Daniel Bielica latem 2024 roku odszedł z Górnika Zabrze do NAC Breda. W minionym sezonie spadł z tym klubem z holenderskiej ekstraklasy, ale pokazał się w nim z na tyle dobrej strony, że kupiło go rywalizujące w Championship Portsmouth. Temat tego transferu ciągnął się przez ponad dwa miesiące, polski bramkarz przeżył emocjonalny rollercoaster. W Anglii zaczął na ławce, ale już po trzech kolejkach wskoczył do składu i tydzień temu został jednym z bohaterów meczu z Cardiff Krystiana Bielika.
Bielica w rozmowie z Weszło opowiada o kulisach tych wydarzeń. Jego przykład pokazuje, że w delikatnych kwestiach związanych ze zmianą barw lepiej zachowywać się pokojowo, zamiast próbować rozwiązania siłowego, na co zdecydował się jego kolega, którego chciał Raków Częstochowa. Zapraszamy.
*
Jeżeli jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz, ty możesz dziś powiedzieć, że jesteś naprawdę dobry.
Rzeczywiście, to był całkiem niezły mecz w moim wykonaniu. Całej drużyny zresztą również, ale dla mnie czyste konto w raptem drugim występie w nowym kraju było naprawdę przyjemnym przeżyciem. Doszły tu jeszcze wyjątkowe okoliczności. Kilka dni wcześniej zmarła legenda klubu, która też była bramkarzem [Alan Knight, PM]. Akurat przy takiej okazji pokazałem, na co mnie stać.
Szczególne brawa zebrałeś za interwencję z początku drugiej połowy.
Tak. Myślę, że to była moja parada dnia.
Debiutowałeś z Derby, przegraliście 0:2. Mogłeś zrobić więcej przy pierwszym straconym golu? Takie ma się wrażenie jako widz.
Miałem poczucie, że mogłem zrobić więcej, ale podczas analizy z trenerem bramkarzy nie traktowaliśmy tego jako mój błąd. Chodziło o strzał z szóstego metra, do tego z rykoszetem od nogi obrońcy. Po prostu zabrakło trochę szczęścia. Próbowałem jeszcze złączyć nogi. Nie zdążyłem. Piłka otarła mi się o łydkę i wpadła. Wyglądało to kiepsko, ale z praktycznego punktu widzenia, ciężko takie sytuacje rozpatrywać w kategorii błędu. Ale to prawda, czułem niedosyt po tej bramce.
Portsmouth na razie punktuje w kratkę: dwa zwycięstwa, trzy porażki. O co walczycie w tym sezonie?
O stabilizację w Championship. Klub awans wywalczył dwa lata temu, teraz zaczynamy trzeci sezon. Chcemy zrobić krok do przodu i nie bić się do końca o utrzymanie. Środek tabeli byłby dla nas solidnym wyzwaniem, przynamniej na ten moment.
Czyli baraże byłyby czymś ekstra.
Zdecydowanie tak. To już byłoby coś zdecydowanie ponad plan.
Jakie pierwsze wrażenia co do Championship? Zobaczyłeś ją już i z ławki, i z boiska.
Jest to bardzo, bardzo ciężka liga jeśli chodzi o stopień wyrównania drużyn. Każdy jest świetnie przygotowany fizycznie. Każde 90 minut rozgrywasz na bardzo wysokiej intensywności. I właśnie głównie ta intensywność mnie zaskoczyła, choć mogłem się jej spodziewać. Wiadomo, na mojej pozycji nie odczuwam tego tak bezpośrednio, ale mimo to robi wrażenie. Szybkość i precyzja w działaniach to też nieco wyższy poziom od tego, czego doświadczałem w Holandii. Tam zespoły z topu piłkarsko byłyby nawet lepsze od większości Championship. Średni poziom ligi wyższy jest jednak tutaj. Wszystko toczy się na jeszcze wyższych obrotach.

Byłeś zaskoczony, że tak szybko dostałeś szansę, skoro zacząłeś sezon jako rezerwowy? Nicolas Schmid przez poprzednie dwa sezony był przecież numerem jeden.
Na starcie powiedziano mi, że przychodzę do rywalizacji, a Nico zaczyna jako numer jeden i ma jakiś kredyt zaufania, bo rozegrał dwa solidne lata. Wiedziałem, że jest tu plan na mnie, ale nie ukrywam, że byłem lekko zaskoczony, gdy zadebiutowałem już w 4. kolejce. Bramkarza przecież niezbyt często się zmienia. Jestem beneficjentem tej sytuacji, więc chcę ją wykorzystać i zostać w składzie jak najdłużej.
Pytam, bo Schmid wielkich baboli nie zaliczał. Kibice zgłaszali do niego trochę pretensji po inauguracji z QPR, ale to nie były nie wiadomo jakie wpadki.
No i dlatego po trzecim meczu nie czułem w duchu, że teraz nadchodzi mój czas. Dopóki trener nie wezwał mnie do gabinetu i zakomunikował, że zagram we wtorek, nie byłem na to nastawiony. Jak mówiłeś, Nico poważnych błędów nie popełniał. Nie pomagał drużynie, ale nie szkodził, był neutralny na boisku. Nie wiem, co dokładnie sprawiło, że nastąpiła zmiana. Może przekonałem do siebie postawą na treningach. Ja się cieszę, że zacząłem grać i muszę z tego jak najwięcej wyciągnąć.
Z Cardiff doszło do zamieszania z udziałem Krystiana Bielika i waszego młodego kibica.
Szczerze mówiąc, nie widziałem, co tam się wydarzyło. Piłka wyszła na aut, goście gonili wynik, spieszyli się i nagle doszło do jakichś przepychanek. Niewiele mogłem dostrzec, a jeszcze w międzyczasie wymieniałem uwagi z moimi obrońcami i piłem suplementy. O szczegółach dowiedziałem się dopiero z mediów.
Rozmawiałeś z Bielikiem po spotkaniu?
Rozmawialiśmy o piłce i życiu w Anglii, tej sytuacji nie poruszaliśmy. Mnie ona uciekła, a on sam nie zaczynał tematu. Podejrzewam, że i tak nie chciałby się w niego zagłębiać.
To co powiesz o życiu w Anglii?
Na tę chwilę pogoda pozytywnie zaskakuje. Jest sporo słońca, nie można narzekać. Ludzie w naszej okolicy są bardzo mili. Sąsiedzi od razu przyszli się przywitać i zapytać, czy czegoś nie potrzebujemy. Nie sądziłem, że spotkamy się tu z taką uprzejmością.

Marzyłeś kiedyś o grze na Wyspach? Pewnie nieraz dostawałeś takie pytania.
Zawsze najmocniej celowałem w kierunek hiszpański lub włoski. Jakoś większą sympatię odczuwałem do tamtych lig. Ale wiadomo, Anglia jest kolebką futbolu, więc też jest dobrze. Nie mówimy jeszcze o Premier League, ale może właśnie wykonałem pierwszy krok. Wyspy nie były moim największym marzeniem. Kiedy jednak temat zaczął się konkretyzować, naprawdę bardzo chciałem tutaj trafić.
Latem była jakakolwiek szansa na Hiszpanię czy Włochy?
W kuluarach coś się działo, były krótkie rozmowy z agentem, ale nic poza tym. Portsmouth od początku było wyjątkowo konkretne. Od pierwszej rozmowy, „calla”, którego mieliśmy, pokazali pełen profesjonalizm. Byliśmy w szoku. Miałem przeczucie, że to będzie dobry ruch – i sportowo, i prywatnie. Często intuicyjnie czuję, że warto w coś iść i tutaj takie przeświadczenie się pojawiło. Momentalnie poczułem pozytywną energię.
Zamiast rozważać „za” i „przeciw”, pozostawało ci trzymać kciuki, żeby doszło do porozumienia z Bredą. A jak wiemy po historii twojego niedawnego kolegi z szatni Rio Hillena, nie było to takie oczywiste.
Zainteresowanie mną było całkiem spore, nie oszukujmy się. Nie każdy jednak chciał płacić za transfer, więc rozmowy z Bredą przebiegały dość opornie. Portsmouth mocno o mnie walczyło w tych negocjacjach, a ja faktycznie mogłem jedynie kibicować.
W pewnym momencie zacząłeś mieć obawy, że nic z tego nie wyjdzie? Anglicy składali więcej niż jedną ofertę.
Miałem wzloty i upadki w moim nastawieniu co do finału sprawy. Już z pięć razy godziłem się z tym, że trzeba będzie zostać w Holandii, rozegrać dobry sezon i za rok szukać czegoś nowego. Potem agent odzywał się i było „a może jednak”. I po chwili znów coś się komplikowało. Emocjonalny rollercoaster. Do samego końca nie wiedziałem, co się wydarzy.
Ile to trwało?
Pierwszy kontakt nawiązaliśmy od razu po zakończeniu poprzedniego sezonu, czyli w połowie maja. Konkretniejsze rozmowy między klubami ruszyły jakoś po miesiącu i od tamtej pory naciskaliśmy z agentem, żeby doprowadzić do odejścia. Dopięcie transferu i podpisanie kontraktu zajęło kolejnych pięć tygodni. Dopiero pod koniec lipca wszystko dobrze się skończyło.
Czyli niechętnie, ale dopuszczałeś myśl, że przyjdzie ci bronić w drugiej lidze holenderskiej?
Tak, w zasadzie nie miałem wyboru. Postawiłem sprawę jasno na początku przygotowań. Spotkałem się z dyrektorem sportowym NAC i była to konstruktywna rozmowa. Przekazałem swój punkt widzenia i swoje motywacje. Chciałem podkreślić, że byłoby mi na rękę, gdybym mógł wykonać krok do przodu, ale zaznaczyłem, że jeśli nie dostaną za mnie satysfakcjonującej propozycji, to bez obrażania się nadal będę reprezentował barwy Bredy. Taka jest piłka, podpisałem kontrakt, który nie tylko klub do czegoś zobowiązuje.

Rio Hillen
Rozumiem zatem, że nie potrzebowałbyś chwili na dojście do siebie jak Rio Hillen, którego Holendrzy nie puścili do Rakowa Częstochowa? Chwilami odnosiło się wrażenie, że albo ciebie sprzedadzą, albo jego. Skoro byłeś pierwszy, on musiał zostać.
Nie wiem, na jakiej dokładnie zasadzie się to odbywało. Rio w pewnym momencie próbował już iść z klubem na wojenną ścieżkę. Ja starałem się tego nie robić. Powiedziałem na starcie obozu, na co liczę i tyle, potem cały czas normalnie pracowałem. On parę razy nawet nie trenował. Jak się okazało, dobrze wyszedłem na takiej postawie. Na koniec dyrektor sportowy wspomniał, że szalę przeważyło to, że byłem w porządku, nie wywierałem presji i robiłem swoje.
Jak oceniasz Rio Hillena? Polskie kluby nadal mogą go obserwować.
Myślę, że potencjał ma ogromny. Część już pokazał, a jeszcze więcej pozostaje zakryte. Jeśli chodzi o fizyczność, dynamikę i skoczność – ma papiery na bardzo poważne granie. Nadal jest duże pole do rozwoju w kwestiach czysto piłkarskich i trochę też mentalnych…
Nie tak dawno nie ukrywałeś, że chętnie wróciłbyś do Górnika Zabrze. Latem nie było tematu? Ty szukałeś czegoś nowego po spadku Bredy, a Górnik po zdobyciu wicemistrzostwa i Pucharu Polski musiał znaleźć następcę Marcela Łubika. Teoretycznie wszystko się zgrywało.
Teoretycznie może tak, ale większego kontaktu nie było. Czasami pogadam czy popiszę z trenerem bramkarzy Krzysztofem Osińskim. Wiedział, że rozmowy z Bredą są ciężkie i Holendrzy oczekują za mnie dużych pieniędzy. Nie wiem, czy sondował temat, ale do niczego oficjalnego nie doszło.
Być może temat by się pojawił, gdybyś był dostępny za znacznie mniejsze pieniądze.
Być może, nie wiem dokładnie, jaki Górnik miał pomysł na nowego bramkarza. Równie dobrze mogłem nawet nie znajdować się w kręgu zainteresowań.

Na koniec miałeś w ogóle alternatywę dla Portsmouth?
Nie. Zapytań nie brakowało, również z Polski, ale naciskałem, żeby zostać za granicą, zwłaszcza kiedy odezwało się Portsmouth. Wtedy oczy mi się zaświeciły i to był mój priorytet.
Jak po czasie patrzysz na spadek NAC Breda? Dało się go uniknąć?
Na pewno nie mogę stwierdzić, że zrobiliśmy wszystko, co się dało. Zbiegło się wiele niefortunnych czynników. Patrząc na jakość samej kadry, powinniśmy się utrzymać. Niestety, wiele razy sami strzelaliśmy sobie w stopę i koniec końców ulepiła się z tego kula śnieżna, której już nie dało się zatrzymać.
Kluczowy był okres przed świętami. Na przestrzeni czterech meczów trzy razy przegrywaliśmy 0:1, grając z bezpośrednimi rywalami do utrzymania. Potem doszedł jeszcze remis 0:0, co oznaczało, że w sześciu kolejkach strzeliliśmy jednego gola. Nie chcę się wybielać, ja też pewne rzeczy mogłem zrobić lepiej. W całym sezonie dostaliśmy bodajże sześć czerwonych kartek. I to nie na zasadzie „druga żółta w doliczonym czasie”. Często chodziło jeszcze o pierwsze połowy, czasami nawet pierwszy kwadrans. Z Volendam na wyjeździe kończyliśmy w dziewięciu. Do tego masa błędów indywidualnych. Nagromadziło się tyle rzeczy, że na mecie sezonu trudno już było się wygrzebać.
Zwyczajnie więc zabrakło wam jakości. Ona zawiera się także w tym, że nie dostaniesz czerwonej kartki i nie popełnisz jakiegoś błędu.
Piłkarsko na treningach było dobrze, ale jak mówisz, jakość to również umiejętność odstawienia nogi w odpowiednim momencie i posiadanie tej piłkarskiej czutki. My mieliśmy tego za mało.
Indywidualnie jednak wyszedłeś na swoje, intuicja cię nie myliła.
A to zdecydowanie. To był dobry krok, nie żałuję go. Rozwinąłem się jako piłkarz i jako człowiek. Świetnie się tam czułem. Bardzo ładne miasto, super kraj, super ludzie. Nie mogę złego słowa powiedzieć na te dwa lata w Holandii.
rozmawiał PRZEMYSŁAW MICHALAK
ZOBACZ RÓWNIEŻ
fot. Newspix