Najlepsi bez Szlema. Którzy tenisiści nigdy nie wspięli się na szczyt?

Sebastian Warzecha

09 czerwca 2026, 13:56 • 23 min czytania 6

Reklama
Najlepsi bez Szlema. Którzy tenisiści nigdy nie wspięli się na szczyt?

Nie ma w świecie tenisa niczego ważniejszego od tytułu wielkoszlemowego. To ich zdobyciem pisze się historię, wygraniem takiego przechodzi się do grona najwspanialszych tenisistów w dziejach. W ostatnim czasie utarło się, że najlepszym zawodnikiem bez Szlema jest wśród mężczyzn Alexander Zverev. Teraz – po Roland Garros – to już jednak nieaktualne. Niemiec tytuł zdobył. Kto więc jest tym najlepszym bez takiego osiągnięcia?

Reklama

Wielki Szlem? Nie każdy w nim wygrywa. Najlepsi tenisiści bez takiego tytułu

Na początku zawsze pojawia się pytanie: co brać pod uwagę przy takich ocenach? Cóż, wypada kilka rzeczy. Wyniki wielkoszlemowe (ale nie tylko liczbę finałów, a raczej dalekich „przygód”, regularność), wygrane turnieje ATP (najpierw tylko liczbę, a w razie konieczności – rangę), ale i najwyższy w karierze ranking oraz – to może najważniejsze! – konkurencję. Bo były w tenisie różne ery. I było wielu pechowców, co trafili na te mocniejsze od innych.

Zverev na przykład miał i pecha – najpierw dostała mu się końcówka ery BIG 3, przeciągnięta jeszcze przez Novaka Djokovicia, a później Carlos Alcaraz i Jannik Sinner – ale na Roland Garros był szczęściarzem. Nie zagrał z żadnym tenisistą z TOP 10, w ćwierćfinale, półfinale i finale grał z kolei z debiutantami na tym etapie imprezy tej rangi. Generalnie: drabinka-marzenie. Co nie oznacza, że to nie sukces.

Bo taką drabinkę trzeba jeszcze wykorzystać. A to wcale nie jest tak łatwe.

Reklama

Tak więc – na wiele rzeczy trzeba zwrócić tu uwagę. I starałem się to zrobić. Natomiast czasem były to też wybory trochę na zasadzie „widziałem tego gościa, wiem, jak grał i to moim zdaniem przeważa szalę”. Bo uwierzcie, było też trochę zawodników, którzy do naszego rankingu nie weszli, ale mogli się w tej dyszce znaleźć… i pewnie wielu by ich tam umieściło.

Więc w sumie od nich zacznijmy.

Blisko Szlema, blisko TOP 10. O kim warto wspomnieć?

Miałem problem z Tonym Roche’em. Współcześnie to raczej człowiek kojarzony jako trener, prowadził Ivana Lendla, Patricka Raftera, Rogera Federera i Lleytona Hewitta. W przeszłości sam był świetnym tenisistą, który nigdy nie wygrał Szlema… w erze open. Zrobił to bowiem dwa lata przed jej początkiem, na Roland Garros 1966. Czyli triumf wielkoszlemowy ma. Z drugiej strony – w takich zestawieniach właściwie zawsze biorę pod uwagę erę profesjonalną, czyli open właśnie.

Więc jak z tym Roche’em postąpić?

Reklama

Ostatecznie nie dałem go do TOP 10 również dlatego, że te początkowe lata tenisa, po profesjonalizacji, były nie do końca miarodajne (choć trafi się tu jeden gracz z minimalnie późniejszego okresu). Roche jednak był wielkim zawodnikiem – już na zawodowstwie grał w trzech finałach Szlemów – i warto go wspomnieć. Stąd od niego zaczynam.

Kto dalej? Todd Martin. Dwukrotny finalista wielkoszlemowy (Australian Open 1994 i US Open 1999), ograli go w tych finałach Pete Sampras i Andre Agassi. Trudna era, dobre osiągi… ale mało powygrywał. Dokładnie osiem turniejów, co – w porównaniu do wielu innych tenisistów, którzy w TOP 10 są – imponującą liczbą nie jest. O trzy tytuły więcej zgromadził grający w podobnym okresie Andriej Miedwiediew. Inna sprawa, że zagrał tylko w jednym finale Szlema – na Roland Garros 1999 (przegrał z Agassim) i znacznie rzadziej dochodził do decydujących faz, czyli co najmniej ćwierćfinału (tylko pięciokrotnie). Z ponad 20 nazwisk odpadł więc jako jedno z pierwszych.

Na przełomie wieków nieźle poczynał sobie też Thomas Enqvist. Na jego konto wpadło 19 turniejów ATP, podobnie jak Martin i Miedwiediew nie wskoczył jednak na podium rankingu ATP. Szwedowi kompletnie brakowało też regularności w Szlemach. Na 46 rozegranych turniejów tylko trzykrotnie był w ćwierćfinale, a raz doszedł dalej – do finału Australian Open 1999, gdzie lepszy był Jewgienij Kafielnikow. Był więc Thomas graczem solidnym, często bardzo dobrym, ale właściwie nigdy nie osiągnął wielkości.

Reklama

Podobnie dwaj inni przedstawiciele tych czasów. Tim Henman był niezmiennie brytyjską nadzieją na Szlema… i niezmiennie zawodził. Od Enqvista był dużo bardziej regularny – aż 10 razy grał minimum w wielkoszlemowym ćwierćfinale. Sześciokrotnie był w półfinale, ale ani razu nie zagrał o tytuł! Do tego jego wyniki to głównie zasługa rodzimego Wimbledonu, tam osiem razy docierał do ćwiartki. W singlu wygrał 11 tytułów, no i też był 4. w rankingu.

Bliżej Szlema był za to specjalista od przeciwnej nawierzchni, czyli mączki, w osobie Guillermo Corii. W 2004 roku grał finał Roland Garros, prowadził już 2:0, ale przegrał z Gastonem Gaudio. Poza tym był raz w półfinale i dwukrotnie w ćwierćfinale. Jego karierę szybko przerwała poważna kontuzja, po której już się nie pozbierał, ale – paradoksalnie – on zdołał wejść na podium rankingu ATP. Przez moment był tam trzeci.

Na mączce świetnie radził sobie też Alex Corretja, dziś ceniony ekspert telewizyjny. Hiszpan był nawet wiceliderem rankingu! Wygrał do tego 17 turniejów ATP. Niby wszystko się zgadza, ale Alex właściwie nie istniał poza mączką w Szlemach. Na Roland Garros jego najlepszy okres (199-2002) to finał, ćwierćfinał, ćwierćfinał, finał i półfinał. Poza Paryżem… tylko raz był w ćwierćfinale – na US Open 1996! Jasne, chwali się, że umiał wykorzystać tak swoje predyspozycje. Ale do najlepszej dyszki sporo mu tu zabrakło.

Nie było też trzech bardziej współczesnych zawodników. Tommy Haas wypadł, bo nigdy nie grał w finale Szlema – choć w TOP 10 jest jeden taki zawodnik – a i turniejów zbyt wielu nie wygrał (15). Owszem, był regularny, oglądało się go dobrze, ale minimalnie przegrał z konkurencją. Robin Soderling o tytuł grał dwukrotnie (2009 i 2010 na Roland Garros), ale poza tym nie wygrywał za dużo, a i ranking niespecjalnie mu sprzyjał. Choć on miał pecha, bo kontuzje i choroba zniszczyły mu karierę niedługo po tym, jak wspiął się blisko szczytów.

Reklama

Jest też przedstawiciel pokolenia, które wciąż gra, czyli… Stefanos Tstsipas. Grek to dziwny przypadek. Dwa wielkoszlemowe finały. Cztery półfinały, dwa ćwierćfinały, ale tylko w Australii i Paryżu. Na Wimbledonie maksymalnie był w 4. rundzie, w US Open nie przeszedł 3. Do tego ostatnie lata są dla niego fatalne. Jasne, można argumentować, że Stef powinien być w tej „10” i rozumiem, jeśli ktoś go tam da – miał w końcu pecha, bo w obu finałach mierzył się z Novakiem Djokoviciem (a i tak na Roland Garros 2021 był o seta od wygrania). Niemniej jednak – miejsce tuż za wydaje się w tej chwili dla niego odpowiednie.

A skoro już mamy ich wszystkich za sobą, to przejdźmy do dyszki.

10. CASPER RUUD

Casper Ruud

Reklama

Obecność Norwega może tu dziwić, skoro zabrakło miejsca dla niektórych z przywołanych już nazwisk. I to zrozumiałe, bo Casper nie jest przesadnie regularnym zawodnikiem, nie lubi się też z trawą, a i w Australian Open nie radzi sobie najlepiej (najdalej był w IV rundzie). Z drugiej strony – jest ewidentnie specjalistą od maksymalizacji swoich szans.

Zaledwie cztery razy w karierze dochodził bowiem do kluczowych rund turniejów wielkoszlemowych. I trzy razy grał w efekcie w finale.

Takim osiągnięciem – bez jakiegokolwiek triumfu na koncie – może pochwalić się mało kto. Jasne, niektórzy tak zaczynają – tyle przecież finałów miał też Alexander Zverev, Andy Murray w ogóle najpierw czterokrotnie dostał wciry. Ruudowi trzeba też nieco te porażki wybaczyć, bo raz grał z Carlosem Alcarazem, który wkrótce okazał się absurdalnie dobrym tenisistą, raz z Rafą Nadalem w Roland Garros (a Hiszpan nigdy nie przegrał tam w finale!), a raz też w Paryżu z Novakiem Djokoviciem.

No jest to zestaw co najmniej trudny. Do tego Ruud był – i to właśnie finał z Carlitosem – o jeden mecz od tego, by zostać liderem rankingu ATP. Gdyby wygrał US Open, wskoczyłby na szczyt. A tak, był maksymalnie drugi… ale to i tak rzecz, którą niewielu tenisistów bez Szlema może się pochwalić. Turniejów też już trochę nabił, bo 13 (a finałów 25), choć wiele z nich to te niższej rangi.

Reklama

Niemniej – warto karierę Caspera docenić. A kto wie, może jeszcze zdoła coś do niej dorzucić?

***

  • F-SF-QF w Szlemach*: 3-1-0.
  • Najwyższy ranking: 2.
  • Wygrane turnieje ATP: 13.

*liczone każdy z osobna (tzn. podajemy liczbę przypadków, w której się na danej fazie zatrzymał)

9. NIKOŁAJ DAWYDIENKO

Nikołaj Dawydienko

Reklama

Jedyny tenisista bez wielkoszlemowego finału na tej liście. Co więc robi przed Ruudem? Ano jest na wyższym miejscu dlatego, że – jak na gościa, który o Szlema nigdy nie grał – był piekielnie wprost regularny. Do tego w tej najtrudniejszej erze, bo jego najlepsze czasy przypadły na początek rządów Wielkiej Trójki. Choć najwięcej grał z Federerem – wygrał 2 mecze, przegrał 19. Djokoviciowi też urwał 2 spotkania, porażek zanotował z kolei 6.

I niespodzianka: z Nadalem ma Dawydienko… pozytywny bilans! 6:5. I to też świadczy o pewnej klasie Rosjanina.

Podobnie jak fakt, że w karierze wygrał znakomite 21 tytułów. W finałach był zresztą świetny, bo dochodził do nich 28 razy, a więc 75% z nich kończyło się jego wygranymi. W 2009 roku triumfował w ATP Finals – po drodze pokonał Rafę Nadala, Robina Soderlinga, Rogera Federera i Juana Martina del Potro. Do tego wygrał też trzy turnieje rangi ATP 1000, a w rankingu światowym był i na najniższym stopniu podium.

Świetna kariera, serio. Oczywiście, ciągnie się za Dawydienką smród oskarżeń o ustawianie meczów, ale nigdy mu niczego nie udowodniono, a po śledztwie nawet oczyszczono z zarzutów. Zakładamy więc, że faktycznie spotkań nie odpuszczał i grał czysto. A skoro tak – wypada tylko pogratulować tego, co osiągnął. W Szlemach zresztą też, bo 10 razy grał na poziomie ćwierćfinału, z czego czterokrotnie poszedł dalej.

Reklama

A w półfinałach wiadomo – trzy razy Roger Federer, a raz w Paryżu specjalista od mączki w osobie Mariano Puerty (zagrali wtedy pięć setów). No to jak miało się udać wejść do finału?

***

  • F-SF-QF w Szlemach: 0-4-6.
  • Najwyższy ranking: 3.
  • Wygrane turnieje ATP: 21.

8. KEI NISHIKORI

Kei Nishikori

Solidny jak Nishikori. Japończyk nie miał (a właściwie nie ma, bo jeszcze gra) w swoim arsenale jednej wielkiej broni. Ale był – w tych najlepszych czasach – niezwykle wybiegany, świetnie się bronił i potrafił w jednej chwili odmienić losy akcji w kontrataku. Miał też świetną intuicję na korcie, a do tego wcześnie uderzał piłkę po jej odbiciu od kortu, czym potrafił przyspieszyć wymianę i zaskoczyć rywali.

Reklama

Generalnie: gość przeciwko któremu trzeba się było namęczyć i nawet mecz na papierze wygrany wysoko, wcale nie musiał być łatwym.

Nishikori zakończy karierę wraz z końcem tego sezonu, chce zagrać jeszcze ostatni turniej jesienią, w ojczystej Japonii. To nie dziwi, bo dla tamtejszych fanów jest w sumie większym bohaterem niż… czterokrotna mistrzyni olimpijska, Naomi Osaka. Z nim się identyfikują, to Japończyk w pełni. Naomi jest w dużej mierze „przyszywana”. No i Kei gdzieś tam ma to połączenie stylu gry z japońską mentalnością.

Co do jego kariery – była naprawdę solidna. To chyba najlepsze słowo. Może i nie wygrał tyle, co inni gracze (12 turniejów ATP) i nie był nigdy na podium rankingu (4. miejsce to jego maksimum), ale był przy tym wszystkim niezwykle regularny. Dochodził do ćwierćfinału w każdym Szlemie i w każdym robił to co najmniej dwukrotnie. Łącznie dwunastokrotnie osiągał tę fazę. Trzy razy – zawsze w US Open – grał dalej.

Raz był w finale. Zresztą było to starcie dwóch debiutantów, bo Nishikori sensacyjnie ograł w półfinale Novaka Djokovicia, a Marin Cilić poradził sobie z Rogerem Federerem. W finale Chorwat triumfował jednak w trzech setach, ale Kei miał prawo być wypompowany z sił. Już w IV rundzie grał bowiem długą pięciosetówkę z Milosem Raoniciem, a w ćwierćfinale kolejną – ze Stanem Wawrinką. A potem jeszcze dostał mu się Djoković.

Reklama

Genialna ścieżka do finału. Ale tylko do finału.

***

  • F-SF-QF w Szlemach: 1-2-9.
  • Najwyższy ranking: 4.
  • Wygrane turnieje ATP: 12.

7. MARCELO RIOS

Marcelo Rios

On tak regularny jak Nishikori nie był. Ale ma w zanadrzu coś, czego nie ma żaden inny gracz na tej liście – krótko, bo krótko, był jednak liderem rankingu ATP. I uwaga: jest jedynym zawodnikiem w historii, który był liderem tego zestawienia, a nigdy Szlema nie zgarnął. W drugą stronę z kolei – triumfatorów wielkoszlemowych, co nie byli na czele rankingu – trochę się znajdzie. Sami więc widzicie, o co jest trudniej.

