Polacy za Papuasami. Najgorsza frekwencja w historii mundiali

AbsurDB

Autor:AbsurDB

11 września 2026, 20:05 • 10 min czytania 43

Reklama
Polacy za Papuasami. Najgorsza frekwencja w historii mundiali

Średnia frekwencja na organizowanych przez Polskę mistrzostwach świata U-20 kobiet w piłce nożnej nie przekracza nawet siedmiuset widzów. Na niektóre mecze nie przychodzi nawet dwieście osób. Można tłumaczyć to niską rangą turnieju, jednak problem w tym, że wszyscy inni organizatorzy mistrzostw tej rangi potrafili przyciągnąć wielokrotnie więcej kibiców. U nas o turnieju nie wie nawet wielu mieszkańców miast-organizatorów. W efekcie turniej zakończy się zapewne najgorszą frekwencją w historii, kilkukrotnie niższą niż gdy organizowali go Papuasi. Serio. Fakt, że to turniej kobiecy tylko częściowo tłumaczy liczbę widzów, bo na męskim mundialu w tej samej kategorii także byliśmy w ogonie frekwencji. 

Reklama

Fatalna frekwencja podczas mistrzostw świata U-20 kobiet

Od tygodnia trwa w Polsce mundial. Oczywiście nie seniorski, tylko do lat dwudziestu, w dodatku w wersji kobiecej. Problem w tym, że niewielu o nim wie. Wielu kibiców dowiedziało się, że trwa takie wydarzenie dopiero po awansie Polek do ćwierćfinału. Całkiem pokaźna grupa wciąż nie ma świadomości, że na naszych stadionach odbywają się mecze jednego z najważniejszych turniejów w reprezentacyjnej piłce nożnej.

Promocja wydarzenia kuleje. Trudno w aglomeracji górnośląskiej natknąć się na informacje o tym wydarzeniu. Mieszkańcy nie byli o nim informowani od miesięcy z siłą, na jaką impreza tej rangi zasługuje. Wielu komentuje: „Mieszkam pod stadionem, a o tym, że coś takiego ma miejsce, dowiedziałem się po meczu.” Pytałem o wiedzę o turnieju Łodzian niezwiązanych ze sportem. Nie wiedzieli, o czym mówię. Nie dotarła do nich żadna informacja na ten temat.

Efekty tego widać gołym okiem. Na meczu otwarcia z udziałem Polek było w Katowicach 4400 widzów. Na spotkanie z Meksykiem stawiło się ich 2800. Poza meczami z udziałem gospodyń tylko na jeden przyszło więcej niż osiemset osób: to mecz Brazylii z Tanzanią w Bielsku-Białej.

Średnia widownia to obecnie 639 widzów na spotkanie. Na trzy mecze w Sosnowcu nie pofatygowało się nawet trzystu kibiców. Na meczu Hiszpanii z Nową Kaledonią było ich… stu trzydziestu dwóch. To kompromitacja. I można oczywiście umniejszać temu turniejowi i argumentować: to tylko młodzieżowe rozgrywki. To tylko mecze kobiet.

Reklama

Jest tylko jeden problem. Każdy kraj, który organizował poprzednie edycje mistrzostw świata kobiet U-20, potrafił przyciągnąć większe widownie. I to nie o dziesięć czy piętnaście procent, tylko o kilkaset. Przeciętna liczba widzów w dotychczasowych edycjach tego turnieju przekracza siedem tysięcy na mecz! Nawet jeśli odliczyć mecze bez udziału gospodyń, i tak wynosi ona ponad sześć tysięcy.

Efektowny wsad do kosza Zuzanny Witek po zwycięskim golu z Meksykiem. Warto wspierać Polki!

Papua-Nowa Gwinea miała kilkukrotnie wyższą frekwencję

Nie ma znaczenia, czy mistrzostwa organizowane były przez kraj trzeciego świata, czy przez najbogatsze państwa zachodniej Europy. W prawie każdym przypadku udało się im wypromować turniej na taką skalę, by przyciągnąć po kilka tysięcy widzów na mecz. W większości przypadków średnia była wyższa niż najlepiej wyprzedany dotąd mecz otwarcia w Polsce.

Reklama

Oczywiście, można argumentować, że średnia mogła być zawyżana przez mecze fazy pucharowej, która się jeszcze u nas nie odbyła. Porównajmy więc same fazy grupowe:

  • mistrzostwa w Kolumbii w 2024 roku: średnio 5 700 widzów
  • mistrzostwa w Kostaryce w 2022 roku: średnio 4 100 widzów
  • mistrzostwa we Francji w 2018 roku: średnio 2 000 widzów
  • mistrzostwa w Papui-Nowej Gwinei w 2016 roku: średnio 4 000 widzów
  • mistrzostwa w Kanadzie w 2014 roku: średnio 8 600 widzów
  • mistrzostwa w Japonii w 2012 roku: średnio 5 300 widzów
  • mistrzostwa w Niemczech w 2010 roku: średnio ponad 10 000 widzów

Przypominam, że u nas wskaźnik ten wynosi 639 osób. To poziom dziesięciokrotnie niższy niż przeciętna z dotychczasowych turniejów tej rangi. Można szukać wymówek. Że w krajach trzeciego świata ludzie nie mają nic do roboty, więc z nudów odwiedzili mecze. Pytanie tylko, dlaczego tak fenomenalny wynik osiągnęły w takim razie także Kanada czy Niemcy? Mieszkańcy Toronto, Augsburga czy też Tokio nie mieli zapewnionych wystarczających atrakcji, więc poszli na rozgrywki dwudziestolatek?

Na wszystkich kobiecych mundialach U-20 w historii odbyło się dotąd prawie pół setki meczów. W dziesiątce spotkań z najniższą zanotowaną frekwencją jest aż siedem meczów, które odbyły się w ostatnim tygodniu w Polsce (dla części meczów turnieju w Chile nie ma danych o liczbie sprzedanych biletów). W najgorszej piątce są aż trzy mecze z Sosnowca.

Reklama

Niższa frekwencja? Tylko po ataku terrorystycznym

Mniej widzów niż mecz Hiszpanii z Nową Kaledonią w Sosnowcu (132 osoby) oglądało tylko dwa mecze w Rosji dwadzieścia lat temu. Warto zaznaczyć, że pierwszy z nich odbył się w dniu zamachów terrorystycznych na targi w Moskwie, kiedy w mieście wdrożono specjalne środki bezpieczeństwa. Drugi zaś kolidował z meczem, w którym Spartak Moskwa zapewnił sobie awans do Ligi Mistrzów. Aż się prosi, by pożartować, co takiego ciekawego było do roboty w Sosnowcu w czwartkowe popołudnie.

Inna sprawa, że frekwencji nie pomagają kuriozalne godziny rozgrywania spotkań. Aż 25 z nich zaplanowano na godzinę 15:00, przy czym tylko częściowo chodzi o weekendy. Na poprzednim turnieju nie rozegrano ani jednego meczu w dniu roboczym o tak absurdalnej porze. Dlaczego PZPN zaakceptował tak niedogodne pory rozgrywania meczów? Trudno to zrozumieć.

Rozumiem, że kogoś może ten turniej nie interesować. Ale podstawowe pytania brzmią: dlaczego w każdym innym kraju świata zainteresowanie jest dziesięciokrotnie wyższe i dlaczego to my mielibyśmy organizować takie imprezy, skoro na jakimkolwiek innym terenie cieszyłyby się one znacznie większą popularnością?

Brak promocji

A może jest też powód dodatkowy? A może wszyscy inni organizatorzy podchodzą do sprawy poważnie i przez miesiące poprzedzające imprezę skutecznie promują ją wśród mieszkańców. Może na początek starają się choćby o to, by wszyscy mieli świadomość, że turniej się odbywa? To, jak widać, w Polsce się nie udało.

Reklama

W samych centralnych ligach juniorek gra, lekko licząc, pół tysiąca zawodniczek. Łącznie zarejestrowanych piłkarek mamy 35 000. Czy zamiast pokazywać puste trybuny, nie lepiej byłoby rozdać te bilety szkółkom?

Organizatorzy owszem, wysłali ofertę do klubów. W lipcu, gdy większość szkółek albo ma przerwę, albo jest na wyjazdowym obozie. Na decyzję było kilka dni. Nie wysyłano biletów. To kluby miały same wyrazić zainteresowanie konkretną ich liczbą i ubiegać się o nie. Efekt jest taki, że dzieciaki siedzą w domu, a na trybunach pustki.

Dotąd najniższa średnia frekwencja zanotowana na mistrzostwach świata kobiet U-20 to 1645 w Rosji. Zdarzyło się to jednak dwadzieścia lat temu, w innej rzeczywistości kobiecego futbolu. Poza Rosją tylko raz średnia widownia spadła poniżej czterech tysięcy osób. Wyższa była nawet w… Papui-Nowej Gwinei. Przed nami jeszcze faza pucharowa. Wspaniałą wiadomością jest to, że odbędzie się ona z udziałem Polek, które awans zapewniły sobie już po dwóch meczach. Czy mamy szansę, by dogonić frekwencją choćby Rosję?

By tak się stało, pozostałe 12 spotkań fazy grupowej i 16 fazy pucharowej musiałoby odwiedzić łącznie siedemdziesiąt tysięcy widzów. Jeśli przyjmiemy optymistycznie, że cztery (oby!) mecze Polek fazie pucharowej przyciągną po dziesięć tysięcy widzów, to na mecze bez naszego udziału musiałoby przychodzić średnio po tysiąc osób. Wygląda na to, że jest to już wynik dla nas nieosiągalny i trzeba zacząć się oswajać z tym, że zaliczymy najgorszą frekwencję w historii.

Reklama

Na męskim mundialu też mieliśmy fatalną frekwencję

Od jakiegoś czasu organizatorzy dużych turniejów w Polsce uważają, że same się one wypromują i wielkim zaszczytem powinno być dla kibiców, że w ogóle mają możliwość pójścia na taką imprezę. Tak jest, owszem, ale albo w innych krajach, albo u nas na turniejach rangi Euro 2012. Poza tym takie wydarzenia, trzeba to sobie powiedzieć wprost, Polaków nie interesują.

Oczywiście, od razu nasuwa się argumentacja odnosząca się do płci. Oczywiście, że rozgrywki kobiet cieszą się mniejszą, choć mocno rosnącą, popularnością. Tak jest w każdym kraju i w prawie każdym sporcie. To tłumaczy, dlaczego frekwencja jest niższa niż na męskich turniejach, ale nie tłumaczy, dlaczego jest dramatycznie niższa niż na kobiecych turniejach rozgrywanych w innych krajach.

W dodatku opinia „kto by tam chodził na kobiecą piłkę” ma jedną podstawową wadę. Otóż Polska organizowała już męski mundial tej samej kategorii wiekowej w 2019 roku. I co? I zakończył się on frekwencyjną katastrofą. Pod względem średniej liczby widzów zajmujemy 23. miejsce na 24 młodzieżowe turnieje męskich mistrzostw świata, jakie kiedykolwiek zostały zorganizowane!

Reklama

Na mecze z udziałem Darwina Nuneza czy Erlinga Haalanda wybierało się średnio po siedem tysięcy osób. To dwukrotnie mniej niż wynosi średnia na wcześniejszych i późniejszych turniejach tej rangi. Nieźle było w Łodzi i Lublinie, znośnie w Bielsku-Białej. Ale w Gdyni i Tychach przeciętna była jeszcze niższa, a w Bydgoszczy ledwo przekroczyła pięć tysięcy.

Późniejsze turnieje w Ameryce Południowej przekraczały średnią dziesięciu tysięcy kibiców, nie wspominając o wcześniejszych wynikach ponad dwudziestopięciotysięcznych. Tylko jeden turniej w historii miał gorszą frekwencję niż polskie mistrzostwa. To turniej w 2013 roku w Turcji, która miała pecha, bo pierwszy raz w historii nie awansowały na niego ani Argentyna, ani Brazylia, tradycyjnie przyciągające widownie. W dodatku gospodarze dość szybko odpadli. Oprócz tego każdy gromadził większą widownię niż polski turniej. Czasem nawet czterokrotnie większą.

Czy w siatkówce jest znacznie lepiej?

Teoria, że przyczyną słabej frekwencji jest wyłącznie fakt, że trwa turniej kobiecy, jest zatem nie do końca prawdziwa. Mało tego, Polacy nie lubią chodzić na mecze międzypaństwowe bez udziału naszej reprezentacji także w innych dyscyplinach. Ostatni Eurobasket współorganizowaliśmy z Cyprem, Łotwą i Finlandią. Jak sądzicie, jak mocno przeskoczyliśmy te kraje pod względem frekwencji? Otóż gorsza niż w Spodku była tylko w cypryjskim Limassol. Tyle że mówimy o małej miejscowości, a porównujemy ją do stolicy wielomilionowej aglomeracji.

Wyższą od Katowic średnią widzów w fazie grupowej mistrzostw Europy w koszykówce miała nie tylko Ryga, ale nawet fińskie Tampere. I to o prawie jedną czwartą.

Reklama

Mistrzostwa świata w piłkę ręczną? Nawet po odliczeniu meczów o dalsze miejsca, których tradycyjnie nikt nie ogląda, mieliśmy frekwencję o połowę niższą niż współorganizująca z nami turniej Szwecja.

Igrzyska Europejskie w Krakowie? O jedną czwartą mniejsza widownia niż na poprzednich zawodach. O ponad połowę mniejsza niż podczas igrzysk w Baku.

Całe szczęście, że jest siatkówka. Ona ratuje wszystko. To dla tego sportu jesteśmy istną Mekką, nikt nie przebije nas we frekwencji! Prawda? No nie bardzo.

Podczas mistrzostw świata w 2025 roku wysłani na Filipiny polscy dziennikarze oburzali się żenująco niską frekwencją na meczu Polaków. Ostatecznie nawet na naszym meczu z Katarem zjawiło się 1200 widzów. Tymczasem w Spodku podczas takich samych mistrzostw trzy lata wcześniej na jednym z meczów zjawiło się 879 osób. W dodatku chodzi o mecz nie byle kogo, bo Serbów, a więc półfinalistów poprzednich mistrzostw świata.

Reklama

Gdzie nam do organizacji igrzysk olimpijskich?!

Ostatecznie średnia liczba widzów na meczach grupowych bez udziału gospodarzy, a więc Filipin, wyniosła wówczas 2200 osób. Przeciętna liczba kibiców w katowickim Spodku trzy lata wcześniej podczas meczów grupowych bez udziału Polski to 2400 widzów, a więc niewiele więcej niż na odsądzanych od czci i wiary Filipinach. Owszem, kochamy siatkówkę, ale w wykonaniu Polaków.

Oczywiście, wielu zadaje sobie pytanie: po co oglądać mecz Meksyku z Beninem w piłkę, Portugalii z Belgią w siatkówkę albo Chile z Iranem w piłkę ręczną? I trudno wymagać od każdego kibica potrzeby wizyty na takim meczu. Natomiast pora zadać sobie także inne pytanie: dlaczego w prawie każdym zakątku świata, czy to w Europie, czy na peryferiach cywilizacji, mecze innych krajów cieszą się znacznie większym zainteresowaniem niż w Polsce?

To rodzi kolejną wątpliwość: jeżeli tak jest, to co z tego? Jakie niesie to dla nas konsekwencje? Po pierwsze, wkrótce nikt może nie być zainteresowany tym, by przyznawać nam prawo organizacji zawodów tej rangi. W przypadku piłkarskiego Euro czy męskich dorosłych mistrzostw świata nie jest to problemem, bo wszystkie mecze tych turniejów nie wypełniłyby się do ostatniego miejsca pewnie tylko na Antarktydzie.

Reklama

Jednak w świetle tak dużej niechęci Polaków do oglądania meczów bez udziału Biało-Czerwonych trudno sobie wyobrazić, jak mielibyśmy wypełnić obiekty podczas igrzysk olimpijskich. Na nich trzeba bowiem osiągnąć nie trzy-, a ośmiocyfrowe liczby sprzedanych biletów.

Fot. Newspix.pl

43 komentarzy
AbsurDB

Kocha sport, a w nim uwielbia wyliczenia, statystki, rankingi bieżące i historyczne, którymi się nałogowo zajmuje. Kibic Górnika Wałbrzych.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Piłka nożna

Reklama