Na temat problemów ze szkoleniem młodzieży i w ogóle namawianiem dzieci do uprawiania piłki porozmawialiśmy z byłym reprezentantem Polski, a dziś zajadłym krytykiem PZPN-u, Piotrem Świerczewskim.
Jest pan załamany, widząc tak niewielką liczbę dzieci grających w piłkę na boiskowych osiedlach i orlikach?
To jest olbrzymi powód do zmartwienia. Ł»eby te dzieciaki grały w siatkówkę, koszykówkę albo cokolwiek innego, to pół biedy, ale one omijają nawet boiska piłkarskie, a to przecież nasz najpopularniejszy sport. Szkolenie niby mamy niegorsze niż za granicą, a odstajemy od Zachodu na ogromną odległość. Wie pan, chodziłem teraz do szkoły trenerskiej, gdzie przygotowuje się trenerów, którzy mają szkolić te dzieciaki, ale ja bym swojego syna takim trenerom nie powierzył.
Dlaczego?
Byłem na kursie UEFA „A” i tak naprawdę dalej nie wiem, czego ta szkoła uczy – specjalizacji w piłce dorosłej czy w piłce dziecięcej? Przecież to dwie różne rzeczy, prawda? A my uczymy się piłki dorosłej i dziecięcej równocześnie. Szkolenie dzieci to naprawdę trudna sprawa. Nie rozumiem też, dlaczego PZPN nie może pomóc takim chłopakom jak Mirek Szymkowiak czy Piotrek Reiss, który ma pod sobą tysiąc dzieciaków. Kluby też muszą sobie same to szkolenie organizować. Słucham tego Piechniczka, który mówi, że mamy system szkolenia… To jest katastrofa, co ten człowiek wygaduje. Ile ten Piechniczek jest w PZPN-ie? Dziesięć lat? Dwadzieścia?
Jego nie należy traktować poważnie.
Jeżeli on przez dwadzieścia lat nic nie zmienił, to jakim prawem wypowiada się o szkoleniu? My nawet nie stoimy w miejscu – my się cofamy! Wyprzedzają nas kraje, które jeszcze nie tak dawno temu w ogóle nie grały w piłkę. I ten człowiek, Piechniczek, wypowiada się o systemie szkolenia… Dajmy miejsce innym ludziom. Nie zdążę tego panu teraz opowiedzieć, ale mam swoją wizję szkolenia, trochę inną niż PZPN. Myśli pan, że ktoś korzysta z naszego doświadczenia, z doświadczenia chłopaków – Świerczewskiego, Hajty, Wałdocha – którzy spędzili tyle lat za granicą?
Leśne dziadki źle reagują na napływ świeżości.
Matysek pracuje przecież za granicą – dlaczego? Ile osiągnął Krzynówek, a dziś nikt mu nie zaproponuje pracy! Wolą stawiać na ludzi, którzy nie mają żadnego doświadczenia, bo nie grali w piłkę, a jeśli grali, to na słabym poziomie i są dziś tzw. działaczami.
Przy szkoleniu najmłodszych dzieciaków spokojnie można wykorzystać wielu znanych piłkarzy. Nie tylko byłych.
Oczywiście, że tak. Tylko dlaczego PZPN na to nie wpadnie? Przecież mieszkam w Warszawie i mógłbym tak działać. Firma Nike zapraszała mnie na swój program „Droga do sukcesu”, na którym wybierali najbardziej utalentowanych dzieciaków. Ani jednego trenera z PZPN-u tam nie było. Ani jednego! A przecież mamy reprezentacje U-15, U-16, U-17… Na turniej Bartka Remplewicza przyjeżdża pięć tysięcy dzieciaków – fantastyczne zawody! – i myśli pan, że PZPN jakoś przykłada do tego rękę?
Oczywiście, że nie. Nie mam wątpliwości.
To jak mamy organizować sport młodzieżowy? Jak mamy gonić Europę?
Można by zacząć – pisaliśmy o takim pomyśle – od międzyosiedlowych turniejów wakacyjnych, na które zapraszano by obecnych reprezentantów Polski.
Jak najbardziej, ale nie tylko wakacyjnych. Można organizować rozgrywki wojewódzkie, międzyszkolne… Ale tym powinny się zająć okręgowe związki piłkarskie, a to de facto PZPN. Jest tyle pomysłów – można grać w zimie na hali, w lecie uliczne zawody streetballowe na wzór koszykówki. PZPN na to pieniądze ma, ale co z tego? Tak to funkcjonuje za granicą i tak powinno funkcjonować u nas. A jeśli nie, to będziemy się cofać.
Proszę powiedzieć na koniec, jak wspomina pan swoje boisko, na którym stawiał pierwsze kroki.
To boisko dalej istnieje. Wtedy było betonowe i do dziś takie pozostało. Nie mieszkam już w Nowym Sączu, więc za często się tam nie pojawiam, ale jak już przejeżdżam, to łezka się w oku kręci. Dziś dzieciaki mają dużo lepiej – orliki, sztuczna murawa, ale co z tego, skoro omijają je szerokim łukiem?
TĆ