Reklama

Rios świetnie punktował poza Szlemami. W karierze wygrał pięć turniejów ATP Masters Series, czyli dzisiejszych ATP 1000. Ogółem nabił 18 tytułów. W najlepszej formie był zagrożeniem dla każdego rywala i… w sumie to niemal na każdej nawierzchni. Tylko z trawą nigdy się nie polubił (ale gracze z Ameryki Południowej na ogół tak mają), natomiast mączka, korty twarde i dziś już rzadko używany dywan – to były jego rejony.

Szczególnie mączka. Był pierwszym zawodnikiem w dziejach (czyli od 1990 roku), który wygrał trzy największe turnieje na mączce w tourze, nie licząc Szlemów. Wtedy były to Hamburg, Rzym i Monte Carlo. Ogółem pewnie osiągnąłby w świecie tenisa dużo więcej, gdyby nie dwie sprawy. Jedną był jego charakter. Był wybuchowy, podpalał się, bywało, że sam sobie na korcie szkodził. Drugą – problemy z plecami. To one sprawiły, że przeszedł na emeryturę jeszcze przed trzydziestką.

Częściowo przez nie, gdy patrzy się na jego dorobek wielkoszlemowy, to ten nie imponuje. Jeden finał, poza tym pięć ćwierćfinałów. Nie ma szału, ale prawda jest taka, że niemal wszystko to osiągnął w latach 1997-1999, a więc po kolei: rok, w którym wchodził na najwyższy poziom; rok, w którym się tam znalazł (i wtedy grał w finale); oraz pierwszy rok z kontuzją, przerywany właśnie przez nią.

Potem, przez zdrowie właśnie, powoli spadał i odrodził się już właściwie tylko raz – w 2002 roku, gdy w Australii po raz ostatni zaliczył ćwierćfinał. Był to zresztą jeden z jego ostatnich Szlemów – zagrał potem jeszcze na US Open 2002 i w Roland Garros 2003. Bez powodzenia. Kto wie, jak wielki byłby, gdyby nie zdrowie. Ale to też – oczywiście – część gry.

Reklama

Natomiast jeśli ktoś chce przekonać się, jak Rios grał, niech włączy jakikolwiek finał z wygranych przez niego Mastersów. I możliwe, że w ten sposób się w grze Chilijczyka zakocha, bo był to gość z potężnym backhandem, znakomitym returnem, ale i niezwykłym czuciem piłki, łatwością pakowania ją w linie.

Gdyby wszystko potoczyło się tak, jak miało, pewnie miałby na koncie kilka Szlemów. A wyszło, że jest w tym zestawieniu. I to nie na jego czołowych miejscach.

***

  • F-SF-QF w Szlemie: 1-0-5.
  • Najwyższy ranking: 1.
  • Wygrane turnieje ATP: 18.

6. JO-WILFRIED TSONGA

Jo-Wilfried Tsonga

Reklama

Eksplozywny Francuz. Człowiek, którego w najlepszej formie oglądało się wspaniale. Sensacja Australian Open 2008, bo choć przegrał wtedy w finale z Novakiem Djokoviciem, to Serb był jednym z faworytów. A Jo-Wilfried, niegdyś znakomity junior, potem człowiek po przejściach – zdecydowanie nie. Nie był wówczas nawet rozstawiony, a doszedł do meczu o tytuł i sprawił tam problemy Serbowi, zanim ten ostatecznie zdobył pierwszego Szlema.

Tak się to jednak w życiu Jo-Wilfrieda wszystko ułożyło, że… był to jedyny finał turnieju tej rangi w jego karierze.

W sumie trudno w to uwierzyć. Tsonga – jak i Nishikori – w każdym Szlemie osiągał ćwierćfinał. Sześć razy grał w półfinale. Na papierze to liczby, które powinny gwarantować choć dwa finały. Ale właściwie nie powinien sobie mieć Francuz niczego do zarzucenia. Bo odpadał w tych meczach wyłącznie z wielkimi, a przynajmniej aspirującymi do tej wielkości zawodnikami:

  • w 1/4 Szlemów pokonywali go: Fernando Verdasco (AO 2009), Andy Murray (Wimbledon 2010 i 2016), Roger Federer (US Open 2011 i AO 2013), Novak Djoković (Roland Garros 2012 i US Open 2016), Marin Cilic (US Open 2015) oraz Stan Wawrinka (AO 2017).
  • w 1/2 Szlemów pokonywali go: Roger Federer (AO 2010), Novak Djokovic (Wimbledon 2011), Andy Murray (Wimbledon 2012), David Ferrer (Roland Garros 2013) oraz Stan Wawrinka (Roland Garros 2015).
  • no i w finale lepszy był od niego Novak Djoković.

Z tego całego grona jedynie Verdasco i Ferrer nie wygrali tytułu wielkoszlemowego, ale drugi z Hiszpanów jeszcze się w tym zestawieniu pojawi. Miał Jo-Wilfried więc sporo pecha. Zresztą nie tylko do Szlemów, ale i rankingu. Bo choć trudno w to uwierzyć, to najwyżej był w nim na… piątym miejscu. A to gość, co regularnie bywał w Szlemach daleko i wygrał 18 tytułów rangi ATP. W tym dwa – a pamiętajmy, że to era Wielkiej Trójki – rangi 1000.

Reklama

No właśnie, era Wielkiej Trójki. Był – podobnie jak Nishikori – Tsonga jedną z jej ofiar. A pojawią się tu też jeszcze inne. Trudno było po prostu w tych czasach dobić się do tych dużych tytułów mogła być jedna, maksymalnie dwie szanse. Zrobili to Marin Cilić czy Juan Martin del Potro, szalone zdają się trzy tytuły Stana Wawrinki. Ale wielu przepadło. W tym Francuz.

Choć trzeba mu oddać, że bilanse 6-17 z Novakiem Djokoviciem, 6-12 z Rogerem Federerem i 4-10 z Rafą Nadalem to naprawdę solidne wyczyny. W dodatku każdego z nich Jo-Wilfried potrafił ograć w Szlemie. Tyle że zwykle po jednym z tych gości wyrastał kolejny. A wtedy zaczynały się schody.

***

  • F-SF-QF w Szlemach: 1-5-9.
  • Najwyższy ranking: 5.
  • Wygrane turnieje ATP: 18.

5. MILOSLAV MECIR

Reklama

Pora sięgnąć nieco głębiej do tenisowej historii – a konkretnie: do lat 80. Wtedy na międzynarodowe korty wypłynął Miroslav Mecir. Wydawało się, że ma Mecir wszystko, by wraz z Ivanem Lendlem rozpocząć czechosłowacki podbój światowych kortów (choć nie czeski, Mecir jest Słowakiem). I w sumie to miał, serio.

Grał z niezwykłą finezją, był doskonały technicznie. Trudno było przewidzieć co zrobi na korcie, bo repertuar jego zagrań był niezwykle szeroki. Znakomicie się poruszał, doskonale pokrywał kort, genialnie grał też przy siatce, ale nie był typowym graczem bazującym na woleju. Umiał grać z głębi kortu, miał znakomity umysł, inteligencję do tego sportu. Nie cierpieli go szwedzcy mistrzowie (dostał nawet przydomek „Zabójcy Szwedów”), bo wszystko to, co ich cechowało – na czele ze znakomitym top spinem – potrafił doskonale neutralizować.

W teorii powinien być – trochę jak Rios – wielokrotnym mistrzem wielkoszlemowym. I jak Rios nie został głównie z jednego powodu: zdrowia.

Karierę skończył, po zmaganiach z plecami, w wieku zaledwie 26 lat. Męczył się z urazem przez jej ostatnie dwa sezony, nie był w stanie sobie poradzić. A i tak wyciągnął z tej końcówki sporo. Jeszcze w 1989 roku – swoim przedostatnim w tourze – grał w finale Australian Open. Pokonał go wtedy (nie do końca) rodak, czyli Ivan Lendl. To on też odprawił Mecira trzy lata wcześniej, w Nowym Jorku. W obu przypadkach dość gładko.

Reklama

Ale i Miloslav miał przeciw Ivanowi nieco sukcesów – wygrywał z nim choćby w finale w Miami. Mecir ma też coś, czego Lendl nigdy nie zdobył – olimpijskie złoto. Zgarnął je w Seulu w 1988 roku. Owszem, był to turniej nieco wybrakowany, wielu czołowych graczy go odpuściło, ale Mecir (sam rozstawiony z trójką) odprawił po drodze dwóch wyżej notowanych – Stefana Edberga (Szweda, oczywiście) w półfinale i Tima Mayotte’a z USA w meczu o złoto.

W karierze wygrał ogółem 11 turniejów głównego cyklu. Choć może właściwiej byłoby napisać: w połówce kariery. Ogrywał właściwie wszystkich największych tenisistów tamtych czasów. W ledwie 23 występach wielkoszlemowych siedmiokrotnie dochodził co najmniej do ćwierćfinału. Pomiędzy pierwszym awansem do tej fazy turnieju, a ostatnim tylko dwukrotnie nie doszedł tak daleko.

Plecy ograbiły go z połowy kariery. Niestety. Ale i tak był tenisistą wielkim.

***

Reklama
  • F-SF-QF w Szlemach: 2-2-3.
  • Najwyższy ranking: 4.
  • Wygrane turnieje ATP: 11.

4. DAVID NALBANDIAN

David Nalbandian

Kolejny skrzywdzony przez Wielką Trójkę. Ale w pamięci kibiców zapisał się w dużej mierze… właśnie przez nich. Bo jest jedynym w dziejach tenisistą, który i Rogera Federera, i Rafę Nadala, i Novaka Djokovicia ograł po drodze do wygrania turnieju. To było w Madrycie, w 2007 roku, gdy grano tam jeszcze na kortach twardych i to w hali. Nalbandian po kolei odprawił wówczas Arnaud Clementa, Tomasa Berdycha, młodego Juana Martina del Potro, a wreszcie Nadala (6:1, 6:2!), Djokovicia i Federera.

O pierwszych dwóch meczach mówił, że sprzyjały mu warunki, że wysokość i szybkie korty bardziej odpowiadały jemu, niż im. I to prawda. Ale Federerowi też bardzo pasowały i ogranie go tam trzeba było uznać za wielki sukces Argentyńczyka.

Nie pierwszy. W 2005 roku pokonał Szwajcara w finałach ATP. Zresztą miał z Rogerem świetny jak na „historyczne” warunki bilans meczów: 8-11. A do tego 2-5 z Nadalem i 1-4 z Djokoviciem. Problemem Davida było jednak to, że nie potrafił utrzymać stabilnej formy, na przestrzeni lat był bardzo chwiejny. Dobre turnieje przeplatał tragicznymi. Trochę przypominał w tym Stana Wawrinkę, który choć Szlemów ma tyle co Andy Murray (3), to jednak tenisistą ogółem jest znacznie mniej utytułowanym. Bo Szkot był równy, a Szwajcar nie.

Reklama

Nalbandian też miał takie wystrzały jak i Stan. Tyle że zwykle przypadały na turnieje mniejsze i w efekcie nigdy żaden z nich nie dał mu Szlema. Największą szansę miał w 2002 roku, gdy doszedł do finału Wimbledonu. Tam napotkał jednak na rewelacyjnego Lleytona Hewitta i ten nie dał mu szans. Częściowo pewnie za sprawą zmęczenia Argentyńczyka, który i w ćwierćfinale, i w półfinale grał długie pięciosetówki. I tak jednak zdumiał wtedy tenisowy świat, bo był to jego zaledwie czwarty Szlem, a trzeci finał w tourze, pierwszy w imprezie tej rangi.

Pierwszy i ostatni. Potem jeszcze 9 razy był w decydujących fazach wielkich turniejów, ale nigdy już nie grał o tytuł. Jest jednak jednym z tych tenisistów, którzy odnaleźć potrafili się na każdej nawierzchni, bo we wszystkich czterech Szlemach grał w półfinale. Wygrywał też turnieje dzisiejszej rangi ATP 1000 w Indian Wells, Miami i Hamburgu (Madryt był wtedy mniejszą imprezą).

Szkoda, że w 2009 roku – gdy miał 27 lat – doznał kontuzji biodra, bo po przerwie na rehabilitację już nie był tym samym tenisistą. I krótko po trzydziestce skończył zawodową karierę. Nigdy nie spełnił pokładanych w nim nadziei (ale zrobił to, akurat wtedy, gdy David się leczył, jego rodak, Juan Martin del Potro, wygrywając US Open), ale w najlepszej formie grał turnieje i mecze, które do dziś pozostają absolutnie magiczne.

Bo tak jak i Rios czy Mecir, tak i on mógł – a nawet powinien – być dużo większą legendą.

***

  • F-SF-QF w Szlemach: 1-4-5.
  • Najwyższy ranking: 3.
  • Wygrane turnieje ATP: 11.

3. TOM OKKER

Tom Okker

I znów cofamy się daleeeeko w przeszłość. Jeszcze dalej niż przy okazji Mecira, bo Okker był jednym z wielkich graczy lat 60. i 70. Choć w sumie należałoby zapytać: czy na pewno wielkich? Owszem, Holender wygrał ponad 30 turniejów w erze open. Sęk w tym, że kiedyś grano znacznie więcej i częściej. Najlepsi z tamtych lat zaliczali mnóstwo meczów i mnóstwo imprez, bo tak się z tego utrzymywali.

Na pewno rywalizował Okker z wieloma z najlepszych w dziejach. Grał przeciwko Johnowi Newcombowi, Arthurowi Ashe’owi, Ilie Nastase, Rodowi Laverowi i całej plejadzie ówczesnych gwiazd. Czasem wygrywał, częściej przegrywał, ale to przypadek każdego z tenisistów na tej liście. Na pewno też miał talent i umiał go pokazać, a pochodził przecież z kraju, który tenisem nie stoi – do dziś zresztą o to trudno, choć widział Okker (nadal żyje) na własne oczy holenderski triumf w Szlemie.

I ciekawe, czy nie zazdrościł. Bo Richard Krajicek, mistrz Wimbledonu z 1996 roku, na pewno był gorszym tenisistą niż Tom. Ale trafił w idealny moment i z tego momentu skorzystał.

Okker swoje powygrywał, ale w deblu – tam został dwukrotnym mistrzem wielkoszlemowym, a wtedy gra podwójna była znacznie bardziej prestiżowa niż dzisiaj. Natomiast w singlu w finale był raz, tuż po rozpoczęciu ery profesjonalnej, na US Open 1968. Przegrał po świetnej pięciosetówce… ale czy mógł wygrać? Przeciwko niemu stała bowiem historia. Po drugiej stronie siatki znalazł się wtedy młody, przebojowy i – to najważniejsze – czarnoskóry Arthur Ashe. Został pierwszym czarnym mistrzem tego turnieju.

Napisała się, no właśnie, historia. Okker był jej uczestnikiem, może być z tego dumny, ale z pewnością wolałby wtedy wygrać. Inna sprawa, że nie mógł przypuszczać, że będzie to jedyny taki finał w jego karierze. Miał wtedy 24 lata, przez kolejnych 13 występował jeszcze w turniejach tej rangi i do 1979 roku był w stanie dojść do decydujących faz. Zresztą jest jednym z tych zawodników, którzy półfinał zaliczali w każdym Szlemie.

Pierwszy – właśnie na US Open 1968. Ostatni – dekadę później, na Wimbledonie. Kto wie, czy nie byłoby ich więcej, gdyby nie to, że – jak to bywało często w tamtych czasach – opuszczał Australian Open (po 1971 roku już się tam nie zjawił), ale i często brakowało go w Paryżu (zagrał tam tylko sześciokrotnie przez te wszystkie lata).

Na pewno Okker jest jednak, statystycznie rzecz biorąc, jednym z najlepszych tenisistów bez Szlema w dziejach. I zasługuje na to, by się na tej liście znaleźć.

***

  • F-SF-QF w Szlemie: 1-4-7.
  • Najwyższy ranking: 3.
  • Wygrane turnieje ATP: 35 (źródła są w tej kwestii niejednoznaczne, liczbę 35 podaje na swojej stronie ATP, natomiast wiele innych sugeruje, że mogło ich być mniej – często podaje się 32, czasem nawet 26).

2. TOMAS BERDYCH

Tomas Berdych

Przyznam, że to jeden z moich ulubionych zawodników z tego drugiego szeregu ery Wielkiej Trójki. Ale nie wpłynęło to przesadnie na jego ocenę, bo Czech sam się broni – wynikami. Generalnie był Tomas tenisistą stworzonym do tego, by wygrać Szlema. Grał potężnie, uderzał piłkę mocno i płasko, ale potrafił też być niezwykle solidny, gdy sytuacja tego wymagała. Gdyby urodził się o 10 lat wcześniej, właściwie niemożliwe wydawałoby się, by nie zdobył tytułu tej rangi.

Sęk w tym, że przyszedł na świat w 1985 roku. Cztery lata po Rogerze Federerze, rok przed Rafą Nadalem, dwa przed Novakiem Djokoviciem.

Najlepsze lata jego kariery tenisowej przypadły na największe „zagęszczenie” Wielkiej Trójki. Nie było szans się przebić.

Nie dziwi, że Tomas nigdy nie stał nawet na podium rankingu ATP – najwyżej był czwarty. I tak trzeba docenić, że wygrał 11 turniejów ATP, choć tylko jeden rangi ATP 1000 (w Paryżu, w hali). Niemniej, gdy spojrzy się na jego tabelki występów na – dajmy na to – Wikipedii i porówna z innymi tenisistami, o których była tu wcześniej mowa, to z miejsca zobaczy się różnicę. Berdych był bowiem niezwykle wręcz regularny.

Właściwie co sezon zaliczał kilka ćwierćfinałów największych imprez. Od 2005 do 2017 roku był tylko jeden (2009), gdy nie był w półfinale Szlema albo turnieju rangi 1000. Możliwe, że gdyby grał nieco inaczej – mniej ryzykował, jeszcze bardziej ograniczył błędy – wygrałby więcej. A może nie. Z Wielką Trójką nigdy nie wiadomo, a w dużej mierze to ona blokowała mu dojście do sukcesów.

Grał przecież w półfinale każdego Szlema. Łącznie siedmiokrotnie, raz doszedł do finału – na Wimbledonie w 2010 roku ograł go wtedy Rafa Nadal. Gościem ćwierćfinałów był aż 17 razy. 10 razy odpadał w tej fazie. Wiecie, kto go w niej wyrzucał?

  • Dwukrotnie Rafa Nadal (Wimbledon 2007 i Australian Open 2012).
  • Również dwa razy Roger Federer (Australian Open 2016 i 2018).
  • Cztery razy Novak Djoković (Australian Open 2011 i 2013, Wimbledon 2013 i Roland Garros 2016).
  • I tylko w dwóch przypadkach odpadał z kimś innym – raz z Ernestsem Gulbisem (Roland Garros 2014), a raz z Marinem Ciliciem (US Open 2014, Cilic wygrał ten turniej).

Cztery razy (na siedem przypadków, gdy wszedł dalej) też musiał poradzić sobie z przedstawicielami Wielkiej Trójki już w ćwierćfinale. Tylko trzykrotnie wygrywał w tej fazie z kimś innym – raz był to Michał Jużny (Roland Garros 2010), raz David Ferrer (Australian Open 2014, Ferrer był wtedy turniejową „3”), a razie Lucas Pouille (Wimbledon 2016). Innymi słowy: na 17 ćwierćfinałów wielkoszlemowych, aż 12 rozegrał z Federerm, Nadalem lub Djokoviciem.

Półfinały? Tu też nie było wesoło. W 2010 roku na Roland Garros wyeliminował go co prawda Robin Soderling, ale Szwed szedł tam po drugi finał z rzędu. Poza tym trzy razy lepszy był Andy Murray (US Open 2012, Australian Open 2015 i Wimbledon 2016, Andy wygrał dwa z tych trzech turniejów), raz Stan Wawrinka (Australian Open 2014, Stan wygrał ten turniej) i raz Roger Federer (Wimbledon 2017, wygrał ten turniej). Generalnie – Berdych naprawdę nie miał lekko.

Wiadomo, nikt w tej erze nie miał. Ale też mało kto tak regularnie dochodził tak daleko. Ba, właściwie robił to tylko jeden inny tenisista… i o nim za chwilę. Ale pełnię rozpaczy Tomasa może obrazować Wimbledon 2010. Genialny turniej Czecha, serio. Przez pierwsze cztery rundy Berdych nie natrafił co prawda na nikogo z rozstawienia (choć i tak wielkie problemy sprawił mu Denis Istomin, grali pięć setów). Ale potem?

W ćwierćfinale w czterech setach i w wielkim stylu ograł Rogera Federera, broniącego tytułu. W półfinale odprawił w trzysetówce (!) Novaka Djokovicia, w drugim secie wygrywając w wojnie nerwów – tie-breaku granym na przewagi. W każdej innej erze pokonanie dwóch takich gości oznaczałoby, że już się wygrało turniej. Tymczasem tu Tomas miał jeszcze jeden mecz do zagrania. I kto tam czekał?

Rafa Nadal. Hiszpan wygrał w trzech setach.

No nie dało się. Po prostu się nie dało.

***

  • F-SF-QF w Szlemach: 1-6-10.
  • Najwyższy ranking: 4.
  • Wygrane turnieje ATP: 13.

1. DAVID FERRER

David Ferrer

Ostateczny wybór nie mógł być inny. Niezwykle równy (tyle razy w ćwierćfinałach Szlemów co Berdych, o raz mniej w półfinale), waleczny, wybiegany, no i też swoje powygrywał. Zgromadził ostatecznie w karierze aż 27 tytułów rangi ATP. Podobnie jak Berdych czy Tsonga – miał pecha, musiał rywalizować z całą tą szwajcarsko-serbsko-hiszpańską siłą na pierwszych trzech miejscach, a potem doszedł jeszcze do tej ferajny Andy Murray.

Jego rezultaty warto więc docenić, nawet jeśli większość tytułów to turnieje niższej rangi. Bo w ATP 1000 triumfował raz – pamiętamy to dobrze, bo akurat w finale w Paryżu ograł Jerzego Janowicza.

Finałów zaliczał jednak sporo. Grał o tytuł w ATP Finals. Grał też o trofea w Miami, Monte Carlo, Rzymie, Cincinnati, Szanghaju i nawet w Paryżu, rok po wygranej. Był też, oczywiście, w finale w tym samym mieście, ale na Szlemie. Tyle że trafił tam w szczycie „nadalomanii”, gdy nikt nie mógł Rafy pokonać. Choć był taki moment, że wydawało się, może zrobi to jego rodak. Taki, co to nie przestraszy się Nadala na mączce, co dobrze go zna, co też na tej nawierzchni grać potrafi.

I co? I Ferrer przegrał gładko, w trzech setach… choć wcześniej przez cały turniej przeszedł bez straty partii! Grał genialnie. Ogrywał do zera kolejno Marinko Matosevicia, Alberta Montanesa, Feliciano Lopeza, Kevina Andersona (oddał mu pięć gemów), Tommy’ego Robredo (cztery gemy!) i Jo-Wilfrieda Tsongę. I wszystko to na nic, bo w finale czekał absolutny król tamtych kortów, co nigdy nikomu w meczu o tytuł w Paryżu nie uległ.

Niemniej: możliwe, że to i tak była najlepsza wersja Ferrera w jego tenisowej historii.

A był przecież tenisistą przez kilka lat absolutnie ze światowej czołówki. W latach 2012-2014 przez dziesięć z rzędu Szlemów nie wypadł z ćwierćfinału! Na każdej nawierzchni dochodził co najmniej do niego, choć specjalistą był jednak od mączki, opcjonalnie kortów twardych. Ale i z Wimbledonem wtedy akurat zaczął sobie radzić. Miał też sporą rozpiętość czasową, bo jego pierwsza 1/4 finału w Szlemie to rok 2005 (oczywiście w Paryżu), a ostatnia – 2016 (akurat w Melbourne).

Jedno, co można mu zarzucić, to że o ile z Nadalem ma jeszcze bilans w miarę w porządku, bo 6-26, a z Novakiem Djokoviciem też dobry, bo 5-16 (tak, przegrywa w nich wyraźnie, ale jednak wygrał też po kilka spotkań), to z Rogerem Federerem nie triumfował nigdy, a grali 17 razy (!) i to na każdej nawierzchni poza trawą, a tam przewaga Szwajcara byłaby pewnie jeszcze większa. I to zero trochę mu ciąży, bo wielu innych wymienianych tu tenisistów jednak każdego z tych trzech ograło.

Ale czy Ferrer tej wygranej ostatecznie potrzebował? No nie, niewiele zmieniłby jeden triumf nad Rogerem, o ile nie byłby to finał wielkoszlemowy. Bo właściwie tylko to mogłoby coś w karierze Davida poprawić. No, może nie pogniewałby się o kilka dodatkowych tytułów rangi 1000. Ale i tak swoje w karierze ugrał.

I tylko tego Szlema brak…

***

  • F-SF-QF w Szlemach: 1-5-11.
  • Najwyższy ranking: 3.
  • Wygrane turnieje ATP: 27.

Fot. Newspix

6 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama
Inne sporty

Bartosz Zmarzlik znowu trzeci. Polak stracił fotel lidera

Jan Broda
6
Bartosz Zmarzlik znowu trzeci. Polak stracił fotel lidera