Smutnie układa się, a w zasadzie nie układa się kariera Filipa Marchwińskiego. Najpierw miał swoje problemy w Lechu, a gdy już je przezwyciężył i zapracował na transfer do Włoch, to zerwał więzadło krzyżowe. Nie pograł nic w Lecce, wrócił do Cracovii i… znów poszło więzadło. 24-letni chłopak, a już tak doświadczony przez urazy i na poważnym zakręcie swojej kariery.
O kontuzji Marchwińskiego jako pierwszy poinformował Piotr Rzepecki z Meczyków. Wiadomo, że taka kontuzja to czołówka najgorszych informacji dla piłkarzy, więc długo poczekamy, zanim znów zobaczymy Marchwińskiego na boisku. A niedawno zapowiadał odważnie w rozmowie z Onetem, mając świadomość, że musi wyprostować swoją pozycję: – Grałem z „10” w Lechu, od dziecka to mój ulubiony numer, dobrze się z nim czuję. Nie sądzę, żeby teraz miał to być jakiś ciężar na plecach. Chcę być liderem Cracovii.
Niestety póki co nim nie będzie, przynajmniej nie na murawie.
Poważny uraz Marchwińskiego. Nadal młody, a już tak doświadczony
Pamiętamy, jak było – Marchwiński na początku swojej drogi dostawał dużo szans w Lechu, ale błyszczał tylko momentami. Strzelił w debiucie z Zagłębiem Sosnowiec (sezon 18/19), potem zdobył zwycięską bramkę z Legią. Natomiast tych błysków przez kolejne – tak naprawdę – lata brakowało i wielu zastanawiało się, dlaczego Lech tak mocno pompuje piłkarza, zamiast wzorem innych swoich graczy wypożyczyć go, bo w Poznaniu mu ewidentnie nie szło.
Kolejorz postawił jednak na swoje i mu się opłaciło, ponieważ piłkarz od wiosny 22/23 zaczął wyglądać tak, jak oczekiwano. Brał na siebie odpowiedzialność, zdarzyło mu się nawet nosić opaskę kapitańską, ale przede wszystkim robił liczby: od wspomnianej wiosny przez półtora roku strzelił w Ekstraklasie 13 goli, dorzucił siedem asyst, pokazał się też w Europie i nawet w reprezentacji, kiedy dołączył do szerokiego grona debiutantów rzucanych do walki przez Michała Probierza.
To wszystko sprawiło, że po Marchwińskiego zgłosiło się Lecce i choć daleko mu było pod względem odstępnego do największych ruchów Lecha (mówiło się o trzech milionach), to i tak trudno było nie zauważyć postępu. Od gracza wypychanego przez kibiców i dziennikarzy na wypożyczenie, do gościa w Serie A od sezonu 24/25.
Ale właśnie… Ile było tej Serie A? Niewiele. 14 minut. Do tego półtorej godziny w Pucharze Włoch i tyle. Trochę posiedział na ławce, trochę leczył mniejsze urazy, aż przyszedł ten najgorszy, zerwanie więzadła i Marchwiński wypadł z rywalizacji, o którą i tak było mu trudno. Leczył się, przeszedł rehabilitację, ale szansy w rozgrywkach 25/26 już w Lecce nie dostał, najdalej gdzie dotarł to znów pozycja siedząca na ławce rezerwowych.
Trzeba było wracać, by się odbudować, Marchwiński wybrał Cracovię i znów to samo. Po 24 minutach w sezonie.
Nie jest to najlepszy moment, by oceniać, na ile byłoby go stać bez kontuzji, natomiast na pewno szkoda, że zdrowie nie pozwala mu na taką rywalizację. Może zrobiłby sensowną karierę, może nie, ale gdyby nie zrobił bez urazów, wiedziałby, że odbił się przez swoje niedoskonałości. A tak? Zawsze będzie mógł się zastanawiać, co by było gdyby.
Pozostaje życzyć szybkiego powrotu do zdrowia i mimo wszystko ciśnięcia z tej kariery, ile się da. Można też zwrócić uwagę, że trochę pecha ma Cracovia: sporo obiecywała sobie po Marchwińskim, ale na przeszkodzie staje jego zdrowie, podobnie było z Bogaczem. Wszedł na 16 minut z Widzewem w minionym sezonie i już było widać, że potrafi grać w piłkę, ale od tego czasu nie widziano go na boisku. Też przez urazy.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix