Powrót króla. Żywy pomnik Arsenalu znów na Emirates

redakcja

Autor:redakcja

01 stycznia 2012, 12:11 • 5 min czytania

Reklama
Powrót króla. Żywy pomnik Arsenalu znów na Emirates

Legenda reprezentacji Francji, która strzeliła w kadrze więcej goli niż Michel Platini. Człowiek, który dorobił się własnego pomnika przed stadionem Arsenalu Londyn. Mistrz Świata, Mistrz Europy, zdobywca wielu pucharów i superpucharów, zawstydzający nawet Andrzeja Strejlaua. Z drugiej strony oszust, który okradł Irlandię z awansu do Mistrzostw Świata, co w oczach wielu kibiców przekreśliło jego dotychczasowe, olbrzymie osiągnięcia. Thierry Henry, najlepszy spośród dzieciaków Arsene Wengera, wraca do domu.34-letni napastnik powraca z dalekich wojaży do miejsca, w którym przeżył najlepsze lata swojego życia. Henry już wcześniej, w AS Monaco zyskał status gwiazdy, lecz dopiero w Londynie stał się żywą legendą, porównywalną z największymi piłkarzami w historii Francji. Zdobytymi w Premier League i w klasyfikacjach UEFA złotymi butami mógłby zapełnić garderobę Jacka Bąka, we Francji przerastał nawet genialnego Zizou, a angielscy bramkarze płakali na sam widok liczby 14. فączył w Arsenalu znakomite pokolenia – odchodzące z Tonym Adamsem, Dennisem Bergkampem i Rayem Parlourem, to które wygrało bez porażki ligę angielską z Robertem Piresem i Patrickiem Vieirą, a także to najmłodsze, z Walcottem i Fabregasem. Nie brakowało mu niczego, poza jednym – sukcesami w europejskich pucharach.

Reklama

Henry, a raczej cały Arsenal, przez długie lata zawodził w międzynarodowych turniejach. Wygrywał mecze, cały czas liczył się w walce o najważniejsze tytuły, lecz zawsze brakowało szczęścia i konsekwencji w decydujących meczach. Francuz tuż po transferze na Highbury miał okazję zagrać w finale Pucharu UEFA, a na następną szansę zdobycia europejskiego trofeum musiał czekać aż do pamiętnego meczu z Barceloną w 2006 roku. Finałowe starcia spinają klamrą historię Thierry’ego w Arsenalu, pełną momentów chwały i glorii, lecz pozostawioną bez ukoronowania w postaci jakiegokolwiek europejskiego triumfu. To zresztą główny motyw odejścia Henry’ego, który otwarcie przyznał, że z Kanonierami niczego więcej już nie osiągnie. Na ten transfer, podobnie jak na Fabregasa kilkanaście miesięcy później, oczekiwała zresztą cała Europa. Spełniony w reprezentacji oraz na angielskim podwórku snajper miał wreszcie zdobyć coś w Europie, w barwach przeżywającej złoty okres Barcelony. Symboliczne namaszczenie przeprowadził Jimmy Jump, który ofiarował mu podczas jednego z meczów koszulkę Katalończyków.

Wyprowadzka z Highbury na Emirates Stadium, transfer Henry’ego, zmiana pokoleń. Arsenal przeżył trzęsienie ziemi, zaś sam Thierry wreszcie mógł delektować się grą w zespole już klasowym, rozwiniętym, a nie określanym mianem „wiecznie perspektywicznego”. Dzieciaki Wengera dalej musiały dorastać bez wodza z numerem 14, który zresztą momentalnie przechwycił młodziutki Theo Walcott. Swoją drogą, czyż to nie piękny obrazek obrazujący konsekwencje francuskiego menedżera?

Image and video hosting by TinyPic

Henry trafił do Barcelony, gdzie musiał przestawić się z roli frontmana kapeli na jednego z członków boys bandu, w dodatku wcale nie najbardziej rozpoznawalnego. Francuz przystosował się do nowych warunków, choć w wywiadach wyrażał olbrzymią tęsknotę za domem, który pozostawił w Londynie. Musiał być naprawdę sfrustrowany, skoro przyznał, że tęskni nawet za… brytyjskimi mediami. Silniejsza od sentymentów była jednak ambicja i parcie na kolejne trofea, łącznie z tym najważniejszym, czyli pucharem Ligi Mistrzów.

