Iwo Baraniewski znów w klatce. Po dziesiątą wygraną?

Sebastian Warzecha

19 września 2026, 15:21 • 7 min czytania 2

Reklama
Iwo Baraniewski znów w klatce. Po dziesiątą wygraną?

Na polskie warunki to kariera ekspresowa. Na kilka sposobów. Iwo Baraniewski nie ma jeszcze 28 lat, a w klatce UFC rozpycha się tak, jakby był prawdziwym weteranem. W samym oktagonie w sumie nie spędza jednak dużo czasu, bo… nie musi. Wygrywa szybko i nierzadko po szalonych walkach. Dotychczas każdy (!) jego pojedynek w amerykańskiej federacji otrzymywał bonus za występ wieczoru. Czy tak pozostanie i na UFC 331?

Reklama

Iwo Baraniewski robi show. I wygrywa

Na UFC 331 Iwo Baraniewski wraz z Alonzo Menifieldem zawalczą w głównej karcie. To druga numerowana gala, na której pojawi się Polak – poprzednio był obecny na UFC 323. Różnica? Wtedy był zawodnikiem z karty przedwstępnej, walczącym w czasie, kiedy spora część fanów dopiero zajmowała miejsca albo docierała na halę.

To było 7 grudnia 2025 roku.

Iwo stoczył wtedy niezwykły bój z Ibo Aslanem. Walka trwała tylko 89 sekund, ale była bardziej pasjonująca niż wiele tych, co idą na pełny dystans. Zaczęli w zasadzie od razu. Baranowski poszedł po obalenie, nie udało się, niedługo potem zebrał kilka mocnych ciosów, wydawało się, że jeszcze moment i będzie po nim. Jeszcze nim minęła minuta, to on posłał jednak Aslana na matę. Turek jednak wytrzymał, sam zaczął odpowiadać i… znów trafił Polaka.

Reklama

Iwo jednak jeszcze raz wytrzymał, czekał na okazję. I wreszcie trafił. Trafił, dodajmy, idealnie, doskonale, a potem – w parterze – wykończył rywala. I jasne, nie była to walka mądra, ale za to – cholernie emocjonująca.

89 sekund. Tyle potrzebował Baraniewski, by zachwycić i pokazać wszystkim w UFC, że mają w nim potencjalnie przyszłego gwiazdora.

Inna sprawa, że w zasadzie było to oczywiste już po Dana White’s Conteder Series. To tam Iwo poszedł po zaledwie pięciu walkach w Babilonie. Polska federacja w zasadzie nie była jeszcze dla niego za mała – nie miał pasa, dopiero jego ostatnie starcie było co-main eventem gali (a w main evencie walczył Szymon Kołecki). Na spokojnie mógł tam jeszcze Baraniewski powalczyć, dołożyć nieco doświadczenia. Z drugiej strony rozłożył tam wszystkich rywali – zawsze kończył pojedynki w pierwszych rundach.

Reklama

Uwielbiam tu [do Babilonu] wracać. Mam do tego sentyment, tu rozpoczynałem swoją karierę. Babilon dał mi platformę do rozpędzenia się. Jestem za to bardzo wdzięczny – mówił przy okazji zawitania na galę tej federacji w Międzyzdrojach. Był tam wtedy wyłącznie jako widz, już podbijał UFC i było wiadomo, że robi wielkie rzeczy.

We wspomnianym Dana White’s Contender Series Iwo wywalczył kontrakt z UFC w 20 sekund. W tyle pokonał Mahameda Aly’ego i był to najszybszy nokaut w historii programu. Potem była walka z Aslanem, a po nim wyższość Polaka uznali Austen Lane (28 sekund) i Junior Tafa (85 sekund).

Nic dziwnego, że robi się na Baraniewskiego wielki „hype train”, z uznaniem patrzą na niego już nie tylko rodacy.

Reklama

Takich się w UFC ceni

Show jest częścią tego biznesu, to wiadomo nie od dziś. Nigdzie jednak nie jest to stwierdzenie prawdziwsze niż w UFC właśnie. Amerykańska federacja opiera się na showmanach – zarówno tych, co robią highlighty w klatce, jak i tych, co pokazują swoje poza nią. A najlepsi są ci, co to łączą, choć często bywa, że z czasem jest tego po prostu za dużo i sami się na tym przejeżdżają (tylko spójrzcie na Conora McGregora).

Iwo na razie robi show w klatce. I może to jest dobra droga.

Inna sprawa, że sam mówi, że coraz mniej boi się gadki. Ma zresztą swój kanał na YouTube, pokazuje wiele momentów z codziennego życia, treningów, nawet kuchni. W wywiadach też się wyrobił… ale równocześnie widać, że to raczej nie ten gość, co założy zaraz na karczycho łańcuch za sto koła, pięć pierścieni na każdą dłoń i wielki płaszcz z futrzanym podbiciem. Na co dzień to raczej spokojny, opanowany typ człowieka, co jeśli już gada – to myśli o tym, co mówi.

Tylko w klatce staje się nagle szaleńcem. Bo chyba tak to trzeba ująć. Żadne fightplany, żadne przygotowania, nic się na razie nie sprawdza, bo właściwie nie ma na to czasu. Idzie po prostu Iwo po swoje i trafia. Trafia tak dobrze, że na trzy walki w UFC (Contender Series się do tego bilansu nie liczy) miał trzy bonusy za występy wieczoru.

Reklama

Kurczę, jak się tak uderza, to nie trzeba zbyt wiele robić poza klatką.

Baraniewski bardzo szybko zresztą wskoczył nawet do TOP 15 rankingu swojej wagi. Co prawda wypadł chwilę później, ale jednak tam był, notowano jego nazwisko. To w pewnym sensie potwierdzenie tego, co widać gołym okiem – że Baraniewski wszedł do UFC z drzwiami i zyskuje sobie tam spore uznanie. Do tego robi to na tyle szybko, że – jak mówił w TVP Sport – sam jest tym wszystkim nieco zaskoczony.

Ten ostatni rok był przełomowy. Rok temu walczyłem o kontrakt z UFC, teraz będę mieć czwartą walkę. Zmieniło się wszystko. Wzrosła popularność, finanse, pojawili się sponsorzy. Jestem w szoku. Nie spodziewałem się, że tak to pójdzie. Nie spodziewałem się, że zacznę nokautować za Oceanem. Jestem pierwszym polskim zawodnikiem, który ma swoją koszulkę tworzoną we współpracy z UFC.

Reklama

No właśnie, to ostatnie to też dowód, że się go ceni. Fakt, że dostaje walki – jak wspominał – właściwie z marszu, też. Bo wielu zawodników musi czekać, czyhać na okazję. On po każdym swoim pojedynku niemal od razu miał propozycję odbycia kolejnego. I ją brał, bo nie było na co czekać. Jego pojedynek w nocy z soboty na niedzielę odbędzie się w zasadzie kilka dni po rocznicy występu w Contender Series.

Pięć walk w rok. Mocne tempo. Ale jeśli w klatce jest się średnio przez jakąś minutę, to można takie narzucać.A jak się wygrywa – to już w ogóle.

Choć teraz o wygraną będzie trudniej, niż kiedykolwiek wcześniej.

Największe wyzwanie

Iwo, w rozmowie z UFC, zapowiedział fajerwerki i mówił, że walki się nie boi. Powtarzał, że rywal co prawda jest już wyjadaczem, doświadczonym fighterem, ale on sam jest „młodym wilkiem”. Mówił, że motywacji na pewno mu nie zabraknie i że lubi dostarczać emocji, dlatego jego dotychczasowe walki wyglądały, jak wyglądały.

Reklama

Kolejna może jednak przybrać inny obrót. Sam Baraniewski to mówił.

– Myślę, że będą dwie opcje. W pierwszej on być może na mnie ruszy, ale jestem na to gotowy. W drugiej opcji on może czekać, aby atakować mnie z kontry. Zobaczymy, co wydarzy się w sobotę. Jestem gotowy na obie sytuacje. Być może dojdzie do szalonych wymian, jak w moim debiucie – stwierdził (cytat za mymma.pl).

Na pewno to najważniejsza walka, jaką zaliczył od debiutu. Bo rywal jest – po raz pierwszy – z rankingu.

To Alonzo Menifield. Niby już wiekowy – za miesiąc świętować będzie 39. urodziny – fighter, ale wciąż klasowy. Zresztą nie ma wcale w klatce aż tylu walk, bo wywodzi się z futbolu amerykańskiego i dopiero w 2015 roku debiutował w MMA. Łącznie zaliczył 25 pojedynków, 18 wygrał, sześć przegrał, a jeden zremisował. Ostatnio bilans ma mieszany – od początku 2024 roku stoczył sześć pojedynków, przegrał trzy (choć trzeba oddać, że przegrywał z niezłymi rywalami, w tym z Carlosem Ulbergiem, aktualnym mistrzem) i tyle samo wygrał.

Reklama

W rankingu wagi półciężkiej jest w tej chwili 13. Jeśli ostatnio przegrywał, to przed czasem. Nie będzie to jednak łatwo zrealizować, bo Alonzo ma świetny zasięg rąk (193 cm przy 183 cm wzrostu), znakomicie radzi sobie przez to w stójce. Generalnie: groźny fighter, zlekceważyć go po prostu nie można. Równocześnie jednak idealny na wdarcie się do TOP 15 i pokazanie, że na poważnie myśli się o wysokich celach.

Na wiek nie patrzę. On jest niebezpieczny, jest doświadczony. Ma mocny cios, muszę być czujny cały czas. W ostatniej walce wydawało się, że już jest zmęczony, a nagle zdjął rywala lewym sierpowym. On będzie mojego wzrostu, buja korpusem, rozpuszcza ręce. Wiek tu w sumie nie gra roli. […] Trzeba być czujnym, to nie taki zawodnik, że jak dostanie, to się zamknie, cofnie. Będzie chciał oddać, rzucić jakąś bombę. To niebezpieczny rywal – mówił Iwo w TVP Sport.

Dodawał też, że myśli, że ta walka może potrwać dłużej… ale jeśli Alonzo postanowi od początku szarżować, to równie dobrze może skończyć się tak szybko, jak poprzednie. Choć sam chciałby pokazać, że może walczyć i do trzeciej rundy, gdy będzie potrzeba.

Reklama

Tak naprawdę jednak z perspektywy Polaka ważne jest jedno – żeby wygrał. Akurat w tym przypadku nieważne jak, bo że potrafi robić show, że jest efektowny – już pokazał. Teraz liczy się to, żeby wskoczyć do rankingu, a potem solidnie tam namieszać.

A poza tym bilans 10-0 w karierze wyglądałby naprawdę ładnie, prawda?

Fot. Newspix

Reklama
2 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
La Liga

Atletico rządzi na Metropolitano! Koszmar Realu w derbach trwa

Jan Broda
2
Atletico rządzi na Metropolitano! Koszmar Realu w derbach trwa

Inne sporty

Reklama