Kibice Lecha mogą zastanawiać się, co by było gdyby… A tu można dopisać dwa zakończenia. Pierwsze: „Mikael Ishak w drugiej minucie wykorzystał setkę po podaniu Walemarka”. Albo to bardziej trafne: „obrona robiła, to co powinna robić, czyli bronić”. Grając właściwie bez defensywy ciężko czegoś szukać w starciu z ekipą z Premier League. Ani w ogóle na poziomie Ligi Europy.
Czy Crystal Palace było tego wieczoru do ugryzienia? Z jednej strony tak, bo ofensywni piłkarz mistrza Polski pokazali, że są w stanie przeprowadzić składną akcję, rozegrać piłkę i dojść do groźnej sytuacji (z finalizacją było już gorzej), jednak z drugiej popełniając tak proste błędy…
Naprawdę, występując na poziomie Ligi Europy nie można dokonywać takiego autosabotażu w defensywie i pozbawiać się szans na jakikolwiek korzystny wynik. Tak naprawdę po pierwszej połowie już wszystko było pozamiatane.
Fakty są takie, że po 45 minutach było 0:3, a takie jakieś tlące się poczucie, że można było zrobić coś więcej i narobić Anglikom stracha to tylko sfera gdybologii.
Crystal Palace – Lech Poznań 4:0. Yegbe do Poznania wraca na piechotę. Może się dowie, jak wyrzucać auty
Lech na Selhurst Park w Londynie pokazał, że jest drużyną o dwóch twarzach. Lepiej zacznijmy od tej lepszej, czyli ofensywnej. A tam jak na poziom rywala wyglądało to całkiem dobrze i już od drugiej minuty mistrz Polski powinien prowadzić. Świetne podanie za linię obrony Joela Pereiry, Patrik Walemark wyłożył Mikaelowi Ishakowi jak na srebrnej tacy, jednak Szwed mocno spudłował.
Chwilę później spróbował już sam Walemark, ale trafił prosto w bramkarza rywala. Szukając pozytywów, przez pierwsze trzy minuty to goście w Londynie byli lepszym zespołem…
Natomiast tak już całkowicie poważnie, nawet po traconych bramkach Lech potrafił zagrozić przeciwnikowi. Stworzył na tyle wiele szans, że po pierwszej części tego przynajmniej jednego gola powinien mieć. Tuż nad bramką strzelił Ishak, uderzenie Palmy w dobrej sytuacji zostało zablokowane. No coś tam się działo.
Niestety, była jeszcze ta druga, znacznie gorsza twarz w postaci obrony, a tu na osobne „wyróżnienie” zasługuje Terry Yegbe. 25 lat, ostatnio francuska Ligue 1., wcześniej liga szwedzka i czy naprawdę nikt mu nie powiedział, że nie rzuca się autów pod własną bramką na środek boiska? TO JEST ELEMENTARZ. Zdają sobie sprawę z tego nawet zawodnicy na poziomie trampkarzy albo amatorzy kopiący piłkę między polami kukurydzy. Profesjonalny piłkarz grający w zespole mistrza Polski o tym nie wiedział.
PREZENT OD LECHA! 🎁🥵
Yeremy Pino bezlitośnie wykorzystuje błąd i mamy gola dla Crystal Palace! ⚽#UEL pic.twitter.com/a66Pvn0cWr
— Polsat Sport (@polsatsport) September 17, 2026
Już w tym momencie Ghańczyk zasłużył, żeby drogę powrotną do Poznania odbyć na piechotę. Może gdzieś podczas swojej wędrówki, przechodząc między francuskimi uprawami winogron natknie się na mecz jakichś amatorskich rozgrywek i ktoś mu tam przekaże, że w taki sposób autów się nie wyrzuca.
Zresztą, Yegbe miał okazję na zanotowanie wyjątkowego dubletu. Pod koniec pierwszej części strzelił naprawdę efektownego gola samobójczego prawie z połowy boiska. Tym razem akurat uśmiechnęło się do niego szczęście w postaci odgwizdania spalonego jednego z angielskich graczy. Jak wiemy – albo i nie – przy autach spalonego być nie może…
„TO BYŁBY KOSZMAR” 🥶
Terry Yegbe był bliski zdobycia spektakularnego samobója…#UEL pic.twitter.com/GCqvcjfyY6
— Polsat Sport (@polsatsport) September 17, 2026
Konkurencję dla Yegbe stanowił jedynie Radosław Murawski, który na własnej skórze przekonał się, że tempo gry w Anglii jest nieco wyższe niż w Ekstraklasie. Już na samym początku tak długo zbierał się do podania, że moment później musiał ofiarnie blokować uderzenia na bramkę Mateusza Lisa.
W dwa gole był bezpośrednio zamieszany, jednak przy tym pierwszym jeszcze można znaleźć dla niego taryfę ulgową. Po rzucie rożnym przegrał walkę w powietrzu z o głowę wyższym rywalem. Parę minut później ponownie nie nadążył za wydarzeniami boiskowymi i sfaulował przeciwnika we własnej szesnastce. Rzut karny i było już 3:0.
Swój występ Murawski zwieńczył w samej końcówce drugą żółtą kartką i przedwczesnym wylotem z boiska.
🚨 Chris Richards z drugim golem dla Crystal Palace!
Amerykanin głową wykończył rzut rożny i podwyższył prowadzenie ⚽👀#UEL pic.twitter.com/SRm8Gfv8q0
— Polsat Sport (@polsatsport) September 17, 2026
Lech mógł nie przegrać drugiej połowy. Nawet to się nie udało…
O drugiej części rywalizacji najlepiej powiedzieć, że się odbyła. Crystal Palace miało wszystko pod swoją kontrolą i właściwie to tak trochę już odliczało minuty do końcowego gwizdka arbitra, by zacząć przygotowania do kolejnego meczu. Na długo przed końcem wiedzieliśmy, że już nic wielkiego się nie wydarzy. Jedynie wynik mógł się delikatnie zmienić w jedną lub w drugą stronę.
Długo mieliśmy nadzieję, że będziemy mogli doszukać się pozytywów, że Lech po przerwie zachowa czyste konto i nie przegra tych 45 minut. No ale niestety, nawet to się mistrzom Polski nie udało. W samej końcówce gospodarze wbili czwartego gwoździa.
4:0 CRYSTAL PALACE… 🥵⚽
Eddie Nketiah dokłada kolejne trafienie! 🔥#UEL pic.twitter.com/LZ2KF3NgmH
— Polsat Sport (@polsatsport) September 17, 2026
Czego nie można odebrać, piłkarze Nielsa Frederiksena walczyli jeszcze o gola honorowego. Były próby, strzały, jakieś szanse. W ofensywie na tle tak mocnego rywala wyglądało to naprawdę przyzwoicie, ale no cóż, nawet ta bramka na otarcie łez nie padła.
Co jest dla Lecha największym pozytywem po spotkaniu na Selhurst Park? To, że przez blisko miesiąc nie zagra kolejnego meczu w Lidze Europy…
I wciąż liczymy, że Terry Yegbe uda się na daleki spacer i dowie się, jak nie powinno się wyrzucać piłki z autu.
Crystal Palace – Lech Poznań : (3:0)
- 1:0 – Yeremy Pino 10′
- 2:0 – Chris Richards 27′
- 3:0 – Jorgen Larsen 34′
- 4:0 – Eddie Nketiah 89′
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix