Pierwsza połowa? Jeszcze niczego sobie, można nawet powiedzieć, że całkiem wyrównana. Druga? Nieco inna historia i Raków, którego słabości Szwedzi ostatecznie nie wykorzystali. Miał polski zespół swoje przebłyski, parę razy był blisko gola, który mógłby tu sporo namieszać. Do Sztokholmu nie pojedzie jednak jako faworyt, już tłumaczymy dlaczego.
Sam początek starcia to szybka wymiana uprzejmości z lekkim wskazaniem na Raków, bo to Medaliki pokusiły się o pierwszy strzał. Mogło się zresztą wydawać, że Emreli zmarnował dogodną okazję po dośrodkowaniu Ameyawa, ale nic bardziej mylnego. Choć wyskoczył wysoko, piłka była poza jego zasięgiem. Trafił ją, ale szansy na sprowadzenie jej poniżej linii poprzeczki raczej nie miał.
Wtedy, w 7. minucie, zobaczyliśmy też, że Raków ma jeden całkiem niezły pomysł na napoczęcie Szwedów. Długie piłki, początkowo grane przez Svarnasa. To Grek grał na wolne pole do Ameyawa przy wspomnianej akcji. To on parę minut później dostrzegł dobrze pilnującego linii spalonego Makucha, który przyjęciem wygonił się do boku pola karnego.
A potem dostaliśmy kolejny sygnał, że może warto grać z Hammarby prostymi środkami. Rzut wolny, zgranie głową Repki i najlepsza sytuacja Makucha, po której na wyżyny wspiął się Hahn, bramkarz gości.
Raków – Hammarby 0:0. Jedni i drudzy nie chcieli się odkryć
Co tu dużo mówić – niezłe wejście w mecz zaliczył Raków i Szwedzi musieli chwilę poczekać, by dojść do głosu. Cały czas czuć jednak było, że trzeba podchodzić do nich z dużym respektem – jeden błąd w środku pola, jakiś drobiazg, a oni od razu znajdowali się przy piłkarzach trenera Kroczka. Parę razy odzyskiwali piłkę na trzydziestym metrze od bramki Trelowskiego i choć nie rozbili z odbiorów większego użytku, to przecież nigdy nie jest nic dobrego.
Niczym dobrym nie były również problemy zdrowotne kapitana Rakowa. Fran Tudor murawę opuścił w 25. minucie rywalizacji trzymając się wymownie za bark. Już wcześniej było widać, że porusza się po boisku trochę dziwnie, cały czas asekurując bolące ramię. W jego miejsce zameldował się Didi, który od razu znalazł się w trudnym położeniu. Akurat Szwedzi zaczęli przejmować inicjatywę i coraz śmielej poczynali sobie na połowie gospodarzy.
Zorientowali się też, że wystarczy doskoczyć do Svarnasa nieco szybciej i problemu posyłanych przez niego długich piłek nie będzie. Zadanie wyłączenia Greka dostał Adjei i wywiązywał się z niego naprawdę dobrze.
Dyrektor Hammarby: Jeździmy do Afryki 6-7 razy w roku na skauting [WYWIAD]
Nie drzwiami, to oknem? Nie takie proste
Lewą stronę Rakowa Szwedzi zabezpieczyli, więc zespół z Częstochowy przeniósł się na stronę prawą. Tam dobrą robotę robił dośrodkowujący w pole karne Jean Carlos, raz nawet mogący liczyć na wsparcie Didiego, który poszedł z akcją ofensywną w stylu, do jakiego predysponuje go budowa ciała. Bez zbędnych kalkulacji, z przewagą siły nad rywalami i świadomością, że na boisku odbije się od niego większość piłkarzy Hammarby.
Pierwsza połowa składała się jednak w zdecydowanej większości z podobnych temu drobiazgów, których trzeba się było chwytać, by czerpać z oglądania meczu trochę większą przyjemność. Bo do przerwy konkretów było nieco mniej, niż wskazywały na to statystyki – dwa, może trzy warte odnotowania strzały, jeden z nich naprawdę groźny, pod koniec odrobina zamieszania pod bramką Szwedów. Ale to tyle, zdecydowanie za mało, byśmy w pierwszej połowie zobaczyli chociaż jednego gola.
Raków zamknięty. Nerwy w Częstochowie
Druga przyniosła natomiast mocny start Szwedów. Najpierw Didi wrzucony na karuzelę przez Linda, po chwili przez Linda i Perssona. Po dziesięciu minutach od zmiany stron jego stroną poszła też akcja, po której kibice Rakowa bardzo głośno odetchnęli. Bezpańska piłka spadła bowiem w polu karnym Medalików pod nogi niepilnowanego Adjeiego, który huknął z całej siły, ale w światło bramki nie trafił. To były jednak pierwsze znaki rosnącej przewagi Hammarby.
Szwedzi dobrym wejściem w drugą połowę ułożyli sobie zespół z Częstochowy, który przez dobrych kilkadziesiąt minut tańczył tak, jak zagrał mu rywal. Nie pomagały zaordynowane przez trenera Kroczka zmiany, obraz meczu zmienił się szybko i drastycznie. Cieszyć się raczej należało, że Raków nie stracił gola. Remis na własnym stadionie to oczywiście żaden powód do wielkiej radości, ale, wierzcie nam, mogło być gorzej.
Mogło też być trochę lepiej, bo po stałych fragmentach Częstochowianie dochodzili do dogodnych okazji strzeleckich. Nie powinny one oczywiście zaburzyć oceny drugiej połowy, w której Raków miał niezłych najwyżej dziesięć minut. Jasne, był nieuznany gol Racovitana, później Hahna kolejny raz do wysiłku zmusił Makuch, ale to raczej miłe przerywnik dla wszystkich trzymających kciuki za polskie kluby w europejskich eliminacjach. Więcej, jak to się ładnie mówi, z gry, zdawali się mieć goście.
Praca domowa do odrobienia. Choć końcówka była naprawdę solidna
Hammarby nie wywozi z Częstochowy zaliczki, ale w Sztokholmie to szwedzki zespół będzie faworytem całego dwumeczu. Choć po dzisiejszym meczu wiemy, czym mogą Medaliki zaskoczyć swoich rywali. Mają swoje argumenty, nie powinny składać broni, to nie będzie czekanie na wyrok. Bo w gruncie rzeczy wynik tego pierwszego starcia dobrze oddaje to, co działo się na boisku – remis nie powinien nikogo kłuć w oczy. Jedni zostawili lepsze wrażenie, drudzy mieli naprawdę dobre okazje do strzelenia gola. Taki Raków może jakoś, może przy odrobinie szczęścia, Hammarby przejść.
Ale chcielibyśmy w Szwecji Rakowa lepszego. Takiego, który nie pozostawi nas powątpiewających w jego możliwości.
Raków Częstochowa – Hammarby IF 0:0
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix