To było siedem długich sezonów Łukasza Fabiańskiego na Emirates Stadium. Nikt nam nie wmówi, że były to miodowe lata. Miały raczej słodko-gorzki smak. Z jednej strony: wielki klub, świetna liga, dzielenie szatni z gwiazdami. Wiecie, o czym mówimy. Z drugiej: Fabiański był cały czas w cieniu. Jensa Lehmanna, Manuela Almunii, Wojciecha Szczęsnego. Bramkarzy dobrych, ale nie wybitnych. Do tego dochodziły – bardziej lub mniej poważne – kontuzje i oczywiście zarzuty o brak ambicji. 32 ligowe występy w przeciągu siedmiu lat. No cóż, nie uzbierało się tego za wiele. Dziś Fabiański pożegnał się z Londynem i – co tu dużo mówić – zrobił to w najlepszy z możliwych sposobów.
Właśnie z nim pomiędzy słupkami, Arsenal zdobył pierwsze trofeum od dziewięciu lat. Kibice nie zapamiętają go jako pierdołowatego „Flappyhandskiego”. Nie mają prawa. Zapamiętają go jako bohatera półfinału Pucharu Anglii z Wigan i – jak się później okazało – zdobywcę trofeum.
Dziś Fabiański raczej nie był bohaterem. Jeśli już, to takim drugiego planu. Szybko przepuścił dwa strzały, przy których nie miał wielkich szans na skuteczną interwencję, a później był praktycznie bezrobotny. Piłkarze Hull rzadko zbliżali się nawet w okolicę jego szesnastki. Fabiański mógł nawet żałować, że nie zabrał ze sobą taboretu i „100 panoramicznych” albo innego sudoku. Spokojnie miałby na to czas. Dopiero w końcówce dogrywki zaczął brać aktywny udział w grze. Najpierw, próbując naprawiać błąd jednego z obrońców, ruszył poza pole karne, gdzie minął się jednak z piłką. Na jego szczęście, Aluko połakomił się na bramkę i nie trafił do siatki z trudnej pozycji. Kilkadziesiąt sekund później oglądaliśmy natomiast pokaz kunsztu Polaka. Strzelał ponownie Aluko, ale „Bambi” zachował koncentrację i wyłapał piłkę. Steve Bruce tylko chwycił się za głowę. Interwencja może nie była genialna, ale niejeden bramkarz, będąc na jego miejscu, mógłby się pomylić. To było godne pożegnanie. Za kilkadziesiąt lat Fabiański będzie mógł je z dumą pokazywać wnukom. Brawo.
Dumny był dziś również Arsene Wenger. Człowiek powszechnie wyszydzany, brany raczej za dziwaka, dziś miał swoje pięć minut. Zero problemów z zamkiem w kurtce, zamiast tego odświętny garnitur i świetny mecz jego drużyny. Ale po kolei.
Zaczęło się bowiem od trzęsienia ziemi. Hull zaatakowało z furią. Rzuciło Arsenal na kolana i przez dłuższą chwilę przytrzymywało Kanonierów w tej niewygodnej pozycji. 8 minut, 2 gole. Dla wielu – mecz rozstrzygnięty, można było spokojnie przenieść się na Camp Nou. Jednak ci, którzy zostali na pewno nie mają czego żałować. Arsenal wrócił do gry za sprawą rzutu wolnego Santiago Cazorli i od tej pory, to właśnie Kanonierzy rządzili na boisku. Hull wyglądało natomiast, jakby nie miało w zanadrzu nic więcej poza tym, co pokazało w pierwszych minutach. Żywimy sympatię do tej drużyny, ale jej piłkarze dziś na trofeum po prostu nie zasłużyli.
Arsenal został dwa razy skrzywdzony przez sędziego, który nie odgwizdał dość ewidentnych rzutów karnych. Do wyrównania doprowadził w 71. minucie Kościelny. Tempo spotkania zdecydowanie podskoczyło. Nie chcieli Kanonierzy zostawiać wszystkiego w rękach Fabiańskiego. Hull marzyło już o rzutach karnych, a oni napierali. Bohaterem został Aaron Ramsey, który trafił do siatki w drugiej części dogrywki. Komu jak komu, ale jemu się to należało. Pamiętacie zapewne jeszcze świetny początek sezonu w wykonaniu Walijczyka. Później przyplątała się kontuzja, a Arsenal bez Ramseya przygasł. Dziś – tak samo jak Walijczyk – odrodził się w wielkim stylu.