Legenda reprezentacji Francji, która strzeliła w kadrze więcej goli niż Michel Platini. Człowiek, który dorobił się własnego pomnika przed stadionem Arsenalu Londyn. Mistrz Świata, Mistrz Europy, zdobywca wielu pucharów i superpucharów, zawstydzający nawet Andrzeja Strejlaua. Z drugiej strony oszust, który okradł Irlandię z awansu do Mistrzostw Świata, co w oczach wielu kibiców przekreśliło jego dotychczasowe, olbrzymie osiągnięcia. Thierry Henry, najlepszy spośród dzieciaków Arsene Wengera, wraca do domu.34-letni napastnik powraca z dalekich wojaży do miejsca, w którym przeżył najlepsze lata swojego życia. Henry już wcześniej, w AS Monaco zyskał status gwiazdy, lecz dopiero w Londynie stał się żywą legendą, porównywalną z największymi piłkarzami w historii Francji. Zdobytymi w Premier League i w klasyfikacjach UEFA złotymi butami mógłby zapełnić garderobę Jacka Bąka, we Francji przerastał nawet genialnego Zizou, a angielscy bramkarze płakali na sam widok liczby 14. Łączył w Arsenalu znakomite pokolenia – odchodzące z Tonym Adamsem, Dennisem Bergkampem i Rayem Parlourem, to które wygrało bez porażki ligę angielską z Robertem Piresem i Patrickiem Vieirą, a także to najmłodsze, z Walcottem i Fabregasem. Nie brakowało mu niczego, poza jednym – sukcesami w europejskich pucharach.
Henry, a raczej cały Arsenal, przez długie lata zawodził w międzynarodowych turniejach. Wygrywał mecze, cały czas liczył się w walce o najważniejsze tytuły, lecz zawsze brakowało szczęścia i konsekwencji w decydujących meczach. Francuz tuż po transferze na Highbury miał okazję zagrać w finale Pucharu UEFA, a na następną szansę zdobycia europejskiego trofeum musiał czekać aż do pamiętnego meczu z Barceloną w 2006 roku. Finałowe starcia spinają klamrą historię Thierry’ego w Arsenalu, pełną momentów chwały i glorii, lecz pozostawioną bez ukoronowania w postaci jakiegokolwiek europejskiego triumfu. To zresztą główny motyw odejścia Henry’ego, który otwarcie przyznał, że z Kanonierami niczego więcej już nie osiągnie. Na ten transfer, podobnie jak na Fabregasa kilkanaście miesięcy później, oczekiwała zresztą cała Europa. Spełniony w reprezentacji oraz na angielskim podwórku snajper miał wreszcie zdobyć coś w Europie, w barwach przeżywającej złoty okres Barcelony. Symboliczne namaszczenie przeprowadził Jimmy Jump, który ofiarował mu podczas jednego z meczów koszulkę Katalończyków.
Wyprowadzka z Highbury na Emirates Stadium, transfer Henry’ego, zmiana pokoleń. Arsenal przeżył trzęsienie ziemi, zaś sam Thierry wreszcie mógł delektować się grą w zespole już klasowym, rozwiniętym, a nie określanym mianem „wiecznie perspektywicznego”. Dzieciaki Wengera dalej musiały dorastać bez wodza z numerem 14, który zresztą momentalnie przechwycił młodziutki Theo Walcott. Swoją drogą, czyż to nie piękny obrazek obrazujący konsekwencje francuskiego menedżera?
Henry trafił do Barcelony, gdzie musiał przestawić się z roli frontmana kapeli na jednego z członków boys bandu, w dodatku wcale nie najbardziej rozpoznawalnego. Francuz przystosował się do nowych warunków, choć w wywiadach wyrażał olbrzymią tęsknotę za domem, który pozostawił w Londynie. Musiał być naprawdę sfrustrowany, skoro przyznał, że tęskni nawet za… brytyjskimi mediami. Silniejsza od sentymentów była jednak ambicja i parcie na kolejne trofea, łącznie z tym najważniejszym, czyli pucharem Ligi Mistrzów.
