Luzino przestaje być anonimowe. Wikęd dba o to coraz bardziej [REPORTAŻ]

Marcin Długosz

06 września 2026, 13:30 • 17 min czytania 1

Reklama
Luzino przestaje być anonimowe. Wikęd dba o to coraz bardziej [REPORTAŻ]

Puchar Polski trafił na wieś. Ale wieś wyjątkową – jedną z największych w Polsce. Choć Luzino liczy sobie około 8 tysięcy mieszkańców, a cała gmina nawet 18 tysięcy, to miejscowość nigdy nie doczekała się praw miejskich. W takim środowisku tworzy się unikalna historia Wikędu, którego prezes buduje stadion własnoręcznie, a piłkarze pukają do bram szczebla ogólnopolskiego.

Reklama

Luzino – wieś tylko z nazwy

Wjeżdżając do Luzina, trudno przyjąć fakt, że to wieś. Supermarkety, stacje paliw, lokale usługowe, restauracje… Od razu atakuje nas wszystko, czym nie powstydziłoby się żadne średniej wielkości miasto powiatowe.

Nie dziwi zatem, że choć Luzino jest wsią, to taką przerośniętą i niemal rekordową. Według serwisu „Polska w liczbach” największa wieś w kraju pod względem liczby ludności to Kozy w województwie śląskim i powiecie bielskim – liczba mieszkańców nieznacznie przekracza 12 tysięcy, a więc nie jest aż tak dużo wyższa od luzińskiego wyniku.

I właśnie w takich okolicznościach rozwija się Wikęd. To nie tylko nazwa klubu, ale też firmy – a raczej przede wszystkim firmy. Mocnej, potężnej i stale się rozwijającej. Lokalny interes z Luzina z czasem rozrósł się na całą Polskę i stał się potężnym graczem produkującym okna i drzwi, z samej luzińskiej gminy zatrudniając ponad 400 osób.

Reklama

Na czele stoją Grzegorz Wiśniewski oraz Rafał Kędziora – to właśnie od nazwisk dwójki wspólników wzięła się nazwa, która z czasem wkroczyła także do świata piłki nożnej. Wikęd lokalną piłkę w Luzinie sponsoruje już od ponad dziesięciu lat, ale dopiero w ostatnich sezonach o drużynie zrobiło się naprawdę głośno.

W sezonie 2023/2024 zadebiutowała na szczeblu III ligi i chociaż szybko się z tymi rozgrywkami pożegnała, to rok później do nich wróciła. Tym razem już w wielkim stylu. Zajęła drugie miejsce w grupie drugiej, dając się wyprzedzić tylko Zawiszy Bydgoszcz. Trafiła do baraży.

Tam w półfinale uznała wyższość KSZO Ostrowiec Świętokrzyski, które wygrało u siebie 2:1. Tak czy inaczej, ekipa z Luzina otarła się o ogólnopolski szczebel Betclic 2. Ligi – znalazła się w miejscu, w którym mogła marzyć o wielkich jak na swoją historię i możliwości celach.

Po przegranym barażu z KSZO, Wikęd rozegrał jeszcze finał okręgowego Pucharu Polski, w którym pokonał na wyjeździe 4:0 KP Starogard Gdański. I to właśnie ten sukces pozwolił ekipie z Luzina na awans do centralnego PP, w którym los przydzielił im Wisłę Płock.

Reklama

Historyczne wydarzenie, czyli Wikęd Luzino w rozgrywkach ogólnopolskich

Na stadion przyjeżdżam niespełna dwie godziny przed meczem. Wcześniej telefonicznie próbowałem ustawić sobie rozmowę z prezesem Kędziorą, ale od ludzi w klubie usłyszałem tylko: „Będzie ciężko”. Potem dowiedziałem się, że szef kazał tak powiedzieć każdej redakcji, która próbowała go dorwać. Woli pozostać w cieniu.

Sam obiekt, jak to w niższej lidze – o elektronicznych systemach i wybrukowanych alejkach nie ma co marzyć, ale ma swój niepodważalny klimacik. Od samego początku krzątają się ludzie, którzy dbają o to, żeby największe święto w historii luzińskiej piłki przebiegło prawidłowo.

Reklama

Gospodarze mocno się przygotowali. W klubowym sklepie można było kupić trzy warianty szalików – od klasycznego po dwa okolicznościowe, przygotowane właśnie na mecz z rywalem z Ekstraklasy w Pucharze Polski. Widać, że tym razem na ten niepozorny obiekt ma zjechać się dużo więcej ludzi niż zazwyczaj i żal byłoby tego nie wykorzystać.

Po wejściu na górę schodków prowadzących do trybun, witam się z przedstawicielem Wikędu. To Wojciech Wilczyński – kiedyś piłkarz, dzisiaj luziński człowiek-orkiestra. Jako zawodnik – był obrońcą  – zagrał 34 razy w Ekstraklasie i 152 razy na poziomie 1. Ligi. Ma na koncie 41 występów w Arce Gdynia, ale przede wszystkim 150 w Bytovii Bytów.

Od 2022 roku związany jest z Luzinem, w którym po zakończeniu kariery piłkarskiej został dyrektorem sportowym i prawą ręką prezesa Kędziory. Czuje się odpowiedzialny za Wikęd i budowę całego zespołu. Nie ma problemów, by zgodzić się na małą rozmowę, nawet mimo tego, że pucharowy mecz zbliża się wielkimi krokami.

Reklama

Klub, w którym prezes buduje stadion własnoręcznie

– To historyczne wydarzenie, bo tak jak tu stoimy i widzimy, po raz pierwszy w historii biletujemy mecz. Chcemy sprawdzić potencjał naszych kibiców i nasze struktury – na co nas stać jako klub. To będzie dla nas odpowiedź czy zmierzamy w dobrym kierunku, bo niebawem otworzymy nowy stadion, na którym bilety będą normą – zaczyna Wilczyński.

I faktycznie – o ile w Betclic 3. Lidze to jeszcze przejdzie, o tyle obecny obiekt Wikędu trudno byłoby sobie wyobrazić już w drugoligowych, ogólnopolskich warunkach. Na niewielkich trybunach mieści się kilkaset osób, jednak tak skromny kompleks nie sprawdziłby się na szczeblu centralnym i w dobie regularnych transmisji telewizyjnych.

Jak się okazało, biorąc pod uwagę otarcie się o awans już w czerwcu, do roboty wziął się prezes Kędziora. I to… własnoręcznie. Milioner z Luzina nie oddelegował ludzi do budowy nowego, kameralnego, ale i spełniającego określone standardy stadionu. Sam wziął w rękę narzędzia budowlane i ruszył tworzyć coś wielkiego dla całej tamtejszej społeczności!

– Prezes sam buduje stadion, własnymi rękoma. To coś, co w naszym klubie jest wyjątkowe i niespotykane w skali kraju. Gramy o awans, a prezes sam buduje trybunę czy murawę. Większość swojego czasu spędza ostatnio na budowie nowego stadionu – mówi Wilczyński.

Reklama

A kiedy ja zwracam uwagę, że z jego wypowiedzi bije wielkie przywiązanie do Wikędu i całego projektu, odpowiada: – To coś, co mnie kręci i może dlatego zauważyłeś to przywiązanie. Lubię jak dochodzi się do czegoś samemu.

Budowlane zacięcie Kędziory docenia też inny z moich rozmówców, Piotr Klecha – dyrektor Gminnego Ośrodku Sportu, Rekreacji i Turystyki w Luzinie. – Ja nie jestem z Luzina, ale pracuję tu 20 lat. Znam różnych ludzi, o różnym statusie finansowym. Ludzie stąd tak podchodzą do życia, że jak coś jest ich, to muszą dotknąć ziemi. I jestem przekonany, że Rafał gdyby sam tego nie budował, to by nie czuł, że to jest jego – mówi.

Nowy stadion, który będzie dysponował sztuczną nawierzchnią, a na trybunach pomieści około tysiąc osób, ma zostać oddany w pierwszym kwartale przyszłego roku. Tak, żeby Wikęd po przerwie zimowej mógł już rozgrywać swoje mecze w nowym miejscu. I – kto wie – może właśnie tam powalczyć o awans do Betclic 2. Ligi. Tym razem skutecznie.

Reklama

Wikęd Luzino, czyli nieodłączny element życia społecznego

Biorąc pod uwagę niedawne sukcesy klubu z Luzina i posiadane aspiracje, mecz z Wisłą prezentował się jako wspaniały test. – To dla nas sprawdzian organizacyjno-sportowy. I najmniej martwię się o tę część sportową. Od dobrego roku jesteśmy innym Wikędem niż pierwotnie od początku istnienia klubu. Pokazaliśmy to wynikami – pochodząc z niewielkiej miejscowości byliśmy drudzy w tabeli trzeciej ligi grupy drugiej – zaznacza Wilczyński.

I dumnie podkreśla: Nie jesteśmy już Luzinem, które znajduje się gdzieś koło Wejherowa i nikt nie wie, co to jest. Poprzez część sportową jesteśmy już słyszalni i zauważalni w kraju, choćby dzięki tym barażom z KSZO Ostrowiec.

A kiedy zauważam, że właśnie Gryf Wejherowo znany jest z kilku ciekawych przygód w Pucharze Polski, odpiera: – To pewna forma promocji, a przede wszystkim nagroda dla zawodników czy sponsorów, osób sympatyzujących z klubem. Pamiętam dobry sezon Gryfa, gdzie w ćwierćfinale mierzyli się z Legią. W tamtej drużynie grał nasz obecny zawodnik, Przemek Kostuch. Może ponownie napisze dziś swoją historię w naszym pomorskim środowisku piłkarskim.

– Nie jesteśmy klubem, który chciałby się porównywać do Lechii, Arki czy Gryfa Wejherowo. Idziemy swoją drogą, a budowa nowego stadionu przez prezesa Rafała Kędziorę jest tego żywym dowodem. Nie ogląda się na nikogo – dodaje dyrektor Wikędu.

Reklama

W pełnej ekscytacji przed meczem znajduje się również Klecha. – To jest wielka przygoda. Bardzo się cieszę, że się wydarzyła. Dla nas, pasjonatów piłki, zawsze mecze miały duże znaczenie, ale okazuje się, że jest też spora grupa innych osób angażująca się w to wszystko. Nic, tylko się cieszyć. To może być kolejny nowy początek miłości mieszkańców gminy do sportu – mówi dyrektor.

I z wyczuwalną pasją w głosie opowiada, jak luziński sport wygląda na co dzień. – U nas bardzo dużo ludzi gra w piłkę. W gminie Luzino 1400 dzieci i 400 dorosłych uprawia sport, z czego 70-80% stawia na piłkę. Pasjonatów mamy bardzo wiele, ale oni są zaangażowani w grę w swojej drużynie, w swojej klasie rozgrywkowej, w swoim klubie. Przez to nie zawsze mają czas, by wybrać się na mecz Wikędu, ale publiczność stale rośnie – mówi.

Zauważa też pewien… problem. – U nas był taki problem, że nazwa klubu zmieniła się historycznie. Był LZS Luzino, LZS Błyskawica Luzino, FC Luzino, GKS Luzino, GOSiR Luzino, Koń Luzino i dzisiaj Wikęd Luzino. Nie udało się zachować ciągłości historycznej i zawsze miałem poczucie, że to jest przyczyna, że ludzie nie utożsamiają się z klubem – przedstawia.

Tym niemniej podkreśla: – Patrząc jednak przez pryzmat ostatnich wyników sportowych i zainteresowanie, to widać, że ludzie lubią kibicować tym, co wygrywają. Mamy bardzo dużo pasjonatów sportu. Niekoniecznie danego klubu czy miejsca, ale ludzie żyją tym sportem. Wikęd wbił się już jako nieodłączny element życia społecznego.

Reklama

Mecz Wikędu Luzino z Wisłą Płock wywołał spore poruszenie wśród lokalnej społeczności

Największa chluba Wikędu Luzino

Im bliżej rozpoczęcia meczu, tym bardziej zapełniają się trybuny. Wszystkie – nawet te specjalnie dostawione na spotkanie z Wisłą. Komentatorzy TVP zajmują miejsce na podwyższeniu, a jeden z kibiców podchodzi i prosi: – Pokaże mi pan, gdzie jest pan Wojciech Jagoda? Tylko tak dyskretnie.

No to pokazuję, a szczęśliwy fan może sobie zrobić zdjęcie z postacią, która zapewne od lat towarzyszy mu w przeżywaniu pasji do Ekstraklasy.

Reklama

Nieco na lewo, poza główną trybuną, znajduję się miejsce przeznaczone dla kibiców, którzy chcą coś pokrzyczeć. A przy tym wielki transparent: „Razem po marzenia”.

Wyeliminowanie rywala z Ekstraklasy i dalsza gra w Pucharze Polski z pewnością byłaby spełnieniem marzeń dla lokalnej społeczności, ale w samej drużynie znajdziemy kilku piłkarzy, którzy z wyższym poziomem są otrzaskani.

Reklama

Bramkarz Marcin Staniszewski grał w ekstraklasowej Arce Gdynia, pomocnik Robert Ziętarski ma 80 meczów w 2. Lidze i 38 na zapleczu Ekstraklasy. To tylko przykłady, ale w Wikędzie znajdziemy też zawodników, którzy w przeszłości grali na lepszych arenach.

– Za transfery i decyzje personalne odpowiadam właściwie tylko i wyłącznie ja do spółki z trenerem. Każda osoba jest zasugerowana przeze mnie, przedyskutowana z trener Plińskim. Idziemy sprawdzonym systemem, operuję zasadą, że jeśli ktoś ma korzenie blisko Kaszub, to już się nim potencjalnie interesujemy. Szukamy ze względów ekonomicznych kogoś, komu nie będzie trzeba oferować mieszkania – opowiada nam Wilczyński, wyjaśniając filozofię klubu.

– Oczywiście sprawdzam i staram się wyselekcjonować osoby, które mają tu inwestycje czy stąd podchodzi ich rodzina, żona. Żywym przykładem jest transfer Jędrzeja Zająca. Graliśmy jeszcze razem w Raduni Stężyca. On poszedł do ŁKS, a ja przypomniałem sobie potem, że gra w Zagłębiu Sosnowiec i dla niego atrakcyjny był powrót w rodzinne strony. Ma pół godziny od domu i to jest schemat, który wykorzystujemy – kontynuuje dyrektor.

I podkreśla: Naszą największą chlubą jest to, że nie znamy osoby, która mogłaby powiedzieć o Wikędzie Luzino cokolwiek złego. Nie znajdziemy w kraju nikogo, kto by powiedział, że nie zostało coś zapłacone na czas, albo było obiecane i niedowiezione.

Reklama

Budowanie kadry a finanse Wikędu

Na moje pytanie, czy z racji mocnego sponsora w Luzinie, również żądania finansowe piłkarzy w rozmowach z Wikędem wzrastają, odpowiada: – Moja w tym rola, żeby wymagania finansowe były dostosowane do tego, co jest na boisku. Jako były zawodnik i prawie jeszcze czynny, bo skończyłem grać w piłkę dwa lata temu, zdaję sobie sprawę, że żadna rozmowa nie jest łatwa. One są trudne i muszą być trudne. Natomiast nie ma takiej sytuacji, że ktoś powie, że u nas nie płacą.

Wilczyński upatruje przewagi swojego klubu względem innych regionów Polski w pewnej kwestii. – Uważam, że naszą wygraną jest ten fakt, że na Pomorzu klubów jest stosunkowo niewiele. To nie Śląsk, gdzie można iść z Bytomia do Chorzowa, z Chorzowa do Sosnowca, a z Sosnowca do Tychów. My mamy tych klubów mniej i to jest zdecydowanie na plus – mówi.

A czy Wikęd płaci za piłkarzy innym klubom? – Jeszcze nigdy nie zapłaciliśmy za transfer gotówkowo – odpiera dyrektor.

Ale wkrótce może się to zmienić. – Myślę, że tak i sądzę, że to nieodłączny element zarządzania klubem. Jednak na tym poziomie, na którym dzisiaj jesteśmy i w warunkach, w których pracujemy, uważam, że można pozyskać zawodnika sposobami dużo bardziej ekonomicznymi – kwituje Wilczyński.

Reklama

I dodaje jeszcze: – My szukamy zawodników, którzy na przykład znają się ze sobą z różnych klubów. Robię rekonesans, kto jak ze sobą funkcjonuje i czy będzie pasował do naszego lokalnego środowiska. Zawodnik nie musi być stąd – Piotrek Kurbiel na przykład jest z Radomia, a ściągałem go ze Stomilu Olsztyn, kiedy klub miał problemy finansowe. On dzisiaj kupił mieszkanie w Gdyni, jest szczęśliwym człowiekiem i nie wyobraża sobie wyjazdu. Pyta się czy po grze w piłkę będzie miał miejsce w klubie. I ja takich ludzi szukam – takich, którzy dzisiaj pomogą nam na boisku, odnajdą się w tym środowisku i będą z nami na dłużej.

Końcówka, którą Luzino zapamięta na zawsze

W końcu rozpoczyna się mecz i na murawę wychodzę piłkarze w oparach czerwonego dymu, który zdecydowali się wypuścić kibice. Po przeciwległej stronie pojawiają się fani Wisły Płock – jest ich kilkudziesięciu.

Miejscowi intonują kilka przyśpiewek na cześć Wikędu, goście odkrzykują: „Idźcie do szkoły, dzieciaki, idźcie do szkoły”. Wymiana uprzejmości w stylu grzecznościowym. Niech będzie.

Rozpoczyna się mecz, ale emocje sportowe dość szybko są wśród gospodarzy skutecznie tłumione. Na boisku widać, że trzecioligowiec gra z ekstraklasowiczem. Do przerwy Wisła prowadzi dwiema bramkami, a mogła i większą różnicą. Nic nie zwiastuje tego, żeby ekipa z Luzina miała prawo myśleć o sprawieniu sensacji.

Reklama

Przełamania nie przynosi druga połowa – ekipa z Płocka szybko wrzuca gola na 0:3 i mecz wydaje się zamknięty. I właśnie wtedy rozpoczyna się najciekawsza, najbardziej emocjonują część spotkania. Najpierw analiza VAR i rzut karny dla gospodarzy, którego na gola zamienia Ziętarski. Po chwili już totalne szaleństwo – druga bramka, ale tym razem anulowana przez spalonego.

Wisła zaczęła wyglądać coraz słabiej, a każda udana akcja nakręcała Wikęd jeszcze mocniej, żeby spróbować. Znacie to uczucie – jedni są natchnieni i coraz więcej im wychodzi, drudzy boją się, żeby nie stracić tego, co mają.

Kolejne minuty są coraz ciekawsze dla gospodarzy. Piłka trafia w poprzeczkę Wisły, a Olaf Kobacki wylatuje z czerwoną kartką za faul taktyczny. W Luzinie zaczynają wierzyć, że coś ciekawego może się tu jeszcze wydarzyć, nawet jeśli po rozbiciu głowy z boiska musi zejść lider ich środka pola, Ziętarski.

– Jak się zderzyłem i mi powiedzieli, że nie ma szans, żebym dokończył ten mecz, to wiedziałem, że zostaje jeszcze z piętnaście minut, a czułem, że coś mogę dołożyć do bramki z karnego. Z boiska widziałem, że możemy powalczyć o dogrywkę – powiedział pomocnik już po zakończeniu meczu.

Reklama

W końcówce kompromitująco sytuację sam na sam ze Staniszewskim rozgrywa jeszcze Hamulić, którzy ominięciem bramkarza wyrzucił się poza boisko i chciał kopnąć w ciągnik. Wikęd ma natomiast drugi rzut karny, którego tym razem na gola zamienia Kostuch.

Na trybunach w Luzinie wszyscy wstają, a każda jakakolwiek próba przetransportowania piłki pod bramkę Leszczyńskiego wywołuje krzyki i entuzjazm. Ostatecznie do sensacji nie doszło, Wisła wygrała 3:2, ale Wikęd napędził rywalowi z Ekstraklasy dużo strachu.

Reklama

Kibice dla piłkarzy, piłkarze dla kibiców – rodzinna atmosfera Wikędu

A nastraszenie Płocczan było planem minimum. – Jesteśmy drużyną, która zawsze walczy do końca. Poprzedni sezon najlepiej to pokazał. Mieliśmy fajną wiosnę, kiedy do meczu z Zawiszą nie przegraliśmy meczu. Czasem potrafimy strzelić w ostatniej minucie na 1:0 czy 2:1, zawsze gramy do końca – opowiada Staniszewski, kiedy schodzę na murawę i przechadzam się pośród piłkarzy Wikędu dziękującym kilkuset osobom za doping i wsparcie.

W Luzinie panuje rodzinna atmosfera na linii piłkarze-kibice

– Nie było u nas presji zwycięstwa. To była nagroda za wygrany puchar okręgowy i ogólnie cały rok. Fajnie, że mieliśmy taki finał. Szkoda, że przegrany, ale poświęciliśmy cały rok, żeby w tym spotkaniu wystąpić – dodaje bramkarz.

Reklama

Po końcowym gwizdku daje się odczuć rodzinną atmosferę Luzina i klubu. Zawodnicy nie odmawiają podpisu żadnemu dziecku, które ich o to prosi, chętnie pozują do zdjęć i ogólnie czują się jak w domu. Świetnie się na to patrzy – tutaj futbol puka już do coraz poważniejszego szczebla, ale więzy i nastroje pozostają jak w drużynie osiedlowej.

Do Ziętarskiego zagaduję, że nie może odpędzić się od próśb o zdjęcia i autografy. – Trybuny mnie lubią (śmiech). To mały klub, ja troszkę pograłem w piłkę więcej, ale tutaj czuję się jak u siebie. Jest fajna, rodzinna atmosfera. To mniejszy futbol, ale buduje się tu stadion, piłka się rozwija więc wydaje mi się, że w najbliższych latach o Wikędzie będzie jeszcze głośno – mówi. My jesteśmy małym klubem, luzińska piłka dopiero się rozwija i to było chyba największe dotychczas święto w historii. Widać było po organizacji, że wszystko się udało, więc my po prostu chcieliśmy zapewnić emocje, walkę do samego końca. I to zrobiliśmy – podkreśla z dumą strzelec pierwszej bramki dla Wikędu.

Robert Ziętarski z kibicami Wikędu Luzino po meczu z Wisłą Płock

Reklama

Zresztą, nawet po wypowiedziach Wilczyńskiego czuć, że gdyby hipotetycznie dostał propozycję z innego, nawet lepszego klubu, to decyzja o odejściu na pewno nie byłaby dla niego łatwa. Przemawia przez niego pasja i pełne zaangażowanie w działania w Luzinie.

– Jestem lojalny. Jeżeli prezes Kędziora obdarzył mnie zaufaniem, to dla mnie jest to najwyższa forma nobilitacji. Dziś przeżywamy historyczne wydarzenie i to właściwie moja drużyna, zbudowana przeze mnie. Ja bym takich sukcesów chciał więcej. Po Polsce najeździłem się już wystarczająco – mówi nam dyrektor sportowy Wikędu.

O finanse Wikęd się nie martwi

Drugiego meczu w centralnym Pucharze Polski w tym sezonie w Luzinie już nie będzie, ale w klubie z Kaszub prace wre pełną parą. – Mamy teraz czas na budowę infrastruktury, ale gdybyśmy awansowali już teraz to uważam, że pod przymusem też byśmy obie poradzili – mówi Wilczyński.

Mimo potężnego sponsora, Wikędowi daleko do rozmachu Wieczystej Kraków czy nawet Bruk-Betu Termaliki Nieciecza. O kasę martwić się nie trzeba, ale filozofia budowy drużyny i plan na odniesienie sukcesu jest inny niż w Małopolsce.

Reklama

Gdybyśmy awansowali, to zrobiliśmy to najniższym budżetem spośród wszystkich klubów. Wiemy, jakie chodzą stawki dotyczące pensji czy zarządzania, rozmawiamy z innymi. Jestem przekonany, że nie znajdujemy się w czubie najbardziej rozrzutnych klubów – wyjaśnia Wilczyński.

Ale przy tym wszystkim nikt w Luzinie się nie boi, że ewentualny sukces sportowy odbije się czkawką. Finanse są zabezpieczone. – Mam zapewnienie od prezesa, że jeżeli będziemy sportowo dowozić temat, to mam się nie martwić o takie rzeczy – podkreśla dyrektor.

Szefa gminnego ośrodka sportu, wspomnianego już Klechę, szczerze pytam, jakby to wyglądało, gdyby – czysto hipotetycznie – Wikędu zabrakło. – Sportu seniorskiego na tym poziomie bez firmy Wikęd by nie było. Jeśli chodzi o luziński sport, wspiera nas około 20-30 sponsorów, którzy stoją za różnymi inicjatywami, ale na takim poziomie to nie ma możliwości – wyjaśnia.

Mimo wielkiego zaangażowania sponsora, znajduje się jednak przestrzeń dla wszystkich chcących pomóc klubowi. – Sponsor buduje nowy stadion. Gmina nie jest w stanie mocno inwestować w infrastrukturę. W jego rękach i gestii znajduje się to, gdzie możemy dotrzeć. Ale widząc jak wiele ludzi angażuje się w to, co robimy – nawet przy tym meczu dziesiątki osób musiało wykonać określoną pracę – to uważam, że znajdzie się sposób na to, aby Wikęd nie był jedynym ciągnącym ten wózek. Ja też jestem od tego, żeby wspierać klub szukając pieniędzy choćby na grupy młodzieżowe i różne poboczne tematy – nie ma wątpliwości mój rozmówca.

Luzino, które wreszcie potrafią wymówić

A jednym z powodów, dla których Luzinianie ze swojego klubu są dumni, jest fakt, że świadomość o ich miejscowości w całym kraju znacznie wzrasta. – To nie podlega wątpliwości. Jestem członkiem zarządu Krajowego Zrzeszenia Ludowych Zespołów Sportowych i dużo jeżdżę po Polsce. Możemy gadać o różnych sportach, ale piłka jest piłką. O tym barażu z KSZO Ostrowiec słyszeli wszyscy, którzy choć trochę się piłką interesują – mówi Klecha.

– Pamiętam, jak dziesięć lat temu często na nas mówili „Luzino” – dodaje wymawiając „zi” twardo.

– Dziś wiedzą, że to „Luzino”. Po prostu – kończy z „zi” jak w słowie „zima”, czyli jak należy.

Wikęd Luzino był jedynym absolutnym debiutantem w centralnym Pucharze Polski. Napisał historię, którą lokalna społeczność będzie wspominała już zawsze, ale praca na Kaszubach nie ustaje. Teraz przy nieco mniejszym blasku reflektorów, ale z wielkim celem wszyscy w klubie walczą o to, by wkrótce na arenie ogólnopolskiej pojawiać się regularnie.

Pozostaje życzyć powodzenia, bo pasja i zaangażowanie bijące z piłkarskiego Luzina są rzeczami, których nie da się nie szanować.

1 komentarz
Marcin Długosz

Serie A, Serie B, Włosi w europejskich pucharach - kocha wszystko, co spod znaku calcio. Za Milanem przemierzył sporo kilometrów, kocha zapach San Siro i będzie płakał przy wyburzeniu (które jest konieczne). Nie zapomina o starej, dobrej Ekstraklasie. Na weszlo.com i w WeszłoTV opowiada głównie o piłce włoskiej i polskiej.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Ekstraklasa

Misiura przyznał, że podglądali rywali. A co, gdyby tak powiedział Marek Papszun?

Patryk Idasiak
2
Misiura przyznał, że podglądali rywali. A co, gdyby tak powiedział Marek Papszun?
Polecane

110-lecie Legii Warszawa. Legendy, mecz pokazowy i wiele atrakcji. Jesteśmy na miejscu!

Patryk Idasiak
22
110-lecie Legii Warszawa. Legendy, mecz pokazowy i wiele atrakcji. Jesteśmy na miejscu!
Ekstraklasa

Oficjalnie: Brazylijczyk opuszcza Pogoń. To poważne osłabienie

Jan Broda
4
Oficjalnie: Brazylijczyk opuszcza Pogoń. To poważne osłabienie

Piłka nożna

Reklama
Ekstraklasa

Misiura przyznał, że podglądali rywali. A co, gdyby tak powiedział Marek Papszun?

Patryk Idasiak
2
Misiura przyznał, że podglądali rywali. A co, gdyby tak powiedział Marek Papszun?
Ekstraklasa

Oficjalnie: Brazylijczyk opuszcza Pogoń. To poważne osłabienie

Jan Broda
4
Oficjalnie: Brazylijczyk opuszcza Pogoń. To poważne osłabienie