Jeszcze miesiąc temu właściwie pewnym było, że takie spotkanie by Iga Świątek przegrała. W Toronto jednak oglądamy Polkę lepszą, pewniejszą swego, będącą w stanie walczyć do samego końca. I to ta walka właśnie zaprocentowała w półfinałowym starciu z Eliną Switoliną. Iga triumfowała po trzysetowym meczu i zagra o pierwszy w tym sezonie tytuł!
Iga Świątek w finale w Toronto! Wielki mecz
Switolina była w tym sezonie przekleństwem Igi. Spotkały się dwa razy – w Indian Wells i w Rzymie – i w obu przypadkach lepsza po trzysetowym starciu okazywała się Ukrainka. W USA była to porażka boleśniejsza, bo mecz był wyrównany w zasadzie do samego końca, ale we Włoszech z kolei Iga jedyny raz grała w tym sezonie w półfinale. Kto wie, czy wygrana w tamtym meczu nie przyniosłaby odmiany sezonu. Wygranej jednak nie było, a do dziś brakowało też kolejnego półfinału.
Ten w końcu przyszedł. I to przyszedł po bardzo dobrej grze Igi. W czterech poprzednich meczach straciła tylko seta, ale zareagowała na tę porażkę w partii idealnie, szybko odbierając Marcie Kostiuk nadzieje na ugranie czegokolwiek w całym spotkaniu. Poza tym Polka była bezbłędna, ale też spokojna i cierpliwa – a to był klucz do sukcesu.
W meczu ze Switoliną miało to być jeszcze bardziej potrzebne. To był wielki sprawdzian dla Igi. Jak pisałem w zapowiedzi tego spotkania:
„[Ten mecz to] egzamin na to, czy Iga zachowa spokój i w tych najtrudniejszych momentach. Albo inaczej: czy do trudnych momentów dopuści, czy jednak od początku uda jej się dyktować warunki i tym razem Elinę ogra (nie po raz pierwszy, ogółem ich bilans to 4-3 dla Polki). Jak będzie reagować na wygrane punkty Switoliny, jak na swoje błędy. Sporo jest takich zagadnień, śmiało można by przyszykować arkusz i wraz z rozwojem meczu skreślać te, których Idze się zrealizować nie udało. Jakby zdawała na prawo jazdy, w ten sposób właśnie.
Choć prawda jest taka, że subiektywne kryteria zyskają na znaczeniu tylko jeśli ten mecz przegra – wtedy będzie można rozprawiać o stylu, wyniku, wrażeniu, jakie Polka zostawiła. Jeśli wygra – egzamin będzie zdany z automatu”.
No więc – zaliczamy. Zdecydowanie zaliczamy.
Iga Świątek i tenisowe wahania
Początek meczu był cudowny. Szybkie 4:0 w gemach, Iga robiąca na korcie w zasadzie co tylko chciała, a Elina bezradna. Świątek dominowała w początkowych wymianach, grała od linii do linii, sprawiając, że Switolina musiała biegać. Często było jednak w niedoczasie, bo doskonale czuła te kierunki Polka, raz po raz trafiała na linię. Warto tu docenić top spinowy forehand – to jej danie firmowe – który w ostatnich miesiącach bywał nieregularny.
W tym pierwszym secie okazał się jednak kluczem do sukcesu, to do niego Iga odwoływała się, gdy szukała kończących zagrań. I zwykle je znajdowała.
Oczywiście, w miarę trwania meczu, Elina zaczęła dochodzić do głosu. To zbyt dobra zawodniczka, by pozostać stłamszoną. Przełamała Igę raz i drugi, sęk w tym, że w międzyczasie sama podanie jeszcze raz straciła. Generalnie jednak: wywarła presję. Doprowadziła do stanu 3:5, choć przegrywała już 0:4 i 1:5. I to był pierwszy test dla Igi, sprawdzian, czy uda jej się seta zamknąć. I udało się. Dobrze funkcjonował serwis, świetnie przejmowała inicjatywę, wymuszała błędy rywalki (a Ukrainka też często sama się dokładała).
Drugi set pokazał nam jednak, że nic tu nie będzie wywalczone szybko, łatwo i przyjemnie.
Switolina odżyła, nakręcona dobrą końcówką pierwszej partii. Właściwie nie zdążyliśmy się otrząsnąć po tym, co działo się w pierwszym secie, a Elina prowadziła już 2:0 w gemach. Kilka minut później – 4, a potem 5:0. Przy czym, podkreślmy, to wcale nie tak, że Iga bardzo spuściła z tonu. Owszem, częściej wyrzucała piłkę, dołożyła trochę niewymuszonych błędów, jej serwis też stał się bardziej nieregularny, ale to przede wszystkim Switolina stała za tym wszystkim. Ukrainka grała w tym fragmencie meczu genialnie. Uderzała z pełną mocą, ryzykowała i… w zasadzie wszystko wpadało jej w linię albo przy niej.
Każda rywalka by wymiękła, po prostu.
Co było kluczowe – Iga pod koniec powalczyła. Wydawało się, że nastąpił moment, w którym zrezygnowała, kilka razy mocno sieknęła poza kort, szukając natychmiastowego winnera, ale szybko to ucięła – jakby sama siebie napomniała, że nie może wpaść w to błędne koło, które przyniosło jej już w tym roku kilka porażek. Pograła więc po swojemu, dłuższymi wymianami i łapała się na grę, widać było, że może sprawić nawet tak doskonałej rywalce problemy.
