Maja Chwalińska przegrała. Pozytywów jest jednak dużo

Sebastian Warzecha

26 września 2026, 14:45 • 6 min czytania 17

Reklama
Maja Chwalińska przegrała. Pozytywów jest jednak dużo

Sensacyjna finalistka US Open sprzed pięciu lat kontra sensacyjna finalistka Roland Garros z tego sezonu. Taki półfinał turnieju w Singapurze dostali tamtejsi fani – a wraz z nimi i my. Bo to Maja Chwalińska wyszła dziś na kort w Azji, by powalczyć o finał tamtejszego turnieju WTA 500. Do meczu o tytuł ostatecznie nie weszła, ale pozytywów w jej występie można się dopatrzyć całkiem sporo.

Reklama

Maja Chwalińska przegrała z Leylah Fernandez

Maja Chwalińska po Roland Garros miała swoje problemy. Najpierw odpoczywała, potem przyszedł uraz na Wimbledonie, a po nim – kwestia powrotu do zdrowia i poradzenia sobie z nową sławą, co też przecież nie jest łatwe. Wokół Mai nagle zrobiło się mnóstwo zainteresowania, podskoczyła presja, a wyniki przez jakiś czas się nie zgadzały. Wimbledon, gdzie mogła myśleć o niezłym występie, straciła przez wspomniany uraz, przegrała w fatalnych dla niej okolicznościach mecz I rundy.

Później były kolejno: porażka w Toronto z Talią Gibson (WTA 74). W Cincinnati najpierw wygrana z Cristiną Bucsą (38.), a potem porażka z Dianą Sznajder (14.). W Monterrey ograła Maję Alycia Parks (89.), a w US Open Taylor Townsend (96.).

Nie wyglądało więc to najlepiej, choć wypada tu dodać jedno – ranking nie mówi pełnej prawdy.

Reklama

Parks i Townsend to tenisistki bardzo dla Polki niewygodne pod względem stylu, ta druga do tego znakomicie prezentowała się w Nowym Jorku. Sznajder, wiadomo, jest z szerokiej światowej czołówki i to po prostu porażka, której tłumaczyć nie trzeba. Z kolei ta z Gibson to pierwszy mecz po Wimbledonie, po drugiej stronie świata i na innych kortach. Generalnie więc – Maja nie notowała dobrych wyników, ale też nie było to jeszcze w jakikolwiek sposób przerażające.

Turniej w Singapurze, po kolejnej przerwie i treningach, jawił się jednak jako spora szansa.

Wykorzystana szansa

Bo ta impreza to taka typowa „pięćsetka”, w miejscu, gdzie niekoniecznie wybierają się najlepsze tenisistki. Drabinka była niezwykle przerzedzona, choć drabinka Polki wcale jakoś przesadnie łatwa nie była. Do tej pory grała Maja z Rebeccą Sramkovą (146.), Ołeksandrą Ołyjnikową (47.) i Elise Mertens (19.). Z Belgijką wygrywała też w Roland Garros, ale ta wtedy była zawodniczką spoza TOP 20 rankingu.

W Singapurze grała jako 19. tenisistka świata, a przez to Polka zanotowała pierwszy w karierze triumf nad zawodniczką notowaną tak wysoko. Przy okazji weszła do półfinału, korzystając ze wspomnianej szansy.

Reklama

Zresztą szansy podwójnej, a nawet potrójnej – bo właśnie o to Maja walczyła przez lata i udało się w Roland Garros: o rozstawienie w tego typu turniejach i możliwość zdobywania dzięki temu „większych” punktów. W Singapurze (gdzie korty są wolne, to ten trzeci aspekt szansy, bo takie bardziej Chwalińskiej odpowiadają) wchodząc do półfinału zgarnęła z miejsca 195 oczek. Opcjonalna wygrana w nim miała dać kolejnych 130.

Sam półfinał „pięćsetki” to więcej punktów niż triumf w turnieju WTA 125 – na najwyższym szczeblu pod „głównym” tourem. To się po prostu opłaca i o to chodzi – by ten sensacyjny finał Roland Garros umieć tak wykorzystać.

A szansa na to, by zrobić to w jeszcze większym stopniu była spora – bo po drugiej stronie siatki stanęła Leylah Fernandez, tenisistka grająca na podobnym do Mai poziomie, notowana o kilka miejsc niżej w rankingu WTA. Do ugryzienia, mówiąc najprościej, choć też wiadomo, że jak Leylah ma swój dzień, to sufit zawieszony jest u niej wysoko – ograła przecież w 1/4 finału Mirrę Andriejewą.

Reklama

Niemniej: Chwalińska, która mówiła po poprzednich meczach, że znów cieszy się tenisem, miała pełne prawo myśleć o finale.

Pierwszy set znakomity. Potem było gorzej

Pierwszy set to potwierdził. Maja grała znakomity tenis, a Leylah Fernandez po prostu sobie z tym nie radziła – popełniała dużo niewymuszonych błędów, nie umiała odnaleźć się w tym, jak Polka posyła piłki na drugą stronę. Generalnie była to jednostronna partia, w zasadzie nie było mowy o tym, by Kanadyjka była w stanie jej zagrozić. Oczywistym pozostawało przy tym, że Fernandez będzie groźna do samego końca, a ta jedna partia jeszcze niewiele Polce daje.

I wydaje się, że Maja nie wykorzystała ostatniego momentu, w którym mogła jej zagrozić.

Reklama


Drugiego seta zaczęła bowiem źle – szybko straciła serwis. Leylah z kolei podniosła poziom swojej gry, a przede wszystkim – ograniczyła błędy własne. Grała cierpliwiej, szukała okazji do ataku, ale nie szalała. Przyjmowała grę Mai, zamiast się jej opierać – tak to można nazwać. I to dawało efekt. Wciąż jednak Kanadyjka była długimi momentami rozchwiana. Lepsze momenty przeplatała tymi gorszymi. A gdy trafił się gorszy, to Chwalińska potrafiła go wykorzystać – zanotowała przełamanie powrotne, a potem utrzymała podanie.

Było 4:3 dla niej. Gdyby wtedy udało się zaatakować, zmusić Fernandez do pracy, to może byłaby w stanie zamknąć ten mecz w dwóch setach. To był właśnie ten moment.

I wcale nie była tego Maja daleka – przy podaniu rywalki była równowaga, potem jednak Leylah zanotowała dobre akcje. Trzeba jej to oddać – w tych trudnych chwilach, przy najważniejszych wymianach, Fernandez dawała sobie radę. Tylko pierwszy set był gorszy, potem – gdy odnalazła lepszą dyspozycję, złapała tenisową równowagę – większość z tych liczących się piłek należała do niej. Niestety, również break point w kolejnym gemie, a w jeszcze kolejnym – druga piłka setowa.

I z 4:3 dla Mai Chwalińskiej, a nawet równowagi przy serwisie Fernandez, wkrótce zrobiło się 6:4 dla Kanadyjki. A 1:1 w setach.

Reklama

Decydująca partia grana była już pod dyktando rywalki Polki. Ta atakowała serwis Mai, coraz lepiej czuła momenty, gdy trzeba przyspieszyć. I niestety, regularnie zdobywała punkty. Wpadło jedno przełamanie, potem drugie. Szybko zrobiło się 5:1 i sprawa tego, kto awansuje dalej, stała się w zasadzie jasna. Polka co prawda jeszcze powalczyła, ale jednak ugrała tylko jednego gema więcej. Ostatecznie mecz przegrała w trzech setach.

Cenne punkty

Dla Mai to jednak i tak bardzo solidny występ.

Reklama

Zyskała w nim sporo punktów do rankingu, przełamała gorszą passę, zanotowała pierwszy półfinał turnieju WTA 500 w karierze. Dużo rzeczy zgadzało się w jej grze, wykorzystała swoją szansę. Jeśli do maja zanotuje jeszcze kilka takich występów, to potencjalny spad punktowy – a ten najpewniej nastąpi – po Roland Garros nie będzie przesadnie bolesny. I właśnie taki powinien być cel Polki: ciułać punkty, zabezpieczyć się przed tym, co stać może się w czerwcu przyszłego roku.

A co to finalnie da, przekonamy się z czasem. Wiemy jednak, że na ten moment – już po Singapurze – punktów „spoza Roland Garros” ma Maja tyle, co 102. w rankingu WTA Ajla Tomljanović. Czyli przydałoby się ich jeszcze trochę dorzucić. Występ w Azji pokazał, że Chwalińska może to zrobić.

Maja Chwalińska – Leylah Fernandez 6:1, 4:6, 2:6

Fot. Newspix

Reklama
17 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Polecane

Reklama