Kiedyś zbłąkana owca, dzisiaj – samiec alfa. Historia Rickiego Lamberta

redakcja

Autor:redakcja

02 lutego 2013, 16:24 • 8 min czytania

Reklama
Kiedyś zbłąkana owca, dzisiaj – samiec alfa. Historia Rickiego Lamberta

Z debiutem w Premier League specjalnie się nie spieszył, w końcu pierwszy mecz na tym poziomie rozegrał mając już trzydziestkę na liczniku. W kolosalnym błędzie był jednak każdy, kto uważał, że Rickie Lambert na boiskach PL nie będzie miał zbyt wiele do zaoferowania, że przyjdzie mu odgrywać jakąś podrzędną, marginalną rolę. Fakt, nie jest i nigdy nie będzie gwiazdą najwyższej próby, ale swoją postawą pisze naprawdę ciekawą opowieść, urastając przy okazji do miana symbolu. Symbolu tego, że nawet jeśli jednego dnia zapierdalasz przy słoikach, etykietkach i zakrętkach, to drugiego możesz robić coś, na co z podziwem patrzy cały świat.
10 sierpnia 2009 roku, to jedna z ważniejszych dat w najnowszej historii Southampton – właśnie wtedy w klubie pojawił Rickie Lambert. Cena? Prawie milion funtów. Całkiem sporo, jak na transfer w obrębie Legaue One, w dodatku za zawodnika, który nigdy nie grał na wyższym poziomie. Na St. Mary’s liczono jednak, że nowy napastnik, który sezon wcześniej trafił dla Bristolu 29 razy, w nowym otoczeniu również stanie się gwarantem bramek. Dlatego, mimo że sytuacja finansowa klubu nie była najlepsza, nie szczędzono grosza.

Reklama

Jakiekolwiek dylematy związane z koniecznością głębszego sięgnięcia do kieszeni, zniknęły już z pierwszymi występami Lamberta. Na koniec sezonu okazało się, że nie tylko minimalnie poprawił swój dorobek z poprzednich rozgrywek (30 trafień), ale także obronił tytuł króla strzelców League One. Co prawda „Świętym” nie udało się awansować do wyższej klasy rozgrywkowej ( zaczynali sezon z dziesięcioma punktami ujemnymi), ale nikt nie miał najmniejszych wątpliwości, że wspomniany milion funtów został dobrze zainwestowany. W następnym sezonie Lambert nieco spuścił z tonu, zwłaszcza na początku miał problemy ze skutecznością, ale i tak zdołał ukłuć 21 razy. Powodów do narzekań jednak nie miał. W końcu cegiełka, którą przyłożył do awansu do Championship i tak była bardzo okazała.

Zanim Lambert rozegrał pierwszy mecz na zapleczu PL, tu i ówdzie zaczęły pojawiać się wątpliwości, co do tego, czy aby na pewno sobie poradzi. Napastnik „Świętych” rozwiał je w najlepszy możliwy sposób, strzelając 9 bramek w pierwszych 11 spotkaniach, udowadniając tym samym, że do Championship pasuje jak ulał. O jego snajperskich umiejętnościach przekonał się chociażby Tomasz Kuszczak, który w debiucie w barwach Watford przyjął od Lamberta trzy sztuki. W pierwszorzędnej dyspozycji wytrwał do samego końca rozgrywek, zgarniając w zasadzie wszystkie możliwe bonusy i wyróżnienia. Tym najważniejszym był oczywiście awans do PL, okraszony dodatkowo kolejną koroną króla strzelców i nagrodą dla najlepszego gracza sezonu.

Tajemnicą jego wyśmienitej dyspozycji miała być osoba Nigela Adkinsa, menadżera Southampton, który w sezonie 2011/11 zastąpił na tym stanowisku Alana Pardew. To właśnie pod czujnym okiem tego szkoleniowca Lambert zmienił swój tryb życia i zaczął poważniej traktować swoje obowiązki, znacząco poprawił też sylwetkę. Jeszcze przed Adkinsem swoje zrobił też Pardew, który pilnował, by jego podopieczny obrał właściwe standardy, odżywiał się prawidłowo, spał tyle, ile trzeba. Dzięki temu Rickie stanął wreszcie u wrót do piłkarskiego raju, a brytyjska prasa pisała o nowej wersji Granta Holta.

Reklama

Analogii między Holtem a Lambertem jest wiele. Po pierwsze – obaj debiutowali w PL w tym samym wieku i – chyba można już zaryzykować takie stwierdzenie – z bardzo podobnym skutkiem. Po drugie – swego czasu wspólnie stanowili o sile rażenia Rochdale. Lambert na Spotland przybył w lutym 2005 roku, Holt – niemal równo rok wcześniej. Na starcie ich współpraca nie wyglądała różowo, ale z czasem znaleźli wspólny język. W sezonie 2004/05 tworzyli już wyjątkowo skuteczny duet napastników. Lambert z 22 golami został najlepszym strzelcem League Two (do spółki z Karlem Hawley’em z Carlisle), z kolei licznik Holta wskazywał na finiszu 14 trafień.

Co ciekawe, Lambert na Spotland nie przychodził jako rasowy snajper, lecz jako zawodnik znacznie częściej operujący w środku pola. Traf chciał, że ówczesny trener Rochdale, Steve Parkin, dostrzegł to, co niekoniecznie chcieli widzieć inni i z miejsca desygnował go do gry w linii ataku. Wiadomo z jakim skutkiem.

Po trzecie – przebieg karier obu dżentelmenów jest do siebie bardzo zbliżony, jakby rozrysowany według tego samego schematu. Zanim za grę zaczęli otrzymywać pieniądze, które pozwoliły im żyć bez przeszkód, tułali się się po klubach małych i jeszcze mniejszych, gdzie hajs raczej się nie zgadzał. Nie mieli więc wyjścia, musieli podwinąć rękawy i wziąć się do „normalnej” roboty. No, ale wtedy bramki Manchesterowi United, Chelsea czy innemu Arsenalowi strzelali wyłącznie na konsoli.

Działając w myśl zasady, że żadna praca nie hańbi, imali się przeróżnych zajęć. Holt pracował na przykład w portowych dokach, a Lambert przez sześć tygodni zakręcał słoiki z burakami, byle tylko odłożyć trochę grosza na czas poszukiwań nowego klubu. Musiał radzić sobie sam, bo w Blackpool, gdzie zaczynał przygodę z zawodowym futbolem, grzecznie podziękowano mu za współpracę. – Kiedy zwolniono mnie z Blackpool nie wiedziałem, czy zostanę przy piłce, usiłowałem znaleźć klub za wszelką cenę. Szukałem blisko rok, pamiętam, że zapisałem się też do college’u, więc miałem w głowie, że może z tego nic nie wyjść. Szansa przyszła jednak z Macclesfield – zwierza się dziennikowi „Daily Star”. Jedyny szkopuł polegał na tym, że w nowym klubie początkowo grał tam całkowicie za darmo.

Reklama

Na szczęście jego piłkarskie losy potoczyły się tak, że wszystkie ciężkie chwile i niepowodzenia odbił sobie z nawiązką. O grze w PL marzył od zawsze, był pewien, że ma wystarczająco duże umiejętności, by wspiąć na ten wysoki przecież poziom. Czas pokazał, że się nie mylił. Mało tego, niektórzy dziwią się, dlaczego na szczyt dotarł tak późno, skoro w niższych ligach strzelał aż miło, a i w kolumnie „asysty” niemal co sezon wpisywał sobie dwucyfrowy wynik. Gareth Griffits, który występował wspólnie z Lambertem w Rochdale, uważa, że wina za taki stan rzeczy leży głównie po stronie napastnika „Świętych”. – Nigdy nie powiedziałbym, że był ambitny. Rickie był wyluzowany, zawsze spóźniony. Na boisku był świadomy tego, co robi i ostry. Ale poza nim był zbyt wyluzowany i rozkojarzony, nie pamiętał nawet, że się gdzieś spotkaliśmy. Myślę, że nie wiedział do końca, co tak naprawdę skrywa pod maską – mówi w rozmowie z „The Independent”.

Lambert również jest świadom tego, że przez długi czas sam sobie nie dawał szansy. – Kilka lat temu, gdy grałem w Stocport, nie miałem w sobie tej wiary i nie czerpałem radości z gry w piłkę. Wtedy to, co działo się poza boiskiem, cieszyło mnie za mocno, nie bardzo interesowała mnie dieta czy bycie profesjonalistą. Dopiero po transferze do Bristolu trochę to zmieniłem, a po dołączeniu do Southampton zacząłem naprawdę o siebie dbać. – przekonuje na łamach „The Sun”. Podkreśla jednak, że nawet jeśli trochę pluje sobie w brodę, to niczego nie żałuje. Ł»e przeżył i gorsze, i lepsze chwile, ale cieszy się tym, co ma i czerpie radość z każdej minuty w PL. Po cichu liczy też na powołanie do reprezentacji. Roy Hodgson podobno trzyma rękę na pulsie.

Nim jednak przyjdzie mu założyć reprezentacyjną koszulkę (o ile w ogóle to nastąpi, znów nawiązanie do Granta Holta), ma do wykonania arcyważne zadanie – utrzymać „Świętych” w krajowej elicie. Silny, bardzo dobrze grający głową i potrafiący świetnie się zastawić Lambert jest centralną postacią zespołu , liderem i prawdziwym ulubieńcem trybun. Nic dziwnego, skoro odkąd tylko pojawił się w Southampton, klub sukcesywnie pnie się w górę. Kibice na St. Mary’s zadedykowali mu nawet specjalną przyśpiewkę

Reklama

Porównanie do słynnego Le Tissiera wbrew pozorom nie odnosi się wyłącznie do numeru 7 na koszulce. Lambert, podobnie jak „Le God”, może pochwalić się mistrzowską egzekucją rzutów karnych. Dotychczas do piłki ustawionej na 11 metrze podchodził 31 razy i jeszcze nie zdarzyło mu się spudłować. Le Tissier w ciągu 16 sezonów gry dla Southampton nie trafił raz. Na 49 prób.

Być może lekkim nadużyciem jest dopatrywanie się w Lambercie „nowego Le Tissiera”, ale miejsce w panteonie klubowych legend ma raczej zapewnione. Dla kibiców jest obecnie bohaterem, numerem jeden. Może nie takim na długie lata, ale też nie jednorazowym kozakiem, który zaliczył swój „skok Fortuny”, a potem przepadł jak kamień w wodę. Jedynym zmartwieniem fanów może być zainteresowanie innych klubów, które chętnie widziałyby u siebie ich faworyta. Nie tak dawno głośno było zakusach Evertonu. Daivda Moyes nie ukrywa, że jest pod dużym wrażeniem gry Lamberta i chętnie przyjąłby go w swoje szeregi. Tyle tylko, że Lambert, choć urodzony właśnie w Liverpoolu, ma spore wątpliwości co do tego, czy w niebieskim byłoby mu do twarzy. Co poradzić, takie dylematy, to normalka dla ludzi wychowanych w czerwonej części Merseyside, którzy w dodatku tatuują sobie na ramieniu Liverbirda.

John Woods, pod okiem którego 13-letni Rickie zgłębiał pierwsze tajniki futbolowego rzemiosła w Kirkby Sports College, wierzy, że jego były podopieczni zawita kiedyś na Anfield Road. Jak sam mówi – skoro Andy Carroll mógł, to niby dlaczego on nie może. Zapewnia także, że Lambert od zawsze przejawiał znamiona nietuzinkowego talentu. Jego ojca, Sama, wskazuje jako osobę, której zawdzięcza może nie wszystko, ale na pewno bardzo wiele. Głównie dlatego, że w przeciwieństwie do innych ojców nie odprawiał cyrków w czasie meczów i nie załatwiał nic kuchennymi drzwiami. Jeśli chodzi o karierę syna, Sam Lambert miał jedną, banalnie prostą zasadę – dostaniesz tyle, ile wywalczysz sobie na boisku. Złamał ją tylko raz, gdy załatwił mu pracę przy zakręcaniu słoików.

Ten mało osobliwy model wychowania w całości spełnił swoją misję. Rickie nauczył się wiele, pojął wiele, zrozumiał wiele. W końcu sam doszedł do tego, co musi zmienić, w jaki sposób przestawić poszczególne trybiki, aby wszystko działało jak należy. Ok, może potrzebował na to trochę czasu, ale przecież lepiej późno, niż wcale. Zwłaszcza, jeśli efekt końcowy finalnie dorównuje oczekiwaniom.

Reklama

KAROL BOCHENEK

Najnowsze

Reklama

Weszło

Reklama