Doping w mięśnie, koniom lżej. Wyścigi konne w Australii w cieniu afery

Sebastian Warzecha

09 maja 2018, 19:01 • 4 min czytania

Doping w mięśnie, koniom lżej. Wyścigi konne w Australii w cieniu afery

Nie dziwi nas doping w podnoszeniu ciężarów, kolejne afery w kolarstwie też nas nie zaskakują. Przy innych sportach – tenisie, biegach i całej reszcie – co najwyżej wzruszymy lekko ramionami. Ale tego, co wywinęli Australijczycy, to się jednak nie spodziewaliśmy. We wtorek, wyrokiem tamtejszego sądu, skazano osiem osób. Za co? Za działalność dopingową w wyścigach konnych.

Reklama

W wielkim skrócie – afera Aquanita, jak ją nazwano, to trwający przez kilka dobrych lat proceder, w którym pięciu trenerów i trzech stajennych podawało koniom środki dopingowe. Wiadomo, że wyścigi to wielki biznes, głównie ze względu na istniejące przy nich od wielu lat zakłady bukmacherskie. Nieźle obłowić można się w jeden dzień, a co dopiero w trakcie stu.

Ogłaszając wyrok, sąd podsumował cały proceder w taki sposób:

Reklama

„[Jest to] prawdopodobnie największy skandal i najbardziej rozpowszechnione śledztwo w historii australijskich wyścigów. To była długotrwała, systematyczna konspiracja, która próbowała i zyskała niesprawiedliwą przewagę w ponad stu wyścigach na przestrzeni siedmiu lat. Dostrzegliśmy tu zakłamanie, korupcja i inne niewłaściwie oraz niehonorowe działania.

Mocno powiedziane, ale właściwie. No dobra, ale jak można dopingować konia? Stosunkowo łatwo. Wystarczy mieć dostęp do odpowiednich środków, tzw. „top-upsów”. Gdybyśmy mieli napisać to po polsku, zapewne użylibyśmy słowa „doładowania”. Pasowałoby, bo mniej więcej to miały one robić z końmi. Jednym z najpowszechniej używanych jest wodorowęglan sodu. Spowalnia on gromadzenie się kwasu mlekowego, koń może więc biec dłużej i wolniej się męczyć.

Całe planowanie nie wymagało wielkiej filozofii. Wystarczyło odpowiednio zgrać czas kontroli koni z czasem podawania środków, tak, by nie dać się złapać na gorącym uczynku. Nie było tu mowy o żadnych transfuzjach krwi i innych takich wynalazkach, znanych nam z kolarstwa. Ot, podejść do konia, odbębnić swoją robotę i poczekać aż on, na spółkę z dopingiem, odbębni swoją. Dla Gregory’ego Nelligana, głównego oskarżonego, uznawanego za mózg całej afery, okazało się aż za proste.

Dobra, wytrzymał siedem lat. Naprawdę sporo. Szło mu nieźle. Ale sposób, w jaki wpadł, nadaje się do jednego z odcinków Benny Hilla, serio. Nelligan został złapany na gorącym uczynku – z tłokiem (w tym przypadku: taka większa, zmodyfikowana strzykawka), którym podawał wspomniany środek koniom w ręce i różową pastą w pysku jednego z nich. Gdy oficjele zapytali go co to, odpowiedział jedynie, że „nikt inny nie ma z tym nic wspólnego, sam to wymyślił”. Podobno spróbował też schować tłok pod ubraniem. Koń by się uśmiał.

Nelliganowi szybko zarekwirowano telefon. I tutaj mamy kolejny dowód jego geniuszu – miał w nim ponad 1000 wiadomości, dzięki którym udało namierzyć się pozostałe osoby zamieszane w aferę. Nie skasował ani jednej, nie stosowali też żadnego szyfru. Bardzo pasowało to ławnikom i sędziom, gdy już trafili do sądu. Oskarżonym chyba nieco mniej. Choć teraz powinniśmy już pisać „skazanym”.

Giles Thompson, szef tamtejszej organizacji, Racing Victoria:

We wszystkich sportach, niezależnie od tego, gdzie na świecie się odbywają i jaka to dyscyplina, będą ludzie, którzy spróbują oszukiwać. Myślę, że uczestnicy i ci, którzy angażują się w ten sport, powinni czuć się pewni tego, że robimy tylko to, co musimy robić.

Nam pozostaje życzyć panu Thompsonowi i Australijczykom, byśmy nie musieli pisać o nich więcej w złym świetle. Ale coś chyba jednak jest z tymi wyścigami nie tak, skoro w tych samych dniach, ale po drugiej stronie globu – na torze w Goodwood w Wielkiej Brytanii – 50 osób wdało się w bójkę. Cztery z nich wylądowały w szpitalu. I nie mamy tu na myśli jakiejś szarpaniny, ale regularną bijatykę. Na filmikach z niej widać m.in. jak jeden z uczestników obrywa z kopniaków w głowę. A to podobno nie był jedyny taki incydent z ostatnich kilku miesięcy.

Korupcja, doping, bójki. Nie do końca pasują nam takie obrazki ze sportowych aren, więc wyciągamy najskuteczniejszą groźbę, jaką mamy w rękawie. Może zadziała. Ludzie, przestańcie, bo jeszcze Patryk Vega nakręci film o waszym środowisku. Nie warto, uwierzcie nam.

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Igrzyska

Trzy polskie medale na igrzyskach? Cel trudny do osiągnięcia

AbsurDB
7
Trzy polskie medale na igrzyskach? Cel trudny do osiągnięcia
Igrzyska

Usłyszała od Piesiewicza, że będzie chorążą. „Jestem dumna”

Jakub Radomski
15
Usłyszała od Piesiewicza, że będzie chorążą. „Jestem dumna”
Igrzyska

Przeanalizował szanse Polaków. „Żurek jedzie po dwa medale”

Jakub Radomski
6
Przeanalizował szanse Polaków. „Żurek jedzie po dwa medale”
Reklama
Reklama