To nie jest krytyka Adriana Siemieńca czy Nielsa Frederiksena, a ligowych przepisów, które w pomocy pucharowiczom posuwają się, w mojej opinii, trochę za daleko. Trener Lecha mówi na przykład po meczu z Klaksvik, że może przełoży niedzielne spotkanie ligowe. Czas na zastanowienie się miał do 17:30 w piątek.
> Kliknij tutaj, aby zobaczyć jak odebrać 3-miesięczny abonament na Canal+ za darmo (z Ekstraklasą i Ligą Mistrzów) <
Według przepisów Ekstraklasy, pucharowicz może przełożyć dwa mecze ligowe w trakcie eliminacji (z czego jeden na poziomie czwartej rundy), jeśli tylko zgłosi to na 48 godzin przed rozpoczęciem spotkania.
Vuković mówił następująco w kontekście meczu z Jagiellonią, który finalnie dojdzie do skutku: – Mamy sparingpartnera, który też nie chce zostać na lodzie. Nie wiem, czy będzie czekał na nas do piątku. Wiadomo, jestem za tym, żeby polskim drużynom grającym w pucharach dać możliwość przełożenia meczu. Z drugiej strony, my też żyjemy – pozostali, którzy grają w lidze. Wypadałoby tak, jak Zagłębie Lubin wie, że nie zagra, żebyśmy my też wiedzieli, że nie mamy zagrać przynajmniej tydzień wcześniej, a nie dwa dni. Teoretycznie 24 godziny po swoim meczu mogą nas poinformować w autobusie w Białymstoku, że nie gramy. Kolejna kwestia do dyskusji. Musimy ruszyć w sobotę rano. Trochę tego nie rozumiem. Jesteśmy umówieni w sobotę na sparing, jeśli nie zagramy w niedzielę.
Przekładanie meczów. Niekomfortowy przepis
I ja się z trenerem Widzewa zgadzam w stu procentach. Nikt nie odmawia pucharowiczom prawa do przekładania meczów. To jest jasne – jeśli ma to im pomóc w lepszym reprezentowaniu polskiej piłki na salonach, albo chociaż w przedpokojach do salonów, to niech z tego korzystają. Sam Vuković zresztą parę lat temu, kiedy prowadził Legię, kilkukrotnie apelował o większą solidarność polskich klubów wobec pucharowiczów, bo wtedy sam fakt przekładania spotkań nie był przez wszystkich akceptowalny.
Nie chodzi więc o treść, a o formę. Adrian Siemieniec z decyzją czekał aż do końca meczu z Rangersami. Finalnie meczu nie przełożył, zagra, ale przynajmniej wcześniej przyznał, że rozważa taką opcję, więc Widzew mógł zabezpieczyć się na ewentualność luki w terminarzu i poszukać sobie sparingpartnera. Niemniej, w Łodzi przez cały tydzień funkcjonowali w dwóch rzeczywistościach, przygotowując się i na mecz ligowy, i towarzyski. Niels Frederiksen z kolei nie wysyłał żadnych sygnałów o możliwym odłożeniu ligowego starcia o kilka kolejek, a decyzję podejmował w czwartek i piątek w reakcji na kolejny zastanawiająco słaby występ jego zawodników przy Bułgarskiej.
Ciekawy mętlik musieli mieć w głowie trenerzy Piasta – szykowali od początku tygodnia strategię na Lecha, by w czwartek wieczorem dowiedzieć się, że mecz pewnie nie dojdzie do skutku (bo tak sugerował Frederiksen). W efekcie jeszcze w piątek nie wiedzieli, czy mają planować wyjazd, czy nie planować, bo Lech potrzebował czasu, żeby się określić.
Moim zdaniem, jeśli dany klub wie, że gra w czwartek w Europie, a w niedzielę w lidze, to już na początku tygodnia powinien powiedzieć: gramy albo przekładamy. Dziś klub może zobaczyć nie tylko jaki ma wynik, czy była dogrywka, ile jest urazów i jak zmęczeni są piłkarze, ale też w jakiej formie pojawili się na drugi dzień w klubie, czy podróż powrotna minęła bez niespodzianek i czy sztab zdążył z rzetelną analizą, czy z racji napiętego kalendarza zrobił ją po łebkach. I decyzję podjąć nawet nie bezpośrednio po meczu eliminacji, a dopiero na drugi dzień, jak w przypadku Lecha.
To lekka przesada.
W tle tego wszystkiego są też ligowi rywale, którzy bez sensu przygotowują się do spotkania, którego może nie być. Zamiast ćwiczyć taktykę, ostrzej popracować nad wydolnością albo po prostu odpocząć, przygotowują się na konkretnego rywala, a później mogą zostać z tymi przygotowaniami jak Himilsbach z angielskim. Oczywiście nie w tych przypadkach, bo finalnie gramy, ale w teorii meczów mogło nie być, obaj trenerzy rozważali taką ewentualność.
Wszyscy rozumieją, że polskim klubom warto pomagać w europejskich pucharach. Im więcej punktów zdobędą, tym lepiej dla całej ligi. Ale pomoc nie musi wyglądać tak, że jeden klub dostaje dodatkowy odpoczynek (jak Zagłębie i Wieczysta, które miały grać z Rakowem i GieKSą), a drugi przez cały tydzień nie wie, czy w weekend w ogóle zagra. Zresztą, tu chodzi nie tylko o piłkarzy czy trenerów, ale też o kibiców. Ci muszą wcześniej przecież zorganizować sobie dojazd, niekiedy zarezerwować nocleg czy po prostu zaplanować weekend. To też dziesiątki pracowników okołomeczowych, ochrona, policja, telewizja…
Nie ma sensu obrażać się na trenerów czy działaczy, że wykorzystują swoje prawo. Jeżeli mogą zdecydować w poniedziałek albo poczekać do piątku, to oczywiste, że bardziej opłaca im się czekać. W piątek wiedzą więcej. Nie chodzi o odebranie pucharowiczom przywileju, a o wprowadzenie bardziej partnerskich zasad. Do poniedziałku powinno być wiadomo: gramy albo nie gramy. To i tak ogromny ukłon w stronę pucharowiczów.