Latem nad jeziorem Como wydarzył się prawdziwy cud. I nie chodzi tu o kolejne pochlebstwa na temat Cesca Fabregasa i jego drużyny, ale o ekspresową modernizację antycznego stadionu. Obiekt, któremu trzy miesiące temu nie dawano żadnych szans, teraz jest gotowy na przyjęcie pierwszego meczu Ligi Mistrzów w swojej historii.
Como w Lidze Mistrzów – radość i wyzwanie
Czasami można paść ofiarą własnego sukcesu. Wie to wielu trenerów z naszej rodzimej Ekstraklasy, którzy najpierw wykręcali wynik ponad stan, żeby potem wrócić do normalności i przypłacić to zwolnieniem. W Como nikt o czyimkolwiek zwalnianiu nawet nie pomyślał, ale nie dało się ukryć, że rozwój sportowy nabrał mocnego rozdźwięku z sytuacją infrastrukturalną.
Na koniec zeszłego sezonu ekipa znad jeziora w wyśnionych dla siebie okolicznościach, rzutem na taśmę zapewniła sobie czwarte miejsce i awans do Ligi Mistrzów. Skompromitował się Milan, który przegrał na San Siro 1:2 z Cagliari, a zespół Fabregasa nie miał problemów, żeby rozbić na wyjeździe 4:1 Cremonese.
I w ostatniej chwili sezonu doszło do mijanki – Rossoneri wylądowali w Lidze Europy, a Como swój europejski debiut zanotuje od razu z grubej rury, bo w Lidze Mistrzów. Po tym jednak, jak atmosfera wstępnego świętowania opadła, trzeba było sobie postawić zasadnicze pytanie.
Gdzie w ogóle prężnie rozwijająca się drużyna z północy Lombardii rozegra domowe mecze w Champions League? Nieco ponad 12-tysięczne Stadio Giuseppe Sinigaglia, a więc domowy obiekt ekipy Lariani, budził raczej uśmiech politowania.
Zakasali rękawy
Okej – kiedy wrzucało się jego zdjęcie na tle zapierających dech w piersiach gór czy samego jeziora, wtedy można się było pozachwycać. Tylko rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej niż w dobrym ujęciu aparatu fotograficznego. Wszystko dotyczyło bowiem obiektu skrajnie przestarzałego, niefunkcjonalnego i kompletnie niespełniającego europejskich standardów.
One of the most beautiful places in the world to play football 😍
Stadio Giuseppe Sinigaglia in Como, Italy is a sight to behold ⛰️
(📸 @Como_1907) pic.twitter.com/rRSssQ4mYs
— ESPN FC (@ESPNFC) July 29, 2025
Zresztą – żeby tylko europejskich. Kiedy w 2024 roku Como awansowało do Serie A, początkowo wydawało się, że w swoim mieście nie będzie mogło grać nawet w lidze. Media łączyły drużynę Fabregasa z przymusowymi podróżami do Werony, Udine czy Parmy. Niektórzy snuli nawet śmiałe hipotezy, że Comsachi wynajmą coś w Szwajcarii i sprawią, że liga włoska z konieczności trafi kilkadziesiąt kilometrów poza granice Italii.
Ostatecznie do niczego takiego jednak nie doszło. Bogaty klub napędzany kapitałem indonezyjskich krezusów, braci Hartono – starszy z nich, Michael, zmarł w marcu tego roku – uporał się z doraźnymi modernizacjami i sprawił, że najwyższa klasa rozgrywkowa we Włoszech ponownie zawitała nad rajskim jeziorem.
Przez kolejne dwa lata problemów zatem nie było, aż nadszedł awans do Ligi Mistrzów. Choć może bardziej odpowiednim stwierdzeniem niż „problem” byłoby „wyzwanie”, to jednak w Como od razu pod koniec maja musieli usiąść przy stole i przeanalizować wszystkie opcje.
Gdzie zagrać w najważniejszych rozgrywkach klubowych w Europie? Ostatecznie klub postanowił, że tak łatwo możliwości sprowadzenia wielkich europejskich nocy na swój kawałek ziemi nie odpuści i zrobi wszystko, żeby UEFA zaopiniowała Stadio Giuseppe Sinigaglia jednak pozytywnie.
Biorąc jednak pod uwagę, jakim skansenem stał się ten obiekt w rytm upływu lat, nikt przez całe lato specjalnie nie brał na poważnie, że Como dokona cudu i będzie mogło grać u siebie. Bo w takich kategoriach trzeba było to upatrywać – prawdziwego cudu. W dobie restrykcyjnych przepisów i ściśle określonych standardów, których strzeże organizacja zarządzająca europejską piłką nożną, wydawało się niemal niemożliwe, żeby na przestrzeni trzech miesięcy tchnąć ducha w taką staroć.
A jednak – do odważnych świat należy, a kto nie podejmuje prób, na pewno nie osiągnie sukcesu. W Como byli na tyle pozytywnie bezczelni, że zakasali rękawy i wzięli się do roboty. W rozmowach z UEFA wskazali swój obiekt jako ten pierwszego wyboru, natomiast jako rezerwowy wymienili Mapei Stadium w Reggio Emilia – oddalony o 200 kilometrów i ponad 2 godziny drogi.
Liga Mistrzów w Como. Stadion przeszedł gruntowną przemianę
Trzy miesiące później, a dokładnie 3 września, wydarzyło się niemożliwe – klub poinformował, że domowe mecze w Lidze Mistrzów będzie rozgrywał właśnie na Stadio Giuseppe Sinigaglia. Wizytę złożą tam cztery ekipy, z których dwie to wielkie europejskie marki – RB Lipsk, Manchester United, AEK Ateny oraz Paris Saint-Germain.
This is our home. And this is where we’ll play in Europe. 💙
For almost 100 years, the Stadio Giuseppe Sinigaglia has been part of Como 1907, our city and our supporters.
Now, for the first time, Champions League nights are coming to the shores of Lake Como.
It starts here on… pic.twitter.com/L56xDadNhh
— Como1907 (@Como_1907) September 3, 2026
Jak informuje La Gazzetta dello Sport, największa modernizacja, jaką przeprowadzono na stadionie w Como, dotyczy trybuny Curva Ovest za jedną z bramek, którą zajmują ultrasi lombardzkiego klubu. Dotychczasowa konstrukcja musiała zostać całkowicie zdemontowana, ponieważ UEFA kategorycznie zakazuje stadionów z trybunami przypominającymi metalowe rusztowanie.
Zamiast tego klub w porozumieniu z miastem w rekordowym, trzymiesięcznym czasie wybudował klasyczną betonową trybunę, która spełnia standardy Ligi Mistrzów. To nie wszystko – zmodernizowano również oświetlenie, całkowicie przeorganizowano strefę pracy mediów, a szatnie i budynki wewnętrzne przeszły gruntowną przemianę.
Dodatkowo o dwa metry poszerzono boisko oraz zamontowano hybrydową murawę najnowszej generacji. To miało już stanowić specjalne życzenie Fabregasa, który upatruje w tym możliwości jeszcze lepszego wdrażania w życie swojej wizji futbolu opartej na szybkiej grze i wymianie podań.
Jak podkreśla La Gazzetta dello Sport, w Como tak bardzo wierzyli w powodzenie misji stadionowej, że z pracami ruszyli dzień po zakończeniu sezonu – 25 maja. Po upływie około stu dni od tej chwili mogą z dumą ugościć cztery mecze Champions League na własnym stadionie, zamiast tułać się po innych regionach Włoch.
Dodatkowo na niezwykły gest zdobyli się prezes Mirwan Suwarso oraz dyrektorzy klubu. Zapowiedzieli, że oddadzą swoje bilety jeśli znajdą się kibice urodzeni w 1950 roku lub wcześniej, którzy widzieli w życiu całą drogę Como – od najniższych klas rozgrywkowych po Ligę Mistrzów.
Ukłon ten wiąże się również z faktem, że przy respektowaniu wszystkich zasad UEFA, obiekt będzie w stanie pomieścić raptem nieco ponad 10 tysięcy kibiców. To aż o ponad 2 tysiące mniej niż na spotkania Serie A, co przy tej wielkości stadionu staje się istotną kwestią i sprawia, że nie wszyscy chętni będą mogli oglądać Ligę Mistrzów na żywo.
Na koniec wypada dodać chyba tylko tyle, że dobrze wyszło. To zawsze fajnie nie tylko dla lokalnej społeczności, ale i dla atrakcyjności całych rozgrywek, jeśli zespół faktycznie gra u siebie, a nie tuła się z konieczności po obiektach innych klubów. Nawet jak frekwencja będzie niewielka jak na standardy Champions League, to cała otoczka debiutu w elicie sprawi, że Como nie zapomni tej nocy do końca życia.
Lariani zagrają w czwartkowy wieczór z RB Lipsk. Fazę ligową zamkną natomiast na koniec stycznia wyjątkowo romantycznym meczem dla swojego trenera, bowiem udadzą się na Camp Nou, by zmierzyć się z Barceloną.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix