„Pontoniarze”, czyli jak długą drogę przeszła ekipa Nawałki

redakcja

Autor:redakcja

06 czerwca 2017, 10:26 • 3 min czytania

Reklama
„Pontoniarze”, czyli jak długą drogę przeszła ekipa Nawałki

Kadra Nawałki dzisiaj jest w topowej dziesiątce FIFA. Nikt nie ma prawa patrzeć na reprezentację Polski z góry, zazdrościć jej piłkarzy może wielu. Jak długą drogę przeszli jednak ci kadrowicze, najlepiej pokaże wspomnienie pewnego letniego sparingu sprzed raptem trzech lat. Niby niewiele, ale w futbolu to – tak na oko – pięć epok. Był czas, gdy Polacy w najmocniejszym składzie mierzyli się jak równy z równym z rezerwami Litwy.

Reklama

Oto fragment naszej pomeczówki z szóstego czerwca 2014 roku. Brutalnie prawdziwy, napisany tradycyjną weszlacką frazą.

To prawda, że w Europie nie ma już słabych. Nie ma, jeżeli patrzymy z naszej perspektywy kogoś, kogo przez godzinę gnębią Litwini pozbawieni ośmiu podstawowych zawodników. A mówimy przecież o kraju, w którym piłkarzy pewnie jest ze stu, a zarabia dwudziestu – ci zdolniejsi bowiem zamiast żonglować i strzelać, kozłują oraz rzucają. Z powodzeniem zresztą. Mamy nie najgorszych piłkarzy, lecz tragicznie słabą reprezentację. Bo pokażcie nam drugi taki kraj, który ma gości w największych zespołach na świecie, a gra równie chujowo…

Pontoniarze – w taki właśnie sposób najczęściej podsumowywano występ biało-czerwonych w pierwszej połowie. Licznik, tykający od czasu, kiedy protegowani Nawałki ostatni raz trafili do siatki. A nie, oni jednak strzelili dopiero teraz… W sumie – 10,5 godziny. (…)

To był test generalny przed Gibraltarem. Pontony, golfy, ręczna… Cóż, mamy nadzieję, że ta cała integracja nie poszła na marne i chłopaki chociaż dobrze się bawili, trochę zabalowali, dlatego dzisiaj, poza kapitanem, setek raczej unikali. Spokojnie, nie będziemy was prosić, byście szybko i wyraźnie wyartykułowali słowo: GIB-RAL-TAR. Oni też wygrali, z Maltą, nie tracąc gola. Seria zwycięstw z rzędu jest tak samo wyśrubowana, jak wasza – wynosi dokładnie jedno. (…)

Reklama

Taktyka. Milik w parze z Lewandowskim, czyli jeden robi miejsce drugiemu. W końcówce ta współpraca nie wyglądała źle, jednak wcześniej na dobrze znanych nad Wisłą Kijanskasa i Andruskeviciusa – zupełnie nie wystarczała. Brzmi to niewiarygodnie, boli, drażni – ale jest zajebiście prawdziwe. Groteskowość sytuacji najlepiej podkreślił Wilusz – środkowy obrońca wyjątkowo pewny. Pewny tego, że nie powinno go tutaj być, chyba że na trybunach, odzianego w biało-czerwoną koszulkę, z okolicznościową czapeczką oraz flagą na policzku. Przy nim skrzydłowi z Litwy wyglądali niczym rasowi sprinterzy z Jamajki. I nie chodzi o kolor…

Polacy mozolnie i z godną podziwu konsekwencją podawali wzdłuż linii środkowej, może czasami odrobinę za lekko. Raz, dwa, trzy – jak w siatkówce – i zdziwieni, że skoszarowane na własnej połowie litewskie linie pomocy i obrony nie rozeszły się ani trochę. Więc podawali do Rybusa, a ten – hop – w dziwaczny, całkowicie niezrozumiały drybling na dwóch-trzech przeciwników, którzy czytali go za każdym razem. Albo w sumie – po prostu stali, czekając aż sam na nich wpadnie. Wystarczyło, że gracz Tereka raz tylko podniósł głowę, po czym dośrodkował, by Lewandowski mógł zdobyć bramkę…

No nic. Było przykro, momentami wstyd”

Tak jest. Nie ma co się oszukiwać – wszyscy wiemy, że ta kadra pięknie rozwinęła, ale wszyscy też pamiętamy, że czasy laboratoryjne były pełne boleści. Historia w gruncie rzeczy tradycyjna: jak nieruchawa gąsienica zmieniła się w motyla”.

Reklama

Najnowsze

Reklama