Słaba Wisła, katastrofalny Piast. Nie ma to jak sobotni szlagier!

redakcja

Autor:redakcja

04 marca 2017, 23:10 • 3 min czytania

Reklama
Słaba Wisła, katastrofalny Piast. Nie ma to jak sobotni szlagier!

Kiedy za trzon sportowy w Wiśle zaczęła odpowiadać opcja hiszpańska, można było się spodziewać… Hm, nie napiszemy, że rewolucji, bo przecież „Biała Gwiazda” od paru sezonów dała się poznać jako drużyna, która umie poklepać, zagrać z piętki, przyspieszyć. Liczyliśmy, że – abstrahując od tego czy wyjdzie, czy nie – ta filozofia gry będzie raczej pogłębiana. No i co? W ogóle się nie przeliczyliśmy. Wisła grała dziś dokładnie tak, jak sobie to wyobrażaliśmy. Podawała… Utrzymywała się przy piłce… Klepała… Rozrzucała akcję z jednej strony na drugą… Super, naprawdę super to wyglądało.

Reklama

I skoro szło jej tak dobrze, to zupełnie nie rozumiemy, dlaczego w ogóle wychodziła ze swojej połowy.

Nie jesteśmy fanami powiedzenia, że zwycięzców się nie sądzi – prawda jest taka, że i jedni, i drudzy zagrali dziś kompletny pasztet. Większy oczywiście gospodarze, bo nie grali nic sensownego ani w obronie (Pietrowski i Korun nieprzytomni), ani w ataku (Papadopulos, Masłowski i Vranjes nieprzytomni). To Wisła miała cały czas inicjatywę w tym meczu, ale – no właśnie – rywal nie był zdolny jej nawet drasnąć paznokciem, a ta i tak nie wiedziała, jak dobrać się mu do skóry. Wymieniała tę piłkę, akcje posuwały się do przodu mniej więcej tak jak budowa bloku w „Alternatywy 4”, wszystko było takie jakieś miałkie. Co jakiś czas sięgali po sprawdzony na polskich boiskach pomysł: lagę na bałagan.

No i niespodziewanie co najmniej trzy te lagi okazały się bardzo sensowne.

Najpierw rakietę do Brożka posłał Głowacki, ale napastnik jakby przestraszył się, że może uszkodzić Szmatułę, nie bardzo chciał powalczyć o tę piłkę (a znalazł się oko w oko). Później kolejną długą piłkę posłał – dla odmiany – Głowacki i tym razem zakończyła się ona sukcesem. Podanie głową zgrał Sadlok, po mistrzowsku wypuszczając Ondraska między Koruna i Pietrowskiego. Czech generalnie odmienił losy tego meczu – wprowadził ruchliwość, świeżość, pokazywał się, no i jako pierwszy przełamał ten marazm zdobywając bramkę. Później miał jeszcze jedną okazję po kolejnej ladze od – no nie zgadniecie – Głowackiego, ale tamtym razem górą był Szmatuła.

Reklama

Gdy Wisła zdobyła bramkę i wydawało się, że jest po meczu, zupełnie znienacka zaatakował Piast. Gonzaleza dość sprawnie przepchał Papadopulos (jedno z nielicznych dobrych zagrań meczu, jeśli nie jedyne), przytomnie odegrał Żiwec, zaspał nieco Mączyński i Badia stanął oko w oko z bramkarzem. Mecz zmierzał ku końcowi, Wisła przyciskała i bodaj w ostatniej akcji meczu wycisnęła te trzy punkty. Videmontowi jakimś cudem nie przeszkodziła piłka (co w spektakularny sposób zdarzyło mu się wcześniej), wręcz idealnie dograł do Brleka, a ten główką wykończył tę akcję. Trzeba docenić za walkę i grę do ostatniej minuty – taka prawda, że utrata punktów z tak beznadziejną drużyną jak dzisiejszy Piast to jak dać się okraść ośmiolatkowi. Nawet gdy gliwiczanie dostawali dziś prezent na tacy (na przykład podanie w pole karne od Mączyńskiego), tracili głowę i nie wiedzieli, jak go rozpakować. Aż ktoś szybko im go podbierał.

Sorry, ale Piast to była dziś ekipa paralityków, dlatego do wygranej Wisły trzeba podejść z należytym spokojem. Przed Wdowczykiem sporo roboty, bo na ten moment gliwiczanie mają tyle pomysłu na grę, co drużyna złożona z jednokomórkowców.

FXPhzze

Fot. 400mm.pl

Reklama

Najnowsze

Reklama
Polecane

Chwalińska docenia Świątek po wygranej. „To żyjąca legenda”

Marcin Długosz
0
Chwalińska docenia Świątek po wygranej. „To żyjąca legenda”
Ekstraklasa

Niemczycki robił co mógł, ale Motoru nie zatrzymał. Koledzy nie pomogli…

Mikołaj Duda
12
Niemczycki robił co mógł, ale Motoru nie zatrzymał. Koledzy nie pomogli…

Weszło

Reklama