Od Stabile do… Messiego? Kto strzelał najwięcej na mundialach

Sebastian Warzecha

22 czerwca 2026, 15:59 • 17 min czytania 1

Reklama
Od Stabile do… Messiego? Kto strzelał najwięcej na mundialach

Już pierwsze mistrzostwa świata w historii wysoko zawiesiły poprzeczkę kolejnym zawodnikom, goniącym za tytułem najskuteczniejszego gracza w historii mundiali. A im dalej w historię, tym trudniejsze stawało się to wyzwanie. Możliwe jednak, że już dziś przebita zostanie kolejna granica. A kandydatów jest dwóch: jednemu wystarczy gol, drugi potrzebuje hat-tricka. Czy któryś faktycznie pobije Miroslava Klose? I czy jeszcze na tym mundialu pęknie dwudziestka – magiczna w tej kategorii liczba?

Reklama

Messi i Mbappe o krok od historii. A kto pisał ją wcześniej?

Ile bramek na mistrzostwach świata to dużo? Zapewne zależy kogo spytać. Jeśli odpowiadać na to pytanie będzie ktoś z mocnej kadry – Niemiec, Francuz, może Brazylijczyk – perspektywę będzie mieć zupełnie inną od Kolumbijczyka czy Meksykanina, a co dopiero Czecha, Bośniaka czy Haitańczyka. Każda kadra ma własną opowieść.

Każdy zawodnik – też.

Wielu spośród największych piłkarzy w dziejach grało na jednym mundialu. Inni na dwóch, trzy mistrzostwa to już sporo. Ewenementem przez lata (bo dziś się to zmienia) byli piłkarze, którzy zaliczali cztery mundiale, a co dopiero pięć czy sześć – jak Leo Messi i Cristiano Ronaldo w tym roku. Do tego kiedyś grano mniej, ale – to argument przeciwstawny – strzelano więcej. Piłka była bardziej otwarta, goli padało mnóstwo.

Łatwo to udowodnić – od 1958 roku nie było mistrzostw ze średnią goli ponad 3 na mecz. Wcześniej było to normą. Niemniej: wielcy napastnicy z dawnych lat też musieli mieć ten zmysł – gdzie stanąć, żeby dostać piłkę. Przewidywanie sytuacji, a potem wykorzystywanie ich – to było, może nawet bardziej niż dziś, kluczowe. I to głównie o takich postaciach będzie to opowieść. Opowieść o tym jak rozwijał (a czasem: jak stał w miejscu) rekord, który należał do ledwie garstki osób.

Reklama

I który od 12 lat trwa nieporuszony. Zdaje się jednak, że to jego ostatnie chwile.

1930. Pierwsze gole

Oczywistym było, że rekord padnie na pierwszych mistrzostwach, w Urugwaju w roku 1930. Pytaniem pozostawało: jak okazały będzie? Trudno zresztą było o skalę – nikt nie wiedział, ile tak naprawdę bramek, to będzie na mistrzostwach dużo. Dopiero z perspektywy czasu wiemy, że Guillermo Stabile naprawdę go wyśrubował – pewnie nawet on sam nie spodziewał się, że jego wynik przetrwa 20 lat.

(Choć można poczynić odważne założenie, że gdyby nie II wojna światowa, zostałby pobity szybciej, bo już w 1938 roku został wyrównany).

Reklama

Pierwszym, historycznym strzelcem gola na mundialach – a zatem i pierwszym rekordzistą klasyfikacji strzelców – był Lucien Laurent. Trafił na, oczywistość, 1:0 w starciu swojej Francji z Meksykiem. To była 19. minuta – ledwie cztery minuty później, w rozgrywanym równocześnie meczu, gola zdobył Bertie McGhee z USA, którego tych kilka minut dzieliło od zapisania się złotymi zgłoskami w zeszytach wszystkich historyków i statystyków futbolu.

Niespełna półtorej godziny później rekord wyśrubowano do dwóch bramek – i znów zrobił to Francuz, konkretnie: Andre Maschinot. Jego gole dały Francuzom prowadzenie 3:0, a potem 4:1. Był to więc pierwszy dublet w historii mistrzostw świata. A przy okazji – jedyne gole Maschinota w kadrze Francji, w której rozegrał zresztą ledwie pięć spotkań. Laurent zresztą też strzelił w kadrze ledwie dwa razy, choć grał dla niej dziesięciokrotnie (mógł więcej – pierwotnie powołano go na MŚ 1934, jednak z powodu kontuzji nie mógł wziąć w nich udziału). W jego biografii znalazło się też miejsce na służbę w trakcie II wojny światowej, trzy lata bycia jeńcem wojennym w Saksonii, a także… ujrzenie na własne oczy, jak Francja wreszcie zdobywa mistrzostwo świata w 1998 roku.

Był wtedy jedynym żyjącym francuskim uczestnikiem urugwajskich mistrzostw. Zmarł dopiero w 2005 roku, mając 97 lat.

Rekord Maschinota długo nie przetrwał. 17 lipca – cztery dni po meczu Francja – Meksyk – do roboty wziął się Ivan Bek z Jugosławii. Choć w zasadzie zrobił to już 14 lipca, w pierwszym meczu swojej reprezentacji: strzelił wtedy bramkę na 2:0 przeciwko Brazylii, a Jugosławia wygrała ten mecz 2:1. Trzy dni później ekipa z Europy bez trudu ograła Boliwię, 4:0, a Bek zdobywał pierwszą i trzecią bramkę w tym meczu. Łącznie dobił więc do trzech (a w kadrze ogółem strzelił cztery).

Reklama

Swoją drogą po 1931 roku nigdy nie zagrał już w reprezentacji Jugosławii, za to w latach 1935-1937 kilka razy wystąpił dla… Francji. Grał tam wówczas już od kilku lat, głównie dla FC Sete, z którym zdobył podwójną koronę, a potem AS Saint-Etienne, gdzie w trzech sezonach na poziomie drugiej ligi zdobył niemal 80 goli.

Jeszcze tego samego dnia wtrącił się w to wszystko Bert Patenaude i to, uwaga, Amerykanin, a więc zawodnik z USA, był kiedyś najlepszym strzelcem w historii mundiali! Reprezentacja Stanów Zjednoczonych swój mecz zaczynała tuż po tym, jak skończyło się spotkanie Jugosławii. Grała z Paragwajem i tak, jak w pierwszym meczu – z Belgią – tak i teraz wygrała 3:0. Z Belgami Patenaude trafił raz, ustalając wynik. Przeciwko Paragwajowi zdobył za to hat-tricka. Uwaga – pierwszego w historii mistrzostw świata!

Reklama

Jeszcze na tym samych mistrzostwach padną dwa kolejne. Ale to Amerykanin zaliczył tego historycznego, choć przez lata było to kwestią podnoszonych dyskusji, bo drugiego gola w tym spotkaniu zapisano pierwotnie Tomowi Floriemu – przynajmniej w kronikach FIFA, bo amerykańska federacja od początku przyznawała go Bertowi.

I w 2006 roku światowa federacja też uznała – po, jak sama pisała, konsultacjach z historykami, fanami i długim researchu (istotny był tu m.in. Colin Jose, historyk amerykańskiej piłki nożnej oraz Arnie Oliver, rezerwowy w kadrze USA na tamtym mundialu) – że to jednak gol Patenaude’a. 32 lata po jego śmierci, ale jednak – dożył tego jego syn, a także wnuk, który lubował się w czytaniu o golach dziadka (a ten sporo nastrzelał ich w krajowych zespołach, w kadrze grał jednak tylko na tamtych mistrzostwach).

Dla nas to niezwykle ważna zmiana – oznacza, że Patenaude nie tylko wyrównał, ale i przebił Beka. Przez kilka dni był najlepszym strzelcem mundiali w historii.

A potem przyszedł czas Guillermo Stabile.

Reklama

Standard wyznaczony

Genialny był to napastnik, jeden z najlepszych w tamtym okresie na całym świecie. Był też wśród pierwszych, co wyjechali z Ameryki Południowej do Europy (w 1930 roku, od razu po mundialu, trafił do włoskiej Genoi, potem grał w Napoli i francuskim Red Star 93). Jego najlepsze lata kariery to jednak dekada w rodzimym Huracanie, w którym grał w latach 1920-1930 i dla którego zdobył ponad sto goli. W kadrze Argentyny grał jednak tylko na tym mistrzostwach z 1930 roku.

I to nie we wszystkich meczach! Ominął pierwszy, przeciwko Francji, wyszedł dopiero na spotkanie numer dwa, z Meksykiem, podobno dlatego, że Roberto Cherro miał ataki paniki. W każdym razie: Argentyna wygrała 6:3, Stabile trafił trzykrotnie – przez lata to właśnie jego uważano za zdobywcę pierwszego hat-tricka w historii mundiali. W kolejnym meczu – przeciwko Chile, 22 lipca – Stabile trafił dwukrotnie, w 12. i 13. minucie.

Już był najlepszym strzelcem w historii mundiali.

Guillermo Stabile

Reklama

Guillermo Stabile. Fot. Wikimedia

Nie zatrzymał się jednak. W demolce, jaką w półfinale urządzili Argentyńczycy reprezentacji USA (6:1), trafił dwukrotnie. Do tego dołożył gola na 2:1 w finale z Urugwajem, który jednak jego kadra sensacyjnie przegrała (2:4). On mógł jednak czuć pewną satysfakcję – w ledwie czterech meczach trafił do siatki ośmiokrotnie. Drugi Pedro Cea – Urugwajczyk – zanotował na tamtym mundialu pięć trafień. Stabile mu odjechał, a potem wyjechał – do Europy, jak już wspomniano.

A jego osiem bramek na mundialu miał pozostać wyznacznikiem na kolejne trzy edycje.

Pogoń za dziesiątką

Rok 1934 nie przyniósł przetasowań na listach strzelców. Najlepszym na tamtych mistrzostwach okazał się Czech(osłowak) Oldrich Nejedly, zdobywca pięciu goli (FIFA zapisała mu piąte z tych trafień dopiero w 2006 roku, ale nie wszyscy historycy się z tym zgadzają, uznając, że Nejedly strzelił cztery bramki i miał ich tyle, co Edmund Conen z Niemiec i Włoch Angelo Schiavio). Wielki to był strzelec, swoją drogą, cztery lata później też grał na MŚ i dołożył jeszcze dwa trafienia.

Reklama

Byłby więc wówczas drugi w dziejach, tuż za Stabile, gdyby nie fakt, że rozszalał się na tamtych mistrzostwach dobrze kojarzony przez polskich fanów Leonidas da Silva. Brazylijczyk trafił do siatki rywali siedmiokrotnie – mistrzostwa zaczął od hat-tricka z Polską (to ten mecz, który przegraliśmy 5:6 po dogrywce, a decydującą bramkę zdobył właśnie Leonidas), potem trafił raz z Czechosłowacją i… kolejny raz z Czechosłowacją w powtórzonym po remisie meczu. No i wreszcie w starciu o trzecie miejsce dorzucił dwa gole, wraz z kolegami dając Brazylii brąz.

Łącznie dało to siedem goli, ale jednego zdobył już cztery lata wcześniej, dobił więc do ośmiu – tylu, ile miał Stabile.

Przez kolejnych 12 lat Leonidas dzierżył ten rekord razem z Argentyńczykiem. Swoją drogą Brazylijczyk grał – i to całkiem skutecznie – akurat do 1950 roku, gdy odbyły się kolejne mistrzostwa świata. Był też jedną z pierwszych wielkich gwiazd piłki. Otwarty na fanów, uśmiechnięty, stał się niezwykle popularny i otrzymał sporo propozycji reklamowych w ojczyźnie, część przyjął, inne pośrednio (sprzedał na przykład prawa do hasła „Czarny Diament”, jak go zwano, wytwórcy czekolady – produkt o tej nazwie stał się hitem). Po latach został reporterem i… właścicielem sklepu meblarskiego.

W 1950 roku kończył jednak karierę piłkarza, zaczynał trenera, bo przez chwilę był i nim, a do jego ojczyzny przyjechały mistrzostwa świata. A na nich największą gwiazdą stał się Ademir, kolejny z Brazylijczyków.

Reklama

Swoje strzelanie zaczął już w pierwszym meczu z Meksykiem, gdy trafił do siatki dwukrotnie. Niczego nie dołożył w rywalizacji ze Szwajcarią (2:2), ale otworzył wynik starcia z Jugosławią (2:0), które decydowało o tym, kto awansuje do kolejnej fazy rozgrywek. Popisem Ademira stały się dwa mecze fazy finałowej, gdy Brazylia najpierw 7:1 ograła Szwecję, a napastnik trafił do siatki czterokrotnie, a potem starcie z Hiszpanią (6:1), gdy zdobył dwa gole. W obu przypadkach to on otwierał wynik spotkań.

I może to jego bramki zabrakło w meczu o tytuł – ale nie finale, tego wówczas nie grano! – gdy w ostatniej kolejce rundy finałowej Brazylia rywalizowała z Urugwajem i wystarczał jej remis. Trafił wtedy Friaca, w 47. minucie, ale potem miało miejsce słynne maracanazo – rywale trafili w 66. (Juan Alberto Schiaffino) oraz 79. minucie (wielki Alcides Ghiggia). Cała Brazylia zamarła wówczas w szoku, a dla Ademira marnym pocieszeniem zostało to, że zdobył tytuł króla strzelców. Istotny, bo do siatki trafił wtedy dziewięciokrotnie.

A dziewięć razy znaczy – nowy rekord! W dodatku Ademir dorzucił do tego sześć asyst, zgarniając łącznie 15(!) punktów w klasyfikacji kanadyjskiej (to też rekord, który wyrównał… a zresztą, za chwilę pojawi się i to nazwisko). Wielki był to piłkarz, ponoć doskonały technik i drybler, niezwykle zwrotny oraz szybki. Skończył jednak bez złota mistrzostw świata – ostatni mecz w kadrze rozegrał w 1953 roku, mając 31 lat. Brazylijczycy bez niego przegrali w 1/4 kolejnego mundialu z doskonałymi wówczas Węgrami… którzy w pewnym sensie podzielili ich los.

Reklama

Śrubowanie rekordu

Lata 50. były czasem wielkich napastników. I wielkiej reprezentacji Węgier, która w 1954 roku powinna była wygrać tytuł, ale go nie wygrała. O finale z RFN napisano już w zasadzie wszystko: o sprycie Niemców, którzy mieli odpuścić mecz grupowy; o specjalnie przygotowanych na ten mecz korkach; o tajemniczych zastrzykach; o urazie Ferenca Puskasa, najlepszego z Węgrów; o niesprzyjającej Węgrom pogodzie.

I tak dalej, i tak dalej. Zapomina się jednak często o jednym wątku: że w meczu o tytuł – tak jak Ademir cztery lata wcześniej – gola nie strzelił Sandor Kocsis.

To było jedyne spotkanie tamtych mistrzostw, w którym nie trafił. Złota Głowa, jak go nazywano, był snajperem idealnym. Zawsze tam, gdzie spadnie piłka, zawsze gotów wbić ją do bramki. Często głową, wiadomo, stąd pseudonim. Obok Puskasa był pewnie największym z tamtych Węgrów, potem trafił zresztą do Barcelony, gdy Ferenc brylował w Realu Madryt. Ale i tam miał pecha do finałów – z Dumą Katalonii przegrał rywalizację o tytuł w Pucharze Mistrzów.

Wróćmy jednak do mistrzostw świata. Węgrzy jechali tam po złoto, brylował Puskas, ale to Kocsis był tym odpowiedzialnym za strzelanie. Już na otwarcie, z Koreą Południową, trafił trzykrotnie. RFN – jeszcze w grupie – dostało od niego cztery bramki. Dwie kolejne dołożył Brazylii w ćwierćfinale, w tak zwanej Bitwie pod Bernem. A potem jeszcze dwa kolejne w dogrywce z Urugwajem, to one dały Węgrom awans.

Reklama

CZYTAJ TEŻ: CUD W BERNIE. „FINAŁ PROCESU POWSTAWANIA NIEMCÓW Z KOLAN” [WYWIAD]

A Kocsisowi status najlepszego strzelca w historii mistrzostw świata. Pierwszy gol – na 3:2 – był bowiem 10. trafieniem Węgra w turnieju. Jako pierwszy przebił tę magiczną granicę. Drugi, ustalający wynik spotkania, był jego 11. i ostatnim. W finale – jako się rzekło – nie trafił. A bez jego gola Węgrzy sensacyjnie przegrali 2:3 z RFN. Potem uciekł z ojczyzny, jak wielu innych. Nigdy nie zagrał już na mistrzostwach świata, jego licznik stanął więc na 11 golach.

A rekord utrzymał się tylko cztery lata. Bo w 1958 na szwedzkich boiskach zjawił się zupełnie niespodziewany bohater.

Urodził się w Maroku, matka z pochodzenia była Hiszpanką. Był stosunkowo niski, ale imponował instynktem, czuciem gry. Świetnie posługiwał się obiema nogami, był znakomitym snajperem. Jeszcze na początku lat 50. rozegrał mecz w barwach Maroka przeciwko… Francji B. Było to w Marsylii, a Just Fontaine – choć przegrali 0:3 – zaimponował na tyle, że sięgnęli po niego włodarze z Nicei. Szybko stał się tam ważnym punktem zespołu, imponując skutecznością.

Reklama

Już w grudniu 1953 roku Fontaine zadebiutował we francuskiej kadrze, ale potem długo w niej nie grał. Z Niceą za to zdobył tytuł mistrza kraju, po czym przeszedł do znacznie Stade de Reims, które w lidze było 10., ale dopiero co grało w finale Pucharu Mistrzów. Zastąpić miał tam Kopę, który właśnie odszedł do Realu, czyli pogromcy Reims w rzeczonym finale. Grał dobrze, strzelał dużo, ale wciąż niespecjalnie łapał się do kadry. Przed mistrzostwami świata w 1958 roku miał na liczniku pięć meczów w jej barwach.

Na mundial miał nawet nie jechać. Ale dowołano go, bo kontuzji doznał Tadeusz Cisowski (sam Fontaine mówił o nim, że to „geniusz”). A Just skorzystał z szansy. Podwójnej, bo pierwotnie miał być rezerwowym – ale w sparingu przed MŚ kontuzji doznał Rene Bliard. Fontaine wskoczył do składu. I zrobił to w sposób absolutnie wyjątkowy. Bo tak:

  • Paragwajowi, na otwarcie, strzelił trzy bramki, a Francja wygrała 7:3.
  • Jugosławii wpakował dwa gole, choć Francuzi przegrali 2:3.
  • Szkocji, w meczu o awans, strzelił raz, na 2:0, a Francuzi wygrali 2:1.
  • Irlandii Północnej, w ćwierćfinale, strzelił dwie bramki, Francuzi wygrali 4:0.
  • Z wielką Brazylią trafił raz, Francuzi przegrali 2:5.
  • Niemcom Zachodnim, w meczu o 3. miejsce, strzelił cztery gole(!), Francuzi wygrali 6:3 i zdobyli brąz.

Łącznie? 13 bramek, najwięcej w historii na jednym turnieju o mistrzostwo świata. Jego trzeci gol z Niemcami był nowym rekordem, a potem – w 89. minucie – jeszcze ten wynik minimalnie wyśrubował (dołożył też dwie asysty, wyrównał więc rekord Ademira – 15 udziałów przy bramkach). To był jego turniej, a brąz, który – na spółkę z Kopą, autorem trzech goli i dziewięciu(!) asyst – w dużej mierze zapewnił Francuzom właśnie on, został uznany za ogromny sukces. Trójkolorowi jechali bowiem do Szwecji bez wielkich oczekiwań. Medal został przyjęty z ogromnym entuzjazmem.

Reklama

Fontaine niestety, podobnie jak Kocsis, na mundialu więcej już nie zagrał. Dwa lata po mistrzostwach doznał pierwszej poważnej kontuzji, a w kolejnych latach te zdarzały mu się coraz częściej. Mundial z 1958 roku był szczytem jego kariery i, jak się okazało, jednym z ostatnich jej wielkich momentów. Potem zawiodło zdrowie.

Tak to już bywa.

Najlepszy snajper w historii

Rekord Fontaine’a przetrwał 16 lat. Po drodze zbliżało się do niego kilku piłkarzy, ale żaden nie dał rady. Do 10 goli na mistrzostwach dobił Helmut Rahn, bohater RFN z finału z 1954 roku (strzelił w nim dwa gole), który grał też na mundialu cztery lata później. Eusebio, genialny Portugalczyk, na mistrzostwach pojawił się raz, w 1966 roku, i zdobył dziewięć goli, pomagając swojej reprezentacji zdobyć brąz (9 goli w 6 meczach to wyrównanie wyniku Ademira z 1950 roku). Popisem Eusebio był szczególnie ćwierćfinał przeciwko Korei Północnej (5:3), gdy trafił do siatki czterokrotnie – choć dwa razy z karnego.

Lata 1958-1970 to też, oczywiście, rozkwit Pelego. Wielki Brazylijczyk trafiał na mundialach 12 razy. Dokładali się też jego koledzy z reprezentacji. Do 9 goli dobił Vava, który grał na mundialach w 1958 i 1962 roku. Tyle samo trafień zaliczył Jairzinho, jeden z bohaterów MŚ 1970, który trafiał na nich w każdym meczu. Dziewięć goli zdobył też Uwe Seeler, który – jak Pele – grał od 1958 do 1970 roku.

Reklama

Ale żaden z nich nie pobił rekordu Fontainte’a. Zrobił to dopiero rodak Seelera.

Możliwe, że był najwybitniejszym napastnikiem w pełni definicji tego słowa. Zawsze tam, gdzie piłka, zawsze gotów wepchnąć ją do bramki. Nieźle dryblował, to fakt, wzrost sprawiał, że miał nisko ustawiony środek ciężkości. Nie był najszybszy w biegu, ale genialnie przyspieszał. Urywał się obrońcom, omijał ich, zmieniał w pół sekundy miejsce pobytu w polu karnym. No i miał ten niezwykle szybki, sprawny umysł, zmysł do ustawiania się.

Liczyły się dla niego bramki. To był cel jego boiskowej egzystencji. I potem już każdego napastnika, każdego lisa pola karnego porównywano do Gerda Muellera.

Mueller wielki był w klubie, bo dla Bayernu nastrzelał 570 goli (z czego 365 w Bundeslidze, za co dwukrotnie zdobywał Europejskiego Złotego Buta), ale i w reprezentacji. Dla RFN strzelił 68 goli w… 62 meczach. Aż 14 z tych trafień przypadło na mundiale – a Niemiec grał tylko na dwóch. W 1970 roku z reprezentacją zdobył brąz. Trafiał wówczas w każdym meczu… poza tym o medal. W grupie wbił bramkę Maroku i po trzy Bułgarii oraz Peru. W ćwierćfinale raz trafił przeciwko Anglii (w 108. minucie, na wagę wygranej), a w półfinale dwukrotnie przeciwko Włochom, w szalonej dogrywce, po której reprezentanci Italii wygrali 4:3.

Reklama

Łącznie zdobył 10 goli. Co naturalne, został królem strzelców tamtego turnieju.

W 1974 roku, na rodzimych boiskach, strzelał rzadziej. W grupie – tylko Australii, w wygranym 3:0 meczu. Nie trafił z Chile (1:0) i z NRD (0:1). W drugiej fazie grupowej zaczął jednak być absolutnie kluczowy. Z Jugosławią (2:0) ustalił wynik. Ze Szwecją (4:2) gola nie zdobył, ale dał partnerom trzy(!) asysty. A w meczu z Polską – o czym dobrze wiedzą wszyscy tutejsi kibice – strzelił na rozmokłej murawie jedynego gola.

Dał więc Niemcom Zachodnim awans do wielkiego finału. A w nim znów trafił W 43. minucie, na 2:1. To był ostatni gol tego meczu, gol ustalający wynik i dający Niemcom tytuł. A przy okazji – gol numer 14 w mundialach. Nowy rekord. Mueller wskoczył ponad Justa Fontaine’a w najlepszym możliwym momencie. Choć wtedy pewnie stało to daleko na liście jego powodów do radości.

Reklama

XXI wiek, czyli rekord dzisiejszy

Do Muellera długo nie zbliżył się nikt z wielkich. Gary Lineker dobił do 10 bramek. Na tylu też zatrzymali się Gabriel Batistuta, Teofilo Cubillas i Grzegorz Lato. Do 11 dobił kolejny ze znakomitych niemieckich snajperów – Juergen Klinsmann. Nikt jednak nie był Niemca nawet blisko… aż strzelać zaczął pewien Brazylijczyk. Zwał się Ronaldo i był na czterech mundialach, choć grał na trzech. W 1994 roku tylko z ławki przyglądał się, jak jego koledzy zdobywają Puchar Świata.

Ale w 1998 był już wielki. W grupie trafił z Marokiem, w wygranym 3:0 meczu. W 1/8 finału dwa razy pakował piłkę do siatki z Chile, a w półfinale oberwała od niego Holandia. Do czterech goli dołożył trzy asysty, ale w meczu o tytuł – to dobrze znana historia – dopadła go wielka niemoc, przez moment wydawało się, że nawet na niego nie wyjdzie. Wyszedł, zagrał słabo, jak i cała Brazylia. Zdobył więc tylko srebrny medal.

Na złoto nie czekał jednak długo, a w 2002 roku był niezwykle skuteczny. Właśnie: skuteczny. Nie zachwycał tak jak w 1998 roku, ale po wielu perypetiach zdrowotnych odbudował się fenomenalnie i do maksimum wykorzystywał swoje szanse. Gol z Turcją, gol z Chinami, dwa gole z Kostaryką, gol z Belgią w 1/8 finału – to jego dorobek z wczesnych faz. Potem nie trafił z Anglią i to jedyny taki mecz w całym turnieju.

Reklama

A w półfinale i finale zdobył trzy gole. Czyli tyle, co… cała Brazylia. W dwóch najważniejszych meczach trafiał dla Canarinhos bowiem tylko Ronaldo. Łącznie zdobył osiem bramek, choć trzeba tu podkreślić, że o jednego gola przeciwko Kostaryce Brazylijczycy kłócili się z FIFA i federacja ostatecznie zmieniła jego klasyfikację z trafienia samobójczego na trafienie R9. W każdym razie: miał w tamtym momencie już 12 goli na mundialu na koncie.

W 2006 roku dołożył trzy. Idealnie tyle, ile potrzebował do pobicia rekordu. Dwa razy trafił wówczas w ostatnim meczu grupowym, z Japonią. A potem otworzył wynik 1/8 finału z Ghaną. To była już 5. minuta, świetnym prostopadłym podaniem obsłużył go Kaka, a Ronaldo w swoim stylu wybiegł na pozycję, ominął golkipera i władował piłkę do pustej bramki. To było sto procent Fenomeno, jego znak firmowy, idealny gol na ustanowienie rekordu. Z Ghaną R9 jednak nic więcej już nie dołożył, a w ćwierćfinale Brazylia nie była w stanie przełamać francuskiej defensywy (0:1).