Seta przegrała ostatecznie 1:6. Ale coś sobie udowodniła.
Wielki powrót w trzecim secie
Elina Switolina miała w tym roku niemal doskonały bilans trzysetówek. Iga Świątek kiepski, minimalnie na minusie. Gdy dochodziło do trzecich partii, Polka zazwyczaj w pewnym momencie wymiękała, po prostu. Mnożyła błędy, nie była w stanie utrzymać nerwów na wodzy. Ukrainka to odwrotne zjawisko – często w tych trzecich setach gra najlepiej. Świątek też się przecież o tym przekonywała. Generalnie więc – biorąc pod uwagę tę statystykę, momentum i ich dwa ostatnie mecze – faworytką musiała być w tym momencie Elina.
I robiła wszystko, by ten status potwierdzić.
W pierwszym gemie serwisowym Igi miała dwa break pointy. Polka się obroniła W drugim szansy na przełamanie nie było, ale trzy razy doprowadzała Switolina do stanu równowagi, wywierając ciągłą presję na Igę. Polce trzeba oddać, że nie bała się zaryzykować w tych trudnych momentach, że nie cofała ręki, ale też – że trafiała. Brakowało – i dobrze! – pewnego zawahania, niepewności, która towarzyszyła jej w takich chwilach w wielu meczach tego sezonu.
Inna sprawa, że Elina wreszcie dopięła swego. Przy stanie 2:2 miała cztery break pointy. I tego czwartego wykorzystała. Ciągły nacisk na serwis Igi wreszcie się opłacił. Polka znalazła się w – tak się zdawało – bardzo trudnej sytuacji. Przecież w pięciu z sześciu jej ostatnich gemów serwisowych, rywalka miała szanse na przełamanie, a w trzech z nich tej okazji skorzystała. Sama Iga przez całą drugą partię wypracowała tylko jednego break pointa (przy stanie 4:0 dla Ukrainki) i nie przełamała rywalki, a w dwóch gemach trzeciego seta takiej okazji nie dostała.
Natomiast to, co stało się dalej w tym meczu, pokazuje, jaką pracę wykonała ostatnio Iga Świątek.
Bo Iga sprzed miesiąca by ten mecz w tym momencie poddała w swojej głowie. Zaczęłaby się spieszyć, brakowało jej cierpliwości, po prostu popełniałaby błędy i pomagała rywalce. Iga dzisiejsza docisnęła, ale z głową, mocniej zaatakowała serwis Switoliny, natomiast nie uderzała na „hurra!”, tylko tak, żeby przeciwniczce było trudno. I było, ten plan wypalił. Polka dostała trzy break pointy, wykorzystała drugiego. Od razu wróciła do meczu, a po chwili poprawiła jeszcze pewnie wygranym – pierwszym takim od dawna! – gemem serwisowym.
Switolina jakby nie mogła w to uwierzyć i kompletnie się sypnęła. Serio, przy kolejnym własnym gemie nie zdobyła punktu! Z meczu, który był bardzo wyrównany, nagle przeszliśmy do dominacji Igi Świątek i to w momencie najmniej spodziewanym. Polka prowadziła już 5:3 w decydującej partii i musiała jedynie domknąć mecz przy własnym serwisie. I znów: o ile wcześniej miała z nim wiele problemów, o tyle w tej końcówce odeszły.
Gema wygrała do 15. Mecz 2:1 w setach.
Finał, wreszcie finał
Czekała na mecz o trofeum Iga Świątek od września ubiegłego roku i finału w Seulu, w turnieju rangi WTA 500. Długo, szczególnie jak na nią. W Toronto zagra o pierwszy tytuł w tym sezonie, ale i w tym turnieju, bo to jeden z niewielu „tysięczników”, których jeszcze nie podbiła. W zeszłym sezonie zaliczyła dwa nowe terytoria spośród tych największych turniejów – Wimbledon i Cincinnati (gdzie grać będziemy już za moment) – a teraz może dołożyć do tego imprezę w Kanadzie.
I jeśli zagra tak jak ze Switoliną, to naprawdę całkiem możliwe.
Nie chodzi już nawet o wynik czy jakiekolwiek statystyki. Mam na myśli konsekwencję – i w ogólnej postawie, i w budowie punktów. Mam na myśli umiejętność zaryzykowania, ale mimo wszystko z głową. Mam na myśli odpowiednią reakcję na wydarzenia na korcie (nigdy nie widziałem Igi tak często przy siatce). Przede wszystkim mam jednak na myśli cierpliwość, spokój, wielkie opanowanie, które jej towarzyszyło. Gra o tytuł to coś innego, oczywiście, tam może wkraść się więcej nerwów.
Z drugiej strony akurat w tych meczach Iga od zawsze jest wybitna. W finałach w cyklu WTA ma bilans 25-5. W tych rangi 1000: 11-2. Przegrywała tylko w Dubaju z Barborą Krejcikovą i w Madrycie z Aryną Sabalenką, ale w tym drugim przypadku rok później wzięła rewanż po genialnym meczu. W zeszłym sezonie – też stosunkowo kiepskim – wygrała wszystkie trzy finały turniejów, do jakich doszła. Czemu więc miałaby nie triumfować i w Toronto (niezależnie od tego, z kim tam zagra)?
Finały to jej terytorium. A ten będzie też drugim sprawdzianem. Ten pierwszy Iga zdała, zobaczymy, co będzie dalej.
Iga Świątek – Elina Switolina 6:3, 1:6, 6:3
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix