Arkadiusz Kamil Wójcik udzielił nam pierwszego wywiadu od momentu złożenia do prokuratury zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez przewodniczącego Kolegium Sędziów PZPN Marcina Szulca. Polski sędzia opowiedział o naciskach ze strony przełożonych, braku odpowiednich szkoleń i narzędzi służących do weryfikacji minimalnych spalonych.
To druga część wywiadu z arbitrem. W pierwszej Wójcik zdradził, jak reagowano na jego pytania w Kolegium Sędziów i dlaczego wielu arbitrów po cichu rezygnuje z sędziowania.
Arbiter z Ekstraklasy na wojnie z Kolegium Sędziów. „Domino ruszyło”
Zarządzanie przez strach
Wójcik powiedział o presji, z jaką spotykają się arbitrzy na szczeblu centralnym. Zwrócił uwagę na aspekty, które zmuszają sędziów do posłuszeństwa.
– Na szczeblu centralnym każdy próbuje spełnić swoje marzenia. Z drugiej strony pojawiają się, powiedzmy, groźby i sformułowania w stylu: „Jak nie chcesz, to nie musisz jeździć” albo „Jak tego nie zrobisz, to może będą jakieś konsekwencje”. Sędziowie słyszą takie rzeczy, a potem muszą może nie z tym żyć, ale za chwilę być może dostaną jakiś mecz i czują, że ktoś czeka na ich błąd. Wystarczy ten jeden błąd i sędziego nie ma w obsadzie przez 3-4 tygodnie. Jak wraca, to wie, że powinien robić to, co mu ludzie każą, bo inaczej znowu nie będzie go 3-4 tygodnie w obsadzie na szczeblu centralnym. I tak to wygląda – stwierdził Wójcik.
Nasz rozmówca podkreśla, że jego sytuacja życiowa uodporniła go na naciski ze strony środowiska.
– Tak jak mówiłem, są ludzie i sędziowie normalni. Widzą, co działo się na przestrzeni lat z innymi sędziami, jak ich kariery były wygaszane. Nie są na tyle silni, żeby się temu przeciwstawić. Myślę, że w PZPN uznali, że przez to, że mam niepełnosprawne dziecko i potrzebuję pieniędzy na rehabilitację i na inne sprawy, to się wystraszę i odpuszczę. Tylko że w PZPN nie rozumieją tego, że skoro mam Bruna, to ja ich się nie boję. Nie pozwolę na takie traktowanie. W życiu przeżyłem trudniejsze chwile i nie mam zamiaru pozwolić, aby tacy ludzie traktowali mnie w taki sposób – powiedział.
– Odczułem to w ten sposób: masz taką sytuację, jaką masz, więc jeśli chcesz zarabiać pieniądze, jesteś na kontrakcie, to zaraz możesz tego kontraktu nie mieć, więc przestań mówić o problemach w KS, bo my i tak będziemy, a ty będziesz szukał pieniędzy gdzieś indziej, np. na budowie. To kwestia psychologiczna – nie będziesz sędziował, to znaczy nie będziesz wykonywał tego, co lubisz. Sędziowie traktują sędziowanie jak narkotyk (…) Przez to, że to narkotyk, to potrzebujesz coraz mocniejszych dawek i pragniesz sędziować jak najważniejsze mecze i zrobisz wszystko, by to osiągnąć. Dlatego nasłuchujesz, jakie są oczekiwania KS – dodał.
Wójcik: Sędziowie nie są dostatecznie przeszkoleni w rysowaniu linii
Zapytaliśmy naszego rozmówcę, czy obecnie polski sędzia VAR ma odpowiednie narzędzia, żeby jednoznacznie stwierdzić, czy był centymetrowy spalony, czy też go nie było.
– Nie. Widzieliśmy to po meczu Pogoń – Motor. W meczu Motoru z GKS Katowice widzieliśmy, jak długo trwało sprawdzanie potencjalnego spalonego. Tyle to trwało, ponieważ sędziowie nie są dostatecznie przeszkoleni w rysowaniu linii, a to sprawia, że błąd jest możliwy – ocenił arbiter.
Wójcik zwraca też uwagę na fatalną komunikację Kolegium Sędziów ze środowiskiem piłkarskim.
– Brakuje, jak zawsze brakowało, transparentności, wyjścia do kibiców, ogólnie do środowiska piłkarskiego i ustalenia pewnych rzeczy wspólnie. Za kilka tygodni zapomnimy o tym, co się stało w danym meczu, a w innym spotkaniu będzie podobna sytuacja, a decyzja będzie inna i znowu pojawi się analiza KS broniąca tej decyzji. Kolegium żyje z tygodnia na tydzień, ale piłkarze i kibice pamiętają o tych błędach i irytuje ich ta niekonsekwencja. Tu jest największy problem – przyznał.
Szukanie drugiego Marciniaka
Polski sędzia uznał również, że sukcesy Szymona Marciniaka stanowią zasłonę dymną dla systemowych problemów.
– Jeśli pojedziesz gdzieś za granicę i powiesz, że jesteś z Polski, a potem zaczniecie rozmawiać o piłce, to padną dwa nazwiska – Lewandowski i Marciniak. Szymon, jeśli jest gdzieś w hotelu, nie może opędzić się od ludzi, a jest znany dlatego, że bardzo dobrze sędziuje. To, co zdobył w tym świecie sędziowskim, zdobył dzięki swojemu charakterowi, ciężkiej pracy, a nie politykowaniu. Niestety, to jest dla innych chłopaków taki przykład, że się da i oni wierzą, że ciężką pracą dojdą do tego etapu (śmiech). Była Justyna Kowalczyk, a później nic. Jest Szymon Marciniak, też później nic – rzekł Wójcik.
– To wszystko zamazuje cały obraz sędziowania – szukanie drugiego Szymona Marciniaka i zwracanie uwagi na różne dziwne aspekty, takie jak wiek, bieganie, wygląd, zamiast skupić się na tym, co jest fundamentem sędziowania, czyli na dobrych decyzjach, zarządzaniu i niepodpalaniu stadionu. Masz sędziów z setką występów w pierwszej lidze i o nich nigdy nie słyszałeś – zero kontrowersji. Czasem nie dali żółtej, czerwonej kartki w meczu – przez to nigdy nie dostali szansy wyżej. Masz takich, którzy posędziowali kilkanaście meczów w pierwszej czy w drugiej lidze, połowa stadionu płonęła, kibice mówili, żeby nie przyjeżdżali, i oni dostają szansę w Ekstraklasie. Później ty, jako sędzia z tą setką występów w pierwszej lidze, pytasz, dlaczego jest tak jak jest. Co jeszcze mam zrobić? Zaczynasz patrzeć, co oni robią. Może dzwonią, może pytają o rodziny, pogodę… – dodał.
Co trzeba natychmiast poprawić?
Poprosiliśmy Wójcika również o wskazanie trzech rzeczy, które wymagają najpilniejszej poprawy, jeśli chodzi o sędziowanie w Polsce.
– Po pierwsze: konkurencja. Trzeba otworzyć drzwi w Ekstraklasie, wpuścić ludzi, którzy długo na to czekają. Nie mówię tylko o młodych sędziach. Są tacy, którzy mają po 300 meczów w pierwszej lidze i nigdy o nich nie słyszano. Pokazanie sędziom z Ekstraklasy, że można ich zastąpić, może sprawić, że będą jeszcze ciężej pracować – przyznaje nasz rozmówca.
– Po drugie: wyjście do środowiska piłkarskiego i wsłuchanie się w słowa ludzi i ich oczekiwania. Jak to ma wyglądać, czego oczekują i znalezienie tej nici porozumienia, żebyśmy my, sędziowie, mogli być zrozumiani. Otworzyć się mocno, wprowadzić szkolenia dla dziennikarzy, trenerów, piłkarzy. Nie ukrywać błędów, a wyjaśniać – dodaje.
– Po trzecie: okrągły stół w PZPN. Zwaśnione strony powinny usiąść i przedyskutować to, co dzieje się w środowisku. Mówię tu m.in. o sędziach, którzy podjęli te rozmowy medialne, o prezesach klubów. Warto zmienić sposób myślenia, bo jesteśmy ciągle zakopani w latach 90. i dwutysięcznych. Świat poszedł do przodu i nie trzeba czegoś wymyślać. Są pomysły. Potrzeba ludzi, którzy nie będą się bali wprowadzić tych pomysłów do KS. To musi zostać omówione z PZPN – zakończył.
„Nikt nie wiedział, na co wydać milion złotych”
Na koniec Wójcik odniósł się także do tegorocznego finału Pucharu Polski. Przypomnijmy, że wbrew oficjalnym informacjom PZPN sędziowie nie korzystali wówczas z nowoczesnego centrum VAR, tylko siedzieli w tradycyjnym wozie.
– Masz sponsora od izotoników, a sam sobie przynosisz wodę do centrum VAR. Tak to wygląda. Rok temu jeździłem i rozmawiałem z członkami zarządu PZPN. Dowiedziałem się, że za prezesury Mikulskiego Ekstraklasa S.A. miała milion złotych dla sędziów i chcieliby te pieniądze na coś przeznaczyć, tylko trzeba by napisać, na co. I co? Na nic nie poszły, bo nikt nic nie napisał, bo nie wiedział, na co je wydać – podsumowuje.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix