Robert Maaskant: Tuvalu to przygoda! Nie otrzymuję wynagrodzenia [WYWIAD]

Adrian Mańko

30 października 2026, 10:01 • 12 min czytania 4

Reklama
Robert Maaskant: Tuvalu to przygoda! Nie otrzymuję wynagrodzenia [WYWIAD]

Robert Maaskant został ogłoszony nowym selekcjonerem reprezentacji… Tuvalu. Holendra w Polsce kojarzymy przede wszystkim z pracy z Wisłą Kraków. Pod Wawelem sięgnął po mistrzostwo i był o kilka minut od awansu z „Białą Gwiazdą” do Champions League. Jak potoczyła się jego kariera po wyjeździe z naszego kraju i jakim cudem przywiodła go aż do Oceanii?

Reklama

Warto nadmienić, że Tuvalu to bardzo specyficzne miejsce na mapie świata. To jeden z czterech najmniejszych, suwerennych krajów na kuli ziemskiej – mniejsze są tylko Watykan, Monako i Nauru. To wyspiarskie państewko ma raptem około 11 tysięcy mieszkańców, czyli pięć razy mniej niż np. Gniezno. Na dodatek naukowcy twierdzą, że do 2050 roku Tuvalu może… zniknąć. Wszystko z powodu stale podnoszącego się poziomu wód. To realna groźba, z jarzmem której żyją autochtoni.

Piłka na Tuvalu istnieje, ale oczywiście w realiach wymuszonych specyfiką tego miejsca. Z realiami tymi zmierzy się niebawem Maaskant.

***

Robert Maaskant: W podjęciu decyzji zadecydowała… przygoda!

Adrian Mańko: Z dużym zaskoczeniem przyjęliśmy w Polsce fakt, że został pan selekcjonerem reprezentacji Tuvalu. Jak do tego doszło?

Reklama

Robert Maaskant: Poznałem obecnego dyrektora technicznego reprezentacji Tuvalu, gdy prowadziłem agencję pracy. Wcześniej był trenerem w akademii PSV Eindhoven. Planowaliśmy wspólnie rozpocząć działalność biznesową. W sierpniu zadzwonił do mnie i zapytał, czy byłbym zainteresowany pracą z reprezentacją Tuvalu.

W Polsce niewiele wiemy o Tuvalu. Czy w momencie, gdy usłyszał pan tę propozycję, miał pan świadomość, o jakim kraju mówimy? Czy w ruch poszły Google?

Reklama

Wiedziałem o istnieniu Tuvalu, ponieważ wcześniej pracowało tam dwóch holenderskich trenerów: Foppe de Haan, związany z Heerenveen, oraz Leen Looyen, który pracował w NEC Nijmegen.

Proces podejmowania decyzji był długi? Tak egzotyczna propozycja może wzbudzić cały szereg wątpliwości.

Rozmawialiśmy o tym projekcie trzy razy w ciągu miesiąca. To współpraca oparta na konkretnych zadaniach, a nie praca na pełny etat. Przykładowo, w styczniu pojadę tam na trzy tygodnie. Nie muszę rezygnować ze swojej pracy w mediach.

Co było czynnikiem, który zdecydował? Pieniądze? Przygoda w odległym zakątku świata? A może możliwość powrotu do pracy trenera po przerwie?

Reklama

Przygoda! Nie otrzymuję wynagrodzenia, pokrywane są jedynie koszty podróży.

Podpisał pan kontrakt na rok. Czy uzgodniliście konkretne cele sportowe, czy przede wszystkim plan rozwoju futbolu w kraju?

Naszym celem jest doprowadzenie do tego, by Tuvalu zostało 212. członkiem FIFA. Musimy pokazać, że jesteśmy w stanie rywalizować z reprezentacjami należącymi do tej federacji.

Czy wiąże się to z przeprowadzką do Tuvalu?

Reklama

Nie. Będę jeździł do Oceanii trzy razy w roku, za każdym razem na około trzy tygodnie. Połowa naszej drużyny występuje w nowozelandzkich rozgrywkach.

Czego zdążył się pan już dowiedzieć o piłce w Tuvalu i szerzej – o kraju, jego kulturze, historii?

Bardzo dużo! Tuvalu jest zagrożone zalaniem, jeśli poziom mórz będzie nadal się podnosił. Mieszkańcy są pozytywnie nastawieni do życia i bardzo przyjaźni. Poziom piłki nożnej się poprawia, ponieważ wielu zawodników gra w Nowej Zelandii. Obejrzałem też wszystkie programy podróżnicze poświęcone Tuvalu.

W jakich warunkach przyjdzie panu budować reprezentację Tuvalu? Zakładam, że ze względu na specyfikę kraju będą one ekstremalnie trudne.

Reklama

Moi asystenci z Tuvalu już prowadzą treningi z zespołem na wyspie. Jest tam boisko, z którego korzystają również rugbiści. W styczniu polecę do Auckland na trzy tygodnie, żeby pracować z drużyną i rozegrać mecze.

To reprezentacja Tuvalu, ale nie na Igrzyskach Olimpijskich, tylko Igrzyskach Wspólnoty Narodów 2026. Spotykają się sportowcy z całej Wspólnoty Narodów, stowarzyszenia politycznego obejmującego większość byłych terytoriów Imperium Brytyjskiego. W 2026 startowały 73 kraje i 2715 sportowców. Tarona Taafaki (pierwsza z prawej) zdobyła brąz – pierwszy w historii medal Tuvalu na takiej imprezie i rozpisywał o niej cały świat. A więc sport w tym kraju istnieje!

Robert Maaskant: Jeśli zostaniemy członkiem FIFA, wszystko się zmieni

Ilu zawodników ma pan realnie do dyspozycji? Czy istnieje grupa piłkarzy, na której można oprzeć drużynę, czy dopiero trzeba zbudować system obserwacji i wyłapywania talentów?

Reklama

Zbudowaliśmy lokalną grupę 23 zawodników z wyspy. Będą trenować z moimi asystentami. Do tego dochodzą piłkarze występujący w Nowej Zelandii. Łącznie mamy grupę około 30 zawodników, spośród których będziemy wybierać kadrę na poszczególne mecze.

Tuvalu nie jest obecnie członkiem FIFA. Waszym głównym sportowym celem jest przyszłoroczny Four Nations Cup w Nowej Zelandii?

Jak wspomniałem wcześniej, naszym celem jest członkostwo w FIFA. Turniej to jeden z kroków, które chcemy wykonać, aby zbudować konkurencyjną drużynę, ale to tylko droga do celu.

Chyba trzeba się spieszyć z realizacją tego celu, bo naukowcy biją na alarm, że za kilkadziesiąt lat państwo może zniknąć z powierzchni Ziemi.

Reklama

Tak, oczywiście. Tuvalu intensywnie pracuje nad tym, by w przyszłości uniknąć zalania. Międzynarodowe zainteresowanie, które może przynieść reprezentacja narodowa, z pewnością pomoże w realizacji tego celu. Będziemy też szukać sponsorów, którym bliskie są globalne cele związane z ochroną środowiska.

Czy można powiedzieć, że w tym przypadku futbol jest jedynie pretekstem do nagłośnienia znacznie ważniejszych spraw – narzędziem, które ma zwrócić uwagę świata na problemy Tuvalu?

Tak, zdecydowanie. Gra w piłkę nożną to przede wszystkim dobra zabawa, ale są rzeczy ważniejsze, na które chcemy zwrócić uwagę.

Czy rola selekcjonera w takim kraju jak Tuvalu obejmuje również pracę nad rozwojem całego systemu szkolenia, edukacją lokalnych trenerów i organizacją futbolu młodzieżowego? Słowem – to będzie organiczna praca u podstaw?

Reklama

Niekoniecznie. Wyspy są tak małe, że trudno byłoby znaleźć wielu trenerów i stworzyć rozbudowany system szkolenia. Jednak oczywiście zdecydowałem się współpracować z lokalnymi szkoleniowcami i byłymi piłkarzami, na tyle, na ile jest to możliwe.

Czy bierze pan pod uwagę wariant, że pana misja na Tuvalu potrwa dłużej niż rok? Co musiałoby się stać, żeby tak było?

Oczywiście! Jeśli zostaniemy członkiem FIFA, wszystko się zmieni.

Wraca pan na ławkę trenerską po przerwie i po okresie pracy jako ekspert. Czy była to świadoma decyzja, czy po prostu brakowało ciekawych ofert?

Reklama

Uwielbiam pracę eksperta w ESPN, NOS i Sportnieuws. Prowadzę też własny podcast, do którego zapraszam znakomitych gości. Miałem kilka ofert powrotu do trenowania z różnych części świata. Przez ostatnie lata opiekowałem się jednak rodzicami. Oboje zmarli w czerwcu. To otworzyło mi możliwość powrotu do tego, co kocham najbardziej, czyli pracy trenera.

Praca eksperta telewizyjnego pozwoliła utrzymywać się pod prądem i być na bieżąco z nowinkami w piłce?

Tak, oglądam wiele meczów na najwyższym poziomie i muszę je analizować w trakcie gry. W telewizji zajmuję się również wyjaśnianiem taktyki.

Reklama

Robert Maaskant: Staram się odwiedzać Kraków raz w roku

Czy największy sukces w trenerskiej karierze Roberta Maaskanta to mistrzostwo Polski z Wisłą?

Trudno to ocenić. Zdobycie mistrzostwa Polski z Wisłą było oczywiście fantastycznym doświadczeniem. Ale awans do Eredivisie z bardzo małym klubem, RBC Roosendaal, być może był jeszcze trudniejszy. Podobnie jak awans do europejskich pucharów z NAC Breda – po mnie klubowi już się to nie udało.

A czy największa porażka to pamiętny mecz z APOEL-em Nikozja? Byliście o minuty od Ligi Mistrzów…

To wciąż boli. APOEL miał fantastyczny zespół, ale wiem, że zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy, żeby wygrać. Takie jest życie. Jestem dumny z tamtej drużyny, która później dobrze radziła sobie również w Lidze Europy. Zostałem zwolniony po emocjonującym meczu z Cracovią. Miło było później, gdy piłkarze zaprosili mnie do szatni po awansie do kolejnej rundy europejskich rozgrywek.

Reklama

Śledzi pan losy Wisły Kraków? W ostatnich latach były one mocno zagmatwane…

Oczywiście! Śledzę klub chociażby na Instagramie. Staramy się też odwiedzać Kraków raz w roku. Wspaniale widzieć, że Wisła powróciła do Ekstraklasy i radzi tam sobie bardzo dobrze. Fantastycznie jest oglądać pełny stadion przy Reymonta i świętujących kibiców, gdy drużyna wygrywa.

Reklama

Pana kariera po okresie pracy w Polsce również była bardzo nieoczywista. Jak trafił pan na Białoruś?

(Śmiech) Kariery trenera piłkarskiego nie da się zaplanować. Byłem w Salonikach, gdzie miałem podpisać kontrakt z Arisem. Negocjacje bardzo się przeciągały, aż zadzwoniono do mnie z Dynama Mińsk. Następnego dnia poleciałem na Białoruś. Przekonali mnie do podpisania kontraktu. Dynamo to naprawdę duży klub.

Dla nas Białoruś – mimo że to nasz sąsiad – to spora egzotyka. Niewiele wiemy o futbolu i realiach życia tam. Jak wyglądało to na miejscu? Pytam o aspekty sportowe, ale przede wszystkim organizacyjne, a także o życie codzienne.

Mińsk to duże miasto, w którym życie jest zaskakująco przyjemne. Są dobre restauracje, supermarkety i wszystko, czego potrzeba na co dzień. Dynamo było wówczas drugim klubem w kraju, za BATE Borysów. Mieliśmy nieco starszy, ale piękny ośrodek treningowy. Mimo wszystko przez cały czas towarzyszyło nam pewne dziwne uczucie związane z życiem w tym miejscu.

Reklama

Dało się odczuć, że to kraj, w którym nie przestrzega się standardów demokracji? Przez taki pryzmat patrzy się na Białoruś u nas.

Na Białorusi widać wielkie różnice między bogatymi a biednymi. Natomiast jako trener żyłem w pewnego rodzaju bańce i ciężko mi dokładnie powiedzieć, jak wygląda codzienne życie ludzi.

Robert Maaskant: Berhalter często dzwonił do mnie po radę

Kilka tygodni po zakończeniu pracy w Dynamie trafił pan do USA. Jak do tego doszło?

Grałem kiedyś z Greggiem Berhalterem, który często dzwonił do mnie po radę. Podczas jednej z rozmów powiedział, że szuka asystenta, który mógłby prowadzić za niego treningi.

Reklama

Dziś w Polsce to istotne nazwisko, bo jest trenerem Chicago Fire, gdzie gra Robert Lewandowski. Jaki to trener?

Gregg bardzo poważnie podchodzi do futbolu. Zawsze jest w stu procentach przygotowany, a piłka nożna nieustannie zaprząta mu głowę. Grał w Europie i cały czas śledzi najnowsze rozwiązania taktyczne stosowane przez czołowe kluby.

Gdy przyszła oferta powrotu do NAC Breda, długo się pan nie zastanawiał? W końcu to miejsce, gdzie wcześniej pracował pan przez dwa sezony z sukcesami.

To wcale nie była łatwa decyzja, ponieważ bardzo dobrze pracowało mi się w MLS. Mogliśmy zostać w Stanach Zjednoczonych, ale wtedy nasze dzieci stałyby się w praktyce Amerykanami – chodziłyby tam do szkoły i zapuszczały korzenie. Powrót do Holandii byłby później znacznie trudniejszy.

Reklama

W NAC nie udało się jednak uratować Eredivisie. Mimo wszystko pozostał pan na stanowisku jeszcze przez kilka miesięcy. Co finalnie przesądziło o odejściu?

Oczekiwania oraz prezes, który nie miał pojęcia o futbolu. W tamtym momencie, gdy zostałem zwolniony, zajmowaliśmy trzecie miejsce w lidze.

Po okresie w NAC nastąpiła pierwsza dłuższa przerwa. Rynek o panu zapomniał?

Reklama

Nie, ale kluby, w których chciałem pracować, nie były mną zainteresowane. Z kolei ja nie byłem zainteresowany tymi, które chciały mnie zatrudnić.

Oferta z Go Ahead Eagles to była przede wszystkim szansa na powrót i przypomnienie o swoim istnieniu? Bo większych szans na utrzymanie chyba nie było?

To było typowe mission impossible. W tym klubie byłem najpierw piłkarzem drużyny młodzieżowej, później zawodnikiem pierwszego zespołu, asystentem, a w końcu trenerem. Pracował tam również mój ojciec, który przez osiem lat był trenerem i menedżerem. Jeśli taki klub do mnie dzwoni i prosi o pomoc, stawiam się i staram się zrobić wszystko, co w danej sytuacji możliwe. W ostatnim meczu kibice zgotowali nam owację na stojąco, doceniając pracę, którą wykonaliśmy.

Na piłkarskim szlaku spotkał pan wielu świetnym graczy. W Groningen pana podopiecznym był Virgil van Dijk. Czy już wtedy było widać, że zrobi wielką karierę?

Reklama

Tak. Może nie było jeszcze widać, że osiągnie aż tak wiele, ale można było stwierdzić, że zostanie znakomitym piłkarzem. Na początku sezonu miał poważny problem z brzuchem, ale gdy tylko był gotowy do gry, od razu dałem mu szansę.

Tamto Groningen miało zresztą jeszcze kilku ciekawych piłkarzy – Marco Bizota, Filipa Kosticia, Leandro Bacunę czy sprowadzonego z Wisły Kraków Andraža Kirma. To była ekipa na coś więcej niż siódme miejsce?

Co za dziwne pytanie! Przecież zakwalifikowaliśmy się do baraży o europejskie puchary. Sezon wcześniej, mając mocniejszy zespół, klub zajął znacznie niższe miejsce. Groningen nigdy później nie zakończyło sezonu na wyższym miejscu niż za mojej kadencji. Jeśli chodzi o piłkarzy, Marco Bizot zadebiutował w trakcie sezonu, a Filip Kostić miał wtedy 18 lat i nie był jeszcze piłkarzem, którym stał się później. Uważam, że mój sztab wykonał świetną pracę, rozwijając tych młodych zawodników i pomagając im stać się dobrymi, a nawet znakomitymi piłkarzami.

Reklama

Wróćmy do Krakowa. Kilka lat temu w wywiadzie dla TVP Sport mówił pan, że wciąż ma ten słynny rower z mistrzowskiej fety w Wiśle Kraków. Ten, na którym jechał pan z Patrykiem Małeckim. Nadal go pan ma?

Oczywiście! Jestem dumny z tego roweru (śmiech). W grudniu ukaże się książka o mnie. Na pewno znajdzie się w niej zdjęcie, na którym jestem razem z Patrykiem!

Czy ma pan nadal kontakt z kimś z Wisły Kraków? I czy wyobraża pan sobie powrót do Polski w jakiejkolwiek roli? Patryk Małecki wrócił niedawno do Wisły, gra w trzecioligowych rezerwach.

Świetnie wspominam czas spędzony w Krakowie. Urodził się tam nasz syn, więc tak, absolutnie mógłbym wrócić do Polski. Niestety, większość osób, z którymi utrzymywałem kontakt, odeszła już z klubu. Od czasu do czasu rozmawiam jeszcze z Jarkiem [Krzoską – przyp. red.] i Kazikiem [Moskalem – przyp. red.]. Obserwuję też na Instagramie nowego, młodego właściciela Wisły (śmiech).

Na koniec: jak patrzy pan na swoją dotychczasową karierę?

Moja droga trenerska była nieprzewidywalna, ale bardzo piękna. Były zwycięstwa i porażki, jak w życiu każdego sportowca. Cieszę się, że pozostawałem otwarty na różne możliwości związane z rodziną i biznesem. To właśnie one sprawiły, że moje życie stało się i nadal staje się piękniejsze. Staram się też pomagać osobom, które znalazły się w trudniejszej sytuacji, współpracując z kilkoma fundacjami.

***

Starania Tuvalu o członkostwo w FIFA to nie żadna mrzonka. O szczegóły zapytaliśmy Michiela van der Werfa, dyrektora technicznego reprezentacji Tuvalu.

– Istnieje szereg wymogów, które trzeba spełnić. Dotyczą one takich obszarów jak zasoby ludzkie, infrastruktura, kwestie sportowe oraz prawne. Dążymy do uzyskania pełnego członkostwa w OFC przed latem 2027 roku, ale prawdę mówiąc bardziej realny wydaje się rok 2028. W zależności od wyniku naszego spotkania z FIFA, które odbędzie się jeszcze w tym roku, będziemy mogli określić harmonogram działań prowadzących do uzyskania członkostwa w FIFA. Na pewno będziemy obecni na Kongresie FIFA w marcu 2027 roku – zapowiada van der Werf.

4 komentarze
Adrian Mańko

Wychowanek świętej pamięci Lubelskiego Sport Expressu, do którego trafił jeszcze w liceum, wyłowiony jako młody talent portalu Lublinianka.NET. W Lubliniance od 20 sezonów pełni rolę spikera, a w dziennikarstwie zwiedził kilka tytułów, ostatnio Dziennik Wschodni. Najdłużej pracował jednak na chwałę jednego z buków. Od 2005 roku tworzy własny projekt piłkarski - LAKP. Piłka nożna? Zawsze i wszędzie! Liga Mistrzów, Premier League, Ekstraklasa, okręgówka, B-klasa. Wszystko jedno. Nie gra w padla. Ale gra w tenisa. Lubi też żużel.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Piłka nożna

Zdemolowano pomnik upamiętniający ofiary katastrofy lotniczej Manchesteru United

Braian Wilma
3
Zdemolowano pomnik upamiętniający ofiary katastrofy lotniczej Manchesteru United
La Liga

Legenda przejechała się po Viniciusie. „Jest problemem Realu Madryt”

Braian Wilma
1
Legenda przejechała się po Viniciusie. „Jest problemem Realu Madryt”

Inne reprezentacje

Reklama