Wiecie, czego oczekuje się od meczów mistrzostw świata? Co najmniej takiej walki, jaką stoczyli w Miami Norwegowie z Anglikami. To był kawał solidnego spotkania, które, owszem, rozkręcało się powoli, ale ostatecznie dostarczyło wielkich emocji. Było też kolejną okazją do podziwiania niezwykłej umiejętności jednego z Anglików. Jude Bellingham ma bowiem moc wygrywania meczów w pojedynkę, a w ćwierćfinale mundialu znów postanowił objawić ją światu.
Powiedzieć, że początek nie obfitował w szanse, to jakby nic nie powiedzieć. Przez pół godziny jeden strzał – próbował Kane z rzutu wolnego, ale zagrożenia z tego nie było nawet najmniejszego. W tamtym czasie to był dla kibica taki mecz-pułapka. Miał człowiek wrażenie, że coś się dzieje, że tempo niezłe, a potem zdawał sobie sprawę, że wielka przewaga w posiadaniu piłki nie daje Anglikom żadnych wymiernych korzyści. A i kontry Norwegów nie są warte zapamiętania, bo łamią się szybko.
Działo się więc głównie w środku pola i bocznych sektorach. W świetle bramki posucha.
Aż trzęsienie ziemi zafundował Anglikom Andreas Schjelderup.
Norwegia – Anglia 1:2 (1:1). Piękny gol dla dobra widowiska
Cóż to zrobił ten Schjelderup? On jeden raczy wiedzieć. Wydawało się, że to bardziej wrzutka niż strzał, kopnął piłkarz Benfiki całkiem od niechcenia, ale Pickforda wprawił w osłupienie. Z tego miejsca gole padają niezwykle rzadko, takie uderzenie zdarza się raz – jakby to powiedzieli Anglicy – na niebieski księżyc.
𝐂𝐎 𝐙𝐀 𝐆𝐎𝐋❗
𝐀𝐧𝐝𝐫𝐞𝐚𝐬 𝐒𝐜𝐡𝐣𝐞𝐥𝐝𝐞𝐫𝐮𝐩 cudownym strzałem daje Norwegii prowadzenie z Anglią w meczu o półfinał mundialu!
📲 Oglądaj online ▶️ https://t.co/h8de4Yg4Vt pic.twitter.com/HpH8S9770y
— TVP SPORT (@sport_tvppl) July 11, 2026
Ale że wpadło, to od razu dało Norwegom solidny zastrzyk energii, a rywali wgniotło w ziemię na kolejnych kilkanaście minut, aż do samiuśkiej przer…
Nie, właśnie nie. Kiedy bardziej śmierdziało drugim golem podopiecznych Solbakkena, swoim geniuszem popisał się Bellingham. Rozpamiętywaliśmy jeszcze zmarnowaną przez Sorlotha groźną kontrę i wcześniejszy strzał Odegaarda, a piłkarz Realu po prostu doskonalę przyjął kierunkowo, wpakował się z piłką w pole karne i po chwili było 1:1. Mała drzemka Norwegów mogła się dla nich skończyć jeszcze gorzej, bo tuż przed przerwą drogę do siatki znalazł też jeszcze Kane – kapitan Anglików strzelał jednak z pozycji spalonej, więc Nylandowi i jego kolegom z linii obrony z serca spadł pokaźnych rozmiarów kamień. Stratę dwóch bramek w doliczonym czasie pierwszej połowy nazwać należałoby ciężkim frajerstwem. A tak powiemy, że po prostu się Norwegom przysnęło.
Jude Bellingham znów bierze sprawy w swoje ręce!
Piąty gol na mundialu i mamy remis w starciu Anglii z Norwegią!
Zacieramy rączki na drugą połowę!
📲 Oglądaj online ▶️ https://t.co/h8de4Yg4Vt pic.twitter.com/Avh3fO5OcJ
— TVP SPORT (@sport_tvppl) July 11, 2026
Wstrząsy wtórne. Faul Haalanda ratuje Anglików
Jeśli jednak myślicie, że piłkarze ze Skandynawii dalej spali po zmianie stron, jesteście w błędzie. To oni pierwsi dali z siebie trochę więcej pod bramką rywali i – podobnie jak w końcówce pierwszej połowy Kane – musieli obejść się smakiem. Po rzucie rożnym niesamowitym refleksem wykazał się Pickford, który zbił jednak piłkę pod nogi Heggema. Ten zachował się jak rasowy snajper, wpakował piłkę do siatki, tylko że wcześniej miał miejsce faul.
O pozycję walczył Haaland, który w pewnym momencie, jeszcze przed wznowieniem gry z narożnika boiska, odepchnął Andersona i to właśnie nie spodobało się arbitrom odpowiedzialnym za VAR. Rację przyznał im sędzia Turpin, więc zamiast ponownego prowadzenia Norwegii mieliśmy tylko powtórkę rożnego. I przy drugim podejściu golem nawet nie śmierdziało.
Prawdą jest jednak, że Norwegowi byli niezwykle groźni i dobrze odnajdywali się w kotle pod bramką Pickforda. Właściwie za każdym razem, gdy w polu karnym Anglików robiło się trochę gęściej, któryś z piłkarzy w czerwonych koszulkach potrafił piłkę dziubnąć, trącić, by choć trochę nastraszyć obronę i bramkarza rywali. Niewiele było w drugiej połowie momentów, w których piłkarze Thomasa Tuchela mogli czuć się na boisku pewnie – rywale dbali o to, by nie było im zbyt przyjemnie.
Przez długi czas Anglicy nie zagrażali bramce Norwegów, ale kiedy w końcu wybrali się w jej okolice, serce podskoczyło pewnie kibicom ze Skandynawii do gardeł. Z dobrej strony pokazał się Saka, który najpierw w wielkim stylu minął rywala, a zaraz potem dogrywał wzdłuż bramki na piąty metr. Tam czyhali na swoją szansę Kane i Spence, ale ubiegł ich obu Aursnes, ratujący swój zespół z opałów. Tak po prawdzie to była jedyna okazja Anglików w całej drugiej połowie. Świadczy to zarówno o nich, jak i o ich rywalach. Jednych i drugich wysiłki doprowadziły jednak do tego samego – naciskający Norwegowie drugi raz Pickforda nie pokonali, więc przyszło im się zmierzyć z dogrywką.
Niesamowity Bellingham. Błąd Nylanda kosztował Norwegów… wszystko
Pamiętacie, co mówiliśmy o przewadze Norwegów w drugiej połowie? I o niewielkie liczbie szans Anglików? Zapomnijcie. Dogrywka zaczęła się od dwóch strzałów, które wstrząsnęły Solbakkenem i jego podopiecznymi. A przede wszystkim Nylandem, który rozgrywał do dziś świetny turniej, a koniec końców wielu będzie sprowadzać jego mundial do tego jednego błędu. Norweski golkiper chciał łapać piłkę po strzale Rogersa, ale zamiast przytulić do piersi, odbił ją pod nogi – znowu on – Bellinghama.
A nie tak daleko byliśmy od możliwego hat-tricka pomocnika Realu. W polu karnym padał pod naciskiem Bobba Spence, w pierwsze tempo sędzia Turpin wskazał na wapno, piłkę już nawet przywłaszczył gotujący się do wykonania jedenastki Bellingham, ale tu wkroczył VAR. Dobrze zresztą zrobił, bo Spence owszem, wykazał się sprytem, ale faulowany to raczej nie był. Na siłę wciskał nogę przed rywala, byle tylko mieć pretekst do wywrotki i tak też tę sytuację ocenił ostatecznie arbiter.
Jego decyzja dawała nadzieje Norwegom na powrót do meczu i co najmniej karne. Trzeba tylko było odrobić stratę bramki – już jednak bez pomocy Haalanda, którego trener Solbakken posadził na ławce na drugą połowę dogrywki.
Największe „co by było gdyby”. Kabel, który przejdzie do historii
Jeden gol. Tylko tyle i aż tyle. Ostatecznie brakło Norwegom naprawdę niewiele, ale zostawiają oni po sobie doskonałe wrażenie. Ten mundial zapiszą po stronie sukcesów, choć nie w ciągu najbliższych kilku godzin. Teraz będzie niedosyt, złość, może i smutek. A później zdadzą sobie sprawę, że kilkoma meczami za oceanem porwali do charakterystycznego „wiosłowania” nawet podbijające Internet grupy przedszkolaków, które z kraju kibicowały gorąco swoim idolom. Bo na takim mundialowym występie buduje się nie tylko dumę na dziś, na teraz. Wraz z nią rośnie marzenie na przyszłość.
Historia występu Norwegii na tegorocznym mundialu nie może zamknąć się tylko w tym jednym meczu, ale to stadion w Miami będzie jednym z winnych ostatecznej porażki zespołu Solbakkena. A dokładniej – jeden z kabli wiszących nad jego murawą.
Cyrk na mundialu. Nieprawidłowy gol Anglików, pomógł im… kabel
Norwescy dziennikarze piszą, że wybita przez Ørjana Nylanda piłka, trafiła w zawieszony nad murawą kabel od kamery poruszającej się nad boiskiem. Stąd nienaturalny i szybki spadek piłki, co poskutkowało golem na 1:1. Ogromne pretensje o to do sędziów w przerwie miał Solbakken
— Paweł Tanona (@ptanona) July 11, 2026
Kontrowersja? Tak, wielka, może nawet gigantyczna. Przeszkadza to jakoś Anglikom? Umniejsza im? Nie, pewnie, że nie. Oni znowu przeciskają się jakoś do strefy medalowej i mogą marzyć o finale, a po cichu liczyć nawet na to, że futbol, tym razem już naprawdę, wróci do domu. Z wygrywającym takie mecze Bellinghamem można wierzyć w wiele cudów…
Ocena atrakcyjności meczu: 4/5
Zmiany:
Legenda
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix