Prawie trzydzieści lat nie było cię na mundialu, wracasz i w najciekawszym meczu fazy grupowej, o pierwsze miejsce, wystawiasz rezerwowy skład. Stale Solbakken decyzją o wystawieniu rezerwowego składu na Francję wzbudził ogromne dyskusje. Czy tak powinien zachować się selekcjoner drużyny narodowej?
***
Mundiary to nasz pamiętniczek, cykl codziennych tekstów komentujących to, co wydarzyło się na Mistrzostwach Świata 2026.
***
Faza grupowa nowego formatu mundialu przynosi nam niewiele starć na szczycie. Jedną z nielicznych konfrontacji dwóch drużyn z topu był mecz Francja – Norwegia. Większość widzów ostrzyła sobie na to zęby, ale gdy poznaliśmy składy, okazało się, że z konfrontacji Kyliana Mbappe z Erlingiem Brautem Haalandem nici. Stale Solbakken wymienił dziesięciu zawodników wyjściowego składu, więc Francja zagrała z Norwegią B.
Mistrzostwa Świata 2026. Norwegia – Francja w rezerwowym składzie
Norwegowie nie są rzecz jasna pierwszym w historii zespołem, który zdecydował się rzucić na boisko zmienników. Nawet na aktualnych mistrzostwach świata odpocząć swoim podopiecznym dał Mauricio Pochettino. Amerykanie – jakby nie patrzeć: gospodarz turnieju – wyszli na Turków drugim garniturem. Larum z tego tytułu nie było. Można się spodziewać, że na podobny manewr zdecyduje się jeszcze ktoś spośród tych, którzy zwycięstwami zapewnili sobie spokój.
Sytuacja reprezentacji Norwegii była o tyle inna, że chociaż awans mieli pewni, to wcale nie grali o nic. Stawką meczu z Francją było pierwsze miejsce w grupie. Zwycięzca zgarniał wszystko i nie była to mała stawka. Na szali leżały dwie ścieżki dalszego uczestnictwa w turnieju:
- wygrana gwarantowała mecz ze Szwedami w następnej rundzie i potencjalne spotkanie z Niemcami (lub Paragwajem) w 1/8 finału;
- porażka oznaczała mecz z Wybrzeżem Kości Słoniowej w następnej rundzie i potencjalne spotkanie z Brazylią (lub Japonią) w 1/8 finału.
Dlaczego więc Norwegowie wystawili dziesięciu zmienników i w zasadzie wywiesili białą flagę, godząc się na drugi scenariusz? Tłumaczy się, że zerknęli na obydwie możliwości i stwierdzili, że nie ma wielkiej różnicy. Do tego: że Francję ciężko byłoby pokonać nawet w nominalnie najsilniejszym składzie. Wreszcie: że wyniki testów zmęczeniowych oraz stan zdrowia zawodników zasugerowały selekcjonerowi, że skoro i tak zmierza na przegraną bitwę, to niech przynajmniej da drużynie odpocząć.
Norwegia – Francja: na ten hit czekał cały kraj
Stale Solbakken stwierdził, że dla niego była to decyzja z rodzaju „no-brainer”, czyli nie musiał się nad nią dwa razy zastanawiać. W grze nie było nawet istotnej różnicy pod względem pokonanych odległości – gdyby Norwegowie zagrali o zwycięstwo i gdyby im się to udało, nie oszczędziliby wiele czasu oraz kilometrów.
W tym wszystkim jest jednak jeszcze piłka nożna. Przede wszystkim jest w tym piłka nożna. Oburzenie na Norwegów nie spadło z powodu tego, że próżny lud oczekiwał rozgrywki, walki Haaland vs Mbappe i został rozczarowany.
Oburzenie dotyczy tego, że wkalkulowane porażki na imprezie rangi mistrzowskiej są sprzeczne z duchem sportu. W ogóle: kalkulacja, która doprowadza cię do przegrania, jest sprzeczna z duchem sportu. Niezależnie od tego, czy chodzi o mundial, czy Puchar Pasztetowej.
Gdzieś w tym są też kibice. I ci, którzy na stadionie w Foxborough śpiewali, że „chcą Haalanda” i ci, którzy zostali w domu. Dla wracających na wielki turniej po 26 latach (na mundialu po raz ostatni byli we Francji, ale potem zahaczyli jeszcze o mistrzostwa Europy) Norwegów spotkanie z Francją było pierwszym prestiżowym meczem mistrzowskim. I – tak się też złożyło – pierwszym, który można było obejrzeć w dogodnym terminie. Terminarz Norwegów wyglądał bowiem tak:
- Irak – czwartek o północy,
- Senegal – wtorek o drugiej w nocy,
- Francja – piątek, godz. 21:00.
Miliony Norwegów miały więc szansę zobaczyć swój zespół w hicie mistrzostw świata. I zaserwowano im rezerwy.
Solbakken: Chcemy zostać na mundialu jak najdłużej
Z której strony nie spojrzeć – nie wygląda to dobrze dla Norwegii, dla Stale Solbakkena. On sam przyznawał, że kibice byli jedynym, co sprawiało, że miał jakiekolwiek wątpliwości. Natomiast na końcu nie sprawiło to, że selekcjoner przemyślał sprawę i zmienił zdanie.
– Chcieliby pewnie zobaczyć Erlinga czy Martina, ale nie mieliśmy wątpliwości. Mam nadzieję, że odrobimy to w następnych tygodniach. Daliśmy kibicom kilka zwycięstw i szansę na to, żeby oglądali nas na turnieju dłużej. O to nam przede wszystkim chodziło. Nie jesteśmy naiwniakami, nie przyjechaliśmy tu dla zabawy. Chcemy zostać na mundialu najdłużej, jak się da. Nie chciałbym siedzieć w samolocie powrotnym i głowić się nad tym, czy zrobiłem wszystko, żeby tak się stało – wyjaśniał.
Solbakken uważał, że cała defensywa i pomoc była wyraźnie zmęczona po meczu z Senegalem. Jeśli pamiętacie obrazki sprzed mundialu i narzekających na upały Norwegów – fakt, w takich warunkach mogli mieć dość. Nawet jeśli słusznie wydaje się, że sytuację fizyczną chyba trochę podkolorowano, żeby wytłumaczyć tak rezerwowy skład. Niemniej, nawet jeśli tak, to Norwegowie sami dali sobie komfort decyzji i wyboru, wygrywając dwa pierwsze spotkania.
Czy mi się to podoba? Ani trochę. Nie mogę jednak odmówić Stale Solbakkenowi odwagi. Nie poszedł w PR, nie chciał zadowalać wszystkich dookoła, tylko siebie i piłkarzy. W zasadzie: najważniejsze osoby, które trzeba zadowolić w tym fachu. Musiał mieć stalowe jaja, żeby podjąć taką decyzję, świadomy tego, że jeśli ścieżka, na którą Norwegia wpadła po porażce z Francją, okaże się dla niej zbyt trudna, sprawa wróci do niego ze zwielokrotnioną mocą.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
SZYMON JANCZYK
fot. Newspix