Reklama

W Barcelonie, razem z Messim i Eto’o, stworzył najskuteczniejszy tercet strzelecki w historii ligi, dystansując nawet Puskasa, Di Stefano i del Sola z legendarnego Realu lat sześćdziesiątych. Z Katalończykami wygrał wszystko, co było możliwe do wygrania, poczynając od Ligi Mistrzów, przez wszystkie trofea krajowe, aż po superpuchary i Klubowe Mistrzostwa Świata. Wykorzystał swój moment, w najlepszym momencie kariery znalazł się u boku rozkwitających gwiazd światowego formatu i zdołał zrealizować swoje marzenia o zwycięstwach w Europie i na świecie. Wreszcie mógł udać się na zasłużony odpoczynek. FC Barcelona zresztą ruszała dalej, budując swoją potęgę na wychowankach, wobec czego obcy, coraz starszy Henry dostał wolną rękę w poszukiwaniu nowego klubu. W Europie zdobył już wszystko, więc nowych bodźców zaczął szukać za Oceanem.

W Nowym Jorku dołączył do zespołu Red Bulla, który na nowo wybudowanym stadionie miał podjąć walkę z wiodącymi amerykańskimi zespołami. W drużynie towarzyszył mu Marquez, w lidze zaś za rywali miał między innymi Beckhama, Donovana, czy Robbiego Keanea. W Stanach powrócił do pozycji znanej mu z Arsenalu, gdy to na nim spoczywał ciężar gry, zainteresowanie mediów i wzrok kibiców. Sprostał presji, a mimo 34 lat na karku nie utracił nic ze swojej szybkości i dynamiki. Medialne opakowanie MLS pozwoliło mu również kontynuować liczne projekty poza boiskowe z efektowną akcją „Stand Up Speak Up” na czele. Do tego reklamy dla Nike, Pepsi i innych firm ze światowej czołówki… Na marginesie – czy ktoś kiedyś przebije te reklamy?

I kiedy wydawało się, że Henry już do końca kariery (po kompromitacji na MŚ 2010 zakończył już przygodę z reprezentacją dając mocny sygnał, że zbliża się do finiszu) będzie łączył efektowną grę w zespole Red Bulla i liczne akcje marketingowe, on po raz kolejny zaskoczył. Zawsze chętnie wracał do Londynu, ostatnio po to by odsłonić swój pomnik przed stadionem Emirates:

Reklama

…lecz niewielu spodziewało się, że sympatyczny siwy pan rozpływający się w zachwytach nad jego grą zapragnie ponownie mieć go w zespole. Arsene Wenger wypuścił z klubu swoich afrykańskich graczy na kolejną edycję Pucharu Narodów Afryki, a powstałą w ten sposób dziurę postanowił załatać człowiekiem z brązu, który klęczy pod stadionem. – Nawet w najśmielszych snach nie przypuszczałem, że kiedyś będę… tak stał przed stadionem drużyny, którą kocham i której kibicuję. Pomnik, to jak wygląda, świetnie oddaje moją miłość do klubu. Ja klęczący przed Emirates Stadium, skierowany też w stronę Highbury, to coś niesamowitego – powiedział Henry podczas odsłony posągu. Już trzy tygodnie później podpisywał dwumiesięczną umowę ze swoim klubem.

Wypożyczenia graczy ze Stanów na czas przerwy w tamtejszej MLS to coraz popularniejsza droga na zimowe wzmocnienia dla europejskich klubów. Bezużyteczny w Nowym Jorku o tej porze roku Henry zyskał tym samym możliwość powrotu do swojego ukochanego Londynu. Trudno przewidzieć jaką rolę będzie odgrywał w zespole – na fali jest Robin van Persie, ale oprócz niego Arsenal spisuje się nie najlepiej. Czwarte miejsce i dziewięć punktów straty do obu klubów z Manchesteru – nieszczególne powody do dumy, czy zadowolenia. Henry też nie wygląda na człowieka, za sprawą którego Kanonierzy rozpoczną marsz w górę tabeli, jednak jego wsparcie w meczu z Manchesterem, czy derbowym starciu z Tottenhamem może się okazać nieocenione. Otwarta pozostaje także kwestia ewentualnego transferu definitywnego. O ten jednak nie byłoby wcale łatwo, co pokazała saga Davida Beckhama i jego „już-prawie” przejścia do Milanu. Tym bardziej, że Amerykanie cenią żywe pomniki…

JAKUB OLKIEWICZ

Reklama

Najnowsze

Reklama

Weszło

Reklama