytoniowa i brzęk butelek z winem. Zamiast szatni – dzbany z zimną wodą i miednice z szarym mydłem, kible w krzakach. Koszulki powyciągane do gigantycznych rozmiarów. Buty toporne, z niewyginającymi się podeszwami, z kołkami na gwoździe, z drewna. Piłka inna od obecnej – nie pół kilo, ale namoknięta dwa i pół, która trudno kopnąć na kilka metrów nawet. Sznurowana rzemieniem, przed którym piłkarze (di Stefano) zakładają chustki na czoło, by go nie pokiereszować. Zamiast odżywek kanapki z domu. Transport furmanką konną, a nie odrzutowcem. W przypadku kontuzji łupki drewniane, a nie szpital. I żadnych zmian, nie ma, słabszy jesteś – odpadasz. Getry tak, ale z deską pod spodem, żeby ci nie połamano piszczeli czyli przetrącono gnatów. W bramce drewniane słupki, zamiast poprzeczki sznurek, brak siatek, lecisz po każdym celnym i niecelnym strzale. Jedna piłka, boisz się że wpadnie do rzeki albo ktoś ukradnie, albo wyjdzie z niej pęcherz i trzeba szyć. I pantalony za kolana, utrudniające ruchy.
Taa, taki mecz bym obejrzał, może ktoś nakręci, bardziej bym się cieszył niż z najdoskonalszej dziś realizacji. Tak jak obejrzałbym walki gladiatorów ze sobą i lwami (tylko nie tak obciachowe jak w Quo vadis), wyścigi rydwanów i starożytne zapasy z łamaniem kości. A’propos – Rydwany Ognia były taką fantastyczną próbą pokazania igrzysk sprzed stu lat, i tych chłopców biegających po plaży w takt muzy Vangelisa…
Ja z dzieciństwa pamiętam i ten dym papierosowy, miednice, ciężkie piłki, deski, brak siatek, trawy, picia, ciemności, deszcz na głowę, błoto, brak butów i rękawic (ja broniłem w takich zimowych), ale i tysiące ludzi, którzy przychodzili to oglądać, kląć, ale raz na jakiś czas rzucić do góry kapelusz, palto, szalik, parasol…
Pamiętam wchodzenie przez płot, przez dziurę, i lanie w domu, że ktoś zajmuje się czymś tak debilnym w gruncie rzeczy. I słuchanie radia, by dowiedzieć się wyniku z końca świata, i po głosie sprawozdawcy odczytywać jaką szansę mają nasi, jeżeli mają jakąkolwiek (nigdy nie mieli). Jezu, jakie to było przepiękne. Niech ktoś to nakręci, przypomni, odtworzy – zobaczymy wtedy cośmy bezpowrotnie utracili.
A mundial? No, spełnia się moje życzenie, by grać twardo, brutalnie, i indywidualnie. Dlatego każdy wie kim są Chiellini czy Zuniga, a nie ma Suareza i Neymara. Sorry, najlepsi narażeni są na takie ryzyko i dlatego też najwięcej zarabiają, sto razy, milion razy więcej od was – jak za jednego kopa jest to uczciwa zapłata. Kiedyś ładnie powiedział mój ulubiony Gazza. Geniusz, choć prostak, ale tacy najłatwiej formułują myśli. Otóż poszedł do Lazio i na jednym z treningów kolega z drużyny, przyszły mistrz świata Nesta, złamał mu nogę. I Paul powiedział: – Obrońcom płaci się za to by łamali nogi, i Nesta musiał to zrobić.
Sorry, chcesz być gwiazdą, zatrudnij sobie ochroniarzy. Niech zatłuką Zunigę zanim on zatłucze Neymara. Normalka. Niech się boi pisnąć nawet. A do Zunigi jedna tylko pretensja – jak chciałeś demolować, chłopcze, trzeba było to zrobić nie dwie minuty przed końcem, a dwie po pierwszym gwizdku. No, chyba że faulowałeś już dla Niemców. Ja znam życie i niczego nie wykluczam.
W tych okolicznościach przyrody kibicuję teraz Messiemu, ostatniej gwieździe, bo to jego chyba ostatni poważny mundial i szansa ścigania Maradony w moim podziwie – za cztery lata będzie to niestety emeryt, jak Diego goły i wesoły. No i Podolskiemu, bo Polak.
Żeby nasi piłkarze byli tacy polscy jak Podolski, nie musielibyśmy się bać Gibraltaru nawet.