W Polsce strajkowali już chyba wszyscy. Stoczniowcy, pielęgniarki, działkowcy, lekarze, kolejarze i wszyscy inni związkowcy. Aż dziwne, że jeszcze nigdy za poważne strajkowanie nie wzięli się piłkarscy kibice. Tak jakby nigdy, przenigdy nie mieli powodu. No dobra, były jakieś manifestacje pod urzędami, siedzibami klubów, a nawet pod domem Ireneusza „kasa będzie jutro” Króla. Jednak tego, na co właśnie zdobyli się fani futbolu w Rumunii chyba jeszcze nie widzieliśmy.
Przed tygodniem Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu w Lozannie utrzymał degradację Rapidu Bukareszt z rumuńskiej ekstraklasy, motywując tę decyzję potężnymi zaległościami finansowymi. Trzykrotny mistrz kraju wprawdzie zaczął sezon na najwyższym szczeblu, ale wyniki rozegranych meczów unieważniono i ostatecznie spuszczono zespół z ligi. W efekcie wczoraj 30 kibiców Rapidu rozpoczęło na murawie stadionu… strajk głodowy. Zbudowali sobie mały obóz, rozstawili namioty i deklarują, że nie zaprzestaną głodówki, dopóki rezygnacji nie złożą władze federacji piłkarskiej oraz władze ligi.
Wywiesili transparenty „Bez Rapidu nie ma życia” i twardo obstają przy tym, że nie ruszą się z miejsca. – Dla dobra Rapidu musieliśmy wyjść na ulicę, ale wtedy wielu naszych przyjaciół trafiło do aresztów za zakłócanie porządku. Dlatego znaleźliśmy inny sposób – mówi jeden z protestujących.
Kto złamie się pierwszy? I dlaczego raczej nie działacze?