Licznik stanął więc na 15 bramkach, bo czwartego mundialu Ronaldo nie zaliczył.

Na dokładnie tyle pojechał jednak Miroslav Klose. Niemiec o polskich korzeniach lubił ciułać bramki co mistrzostwa. Zaczął w 2002 roku i to świetnie – w grupie zdobył pięć goli, choć aż trzy w demolce, jaką Niemcy zgotowali Arabii Saudyjskiej (8:0). Potem jednak już nie strzelał, w fazie pucharowej nie pokonał bramkarzy rywali ani razu i możliwe, że to choćby jego trafień zabrakło w finale z Brazylią, gdy triumfowali Canarinhos, a dwa gole zdobył Ronaldo.

Reklama

Rok 2006? Klose znów wielki w grupie – dwa razy trafił z Kostaryką, dwukrotnie też z Ekwadorem, nie strzelił tylko Polsce. Ale w fazie pucharowej jeszcze raz się zaciął – ta dla niego to cztery mecze i tylko jeden gol: z Argentyną. Ważny, bo dający dogrywkę i późniejsze karne, które Niemcy wygrali. W półfinale Miro jednak niczego nie ustrzelił, podobnie w meczu o brąz. W 2010 roku wreszcie działał i w meczach późniejszych. Tym razem kiepsko było w grupie – trafił raz (z Australią), ale oddał to w meczu z Anglią (1/8 finału, 1 gol, Niemcy wygrali 4:1) i, znowu, Argentyną (1/4, dwa gole, Niemcy wygrali 4:0). Hiszpanom jednak gola nie wpakował… ale nie zrobił tego nikt w fazie pucharowej. Można mu to wybaczyć.

W tamtym momencie miał na koncie 14 trafień. O jedno mniej od Ronaldo i pytaniem pozostawało, czy pojedzie na kolejny mundial.

Pojechał. Jako rezerwowy, ale był w Brazylii.

Reklama

Rekord wyrównał już w grupie, gdy w 71. minucie dał Niemcom remis (2:2) i w konsekwencji punkt do tabeli. Z USA jednak gola nie zdobył. Podobnie z Francją w ćwierćfinale (nie grał w 1/8). Zrobił to jednak w być może najsłynniejszym meczu w historii mundialu. Niemcy kontra Brazylia, na Maracanie. Półfinał mistrzostw świata. I absolutna, niezwykła demolka. 7:1, wielki wynik, a Klose dołożył się do niego jedną bramką. To była 23. minuta, Miro dobił swój własny strzał i podwyższył wtedy wynik na 2:0.

Miał 16. gola. Miał rekord. Jeszcze aktualny.

***

Po 12 latach Miroslav Klose został dogoniony. Przez największego, bo do 16 trafień już w pierwszym meczu mundialu w USA, Meksyku i Kanadzie dobił Lionel Messi. 14 goli ma z kolei Kylian Mbappe i zapewne za moment też Niemca „złapie”. Pytaniem pozostaje, czy obaj zrobią to już tego wieczora i nocy polskiego czasu, czy może na moment jeszcze Klose będzie w tej klasyfikacji pierwszy?

Bo że w końcu z tego miejsca zleci – jeszcze w tym roku – nikt nie ma wątpliwości. Tematem do rozważań jest teraz raczej to, czy Messi i Mbappe dobiją do 20 goli na mistrzostwach, śrubując ten rekord. Ba, Kylian – na papierze – ma potencjał spokojnie nawet na 25 goli. Choć przykład Thomasa Muellera, który po dwóch wielkich turniejach, nagle się zaciął, uczy, że nic nie jest w przypadku takich przewidywań w pełni oczywiste.

Niemniej: wynik Klose upadnie. Tak jak upadły te Ademira, Kocsisa, Fontaine’a i Gerda Muellera. Taka jest naturalna kolej rzeczy.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

1 komentarz
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Mundial 2026

Reklama