W Barcelonie, razem z Messim i Eto’o, stworzył najskuteczniejszy tercet strzelecki w historii ligi, dystansując nawet Puskasa, Di Stefano i del Sola z legendarnego Realu lat sześćdziesiątych. Z Katalończykami wygrał wszystko, co było możliwe do wygrania, poczynając od Ligi Mistrzów, przez wszystkie trofea krajowe, aż po superpuchary i Klubowe Mistrzostwa Świata. Wykorzystał swój moment, w najlepszym momencie kariery znalazł się u boku rozkwitających gwiazd światowego formatu i zdołał zrealizować swoje marzenia o zwycięstwach w Europie i na świecie. Wreszcie mógł udać się na zasłużony odpoczynek. FC Barcelona zresztą ruszała dalej, budując swoją potęgę na wychowankach, wobec czego obcy, coraz starszy Henry dostał wolną rękę w poszukiwaniu nowego klubu. W Europie zdobył już wszystko, więc nowych bodźców zaczął szukać za Oceanem.
W Nowym Jorku dołączył do zespołu Red Bulla, który na nowo wybudowanym stadionie miał podjąć walkę z wiodącymi amerykańskimi zespołami. W drużynie towarzyszył mu Marquez, w lidze zaś za rywali miał między innymi Beckhama, Donovana, czy Robbiego Keanea. W Stanach powrócił do pozycji znanej mu z Arsenalu, gdy to na nim spoczywał ciężar gry, zainteresowanie mediów i wzrok kibiców. Sprostał presji, a mimo 34 lat na karku nie utracił nic ze swojej szybkości i dynamiki. Medialne opakowanie MLS pozwoliło mu również kontynuować liczne projekty poza boiskowe z efektowną akcją „Stand Up Speak Up” na czele. Do tego reklamy dla Nike, Pepsi i innych firm ze światowej czołówki… Na marginesie – czy ktoś kiedyś przebije te reklamy?
I kiedy wydawało się, że Henry już do końca kariery (po kompromitacji na MŚ 2010 zakończył już przygodę z reprezentacją dając mocny sygnał, że zbliża się do finiszu) będzie łączył efektowną grę w zespole Red Bulla i liczne akcje marketingowe, on po raz kolejny zaskoczył. Zawsze chętnie wracał do Londynu, ostatnio po to by odsłonić swój pomnik przed stadionem Emirates:
…lecz niewielu spodziewało się, że sympatyczny siwy pan rozpływający się w zachwytach nad jego grą zapragnie ponownie mieć go w zespole. Arsene Wenger wypuścił z klubu swoich afrykańskich graczy na kolejną edycję Pucharu Narodów Afryki, a powstałą w ten sposób dziurę postanowił załatać człowiekiem z brązu, który klęczy pod stadionem. – Nawet w najśmielszych snach nie przypuszczałem, że kiedyś będę… tak stał przed stadionem drużyny, którą kocham i której kibicuję. Pomnik, to jak wygląda, świetnie oddaje moją miłość do klubu. Ja klęczący przed Emirates Stadium, skierowany też w stronę Highbury, to coś niesamowitego – powiedział Henry podczas odsłony posągu. Już trzy tygodnie później podpisywał dwumiesięczną umowę ze swoim klubem.
Wypożyczenia graczy ze Stanów na czas przerwy w tamtejszej MLS to coraz popularniejsza droga na zimowe wzmocnienia dla europejskich klubów. Bezużyteczny w Nowym Jorku o tej porze roku Henry zyskał tym samym możliwość powrotu do swojego ukochanego Londynu. Trudno przewidzieć jaką rolę będzie odgrywał w zespole – na fali jest Robin van Persie, ale oprócz niego Arsenal spisuje się nie najlepiej. Czwarte miejsce i dziewięć punktów straty do obu klubów z Manchesteru – nieszczególne powody do dumy, czy zadowolenia. Henry też nie wygląda na człowieka, za sprawą którego Kanonierzy rozpoczną marsz w górę tabeli, jednak jego wsparcie w meczu z Manchesterem, czy derbowym starciu z Tottenhamem może się okazać nieocenione. Otwarta pozostaje także kwestia ewentualnego transferu definitywnego. O ten jednak nie byłoby wcale łatwo, co pokazała saga Davida Beckhama i jego „już-prawie” przejścia do Milanu. Tym bardziej, że Amerykanie cenią żywe pomniki…
JAKUB OLKIEWICZ
