Ta historia się nie kończy! Maja Chwalińska w półfinale French Open!

Sebastian Warzecha

03 czerwca 2026, 13:07 • 5 min czytania 51

Reklama
Ta historia się nie kończy! Maja Chwalińska w półfinale French Open!

Maja Chwalińska nie przestaje zachwycać! Polka, która przecież w Paryżu przechodziła przez kwalifikacje, jest już w półfinale Roland Garros! W meczu ćwierćfinałowym polska tenisistka w dwóch setach – 7:6, 6:3 – pokonała Annę Kalinską. I po raz kolejny w wielkim stylu rozmontowała tenis rywalki. Wspaniały jest ten turniej Mai, wspaniały!

Reklama

Maja Chwalińska nadal wspaniała. Jest półfinał!

W pierwszej rundzie byliśmy pozytywnie zaskoczeni. W drugiej stała się  mała sensacja. W trzeciej wciąż niespodzianka, ale już taka wyczekiwana. Mecz czwartej rundy z Diane Parry i wygraną w nim przyjęliśmy w zasadzie na spokojnie. Bo przecież widzieliśmy, że gra Maja Chwalińska turniej życia, a rywalka zdecydowanie jest do ogrania. A teraz to już wiecie, był pełen relaks. Bo ufaliśmy Mai, że i Anny Kalinskiej się nie ulęknie, że zrobi swoje.

I wiecie co? Zrobiła.

Maja Chwalińska, która dostawała się do tego turnieju przez kwalifikacje, wygrywając w nich trzy mecze, dołożyła do tego właśnie piąty triumf w turnieju głównym. W rankingu WTA ze 114. pozycji, jaką zajmowała przed startem paryskiej imprezy, awansuje do najlepszej „30”. To oznacza nie tylko bezpośredni awans do imprez wielkoszlemowych (nie licząc najbliższego Wimbledonu, choć tam trwają starania o dziką kartę dla Mai), ale też rozstawienie w nich! Nie będzie przesadą napisać, że Roland Garros odmienia Mai życie.

Reklama

Choć może inaczej: to Maja je odmienia. To ona gra genialnie, ona dokłada kolejne wygrane. Ona też po prostu rozbija – w niemal dosłownym tego słowa znaczeniu – kolejne rywalki. Bo ich gra jest właśnie rozbijana. Tak dobrze Maja je gnębi, że po prostu nie są w stanie swoich uderzeń poskładać, nie lepi się to jako całość.

Dziś przekonała się o tym Anna Kalinska.

Poważny test zdany na piątkę

Kalinska miała narzędzia, by Chwalińskiej utrudnić życie. Mocny forehand. Umiejętność gry z zawodniczkami pasywnymi, bo wszelkie statystyki pokazują, że Rosjanka dobrze się w takich starciach spisuje. Solidny backhand. Wydawałoby się, że też sporo tenisowej cierpliwości – potrafi przeczekać trudne momenty i długie wymiany, znaleźć swój moment. Dziś jednak… w sumie zabrakło każdej z tych rzeczy, a Anna miała dosłownie jeden dłuższy moment, gdy to działało.

Choć lepiej ten mecz zaczęła właśnie Rosjanka. Przełamała Chwalińską na start, wypracowała sobie przewagę.

Reklama

Czy coś jej to dało? Absolutnie nic.

Chwalińska zaczęła bowiem swój koncert. Spokojne przebijanie na drugą stronę siatki, z wyczekiwaniem momentu do przyspieszenia. Mieszanie rotacjami i tempem gry. Skróty, slajsy – te to w ogóle Kalinskiej szkodziły – wysokie forehandy. I tak dalej, i tak dalej. Standardowy zestaw, po prostu danie dnia (slajsy) było nieco inne, niż na przykład w starciu z Diane Parry. Kalinska szybko się nim przejadła. I zaczęła odmawiać dalszego przyjmowania takiej gry. Przyspieszała, próbowała atakować, niecierpliwiła się.

A jej forehand – zwykle najgroźniejsza broń – latał często poza kort. Efekt był taki, że kolejnych pięć gemów wygrała Maja Chwalińska. Miała nawet piłkę setową. I wtedy… wszystko się zmieniło. Kalinska jakby przypomniała sobie przedmeczowe założenia. I odzyskała utraconą cierpliwość. Zaczęła grać spokojniej, starała się przede wszystkim nie popsuć kolejnych zagrań. Wyczekiwała okazji do ataku. W połączeniu z kilkoma błędami Mai zaczęło to dawać jej punkty.

I tak punkt do punkciku się wszystko zebrało… aż dało remis, 5:5. Dopiero wtedy Maja się ocknęła, więc ostatecznie doszło do tie-breaka. I tu warto podkreślić jedną rzecz: na korcie dziś dość mocno wiało – tak, że zawodniczki grając po jednej stronie kortu miały trudniej, niż wtedy, gdy znajdowały się po drugiej. Chwalińska po tej gorszej ugrała trzy punkty, na zmianę stron schodząc dzięki temu z remisem. A gdy przeszła na lepszą… to już nie oddała Rosjance ani jednego.

Reklama

Wygrała pierwszego seta po tie-breaku. Mogła wcześniej, ale najważniejsze, że się udało. I że zdała ten test odporności mentalnej.

Frustracja rywalki to wygrana Mai

Druga partia? Im dalej w las, tym więcej nerwów po stronie Anny. A z nerwami przyszły i błędy. Dyskutowała Kalinska kilkukrotnie ze swoją trenerką. Rozkładała ręce. Wzruszała ramionami. Ale wiele to nie dawało. Szybko bowiem przegrywała już z podwójnym przełamaniem, 1:4. Co prawda zdołała jednego breaka odzyskać, ale tylko po to, by… od razu go stracić. Wydawało się przy tym, że ma problemy z plecami.

Reklama

Maja z kolei była kompletnie skupiona na swoim zadaniu. Niczym się nie przejmowała. Czy punkt wygrała, czy przegrała, brała to na chłodno i spokojnie.

A częściej wygrywała.

Nie wzruszyło jej też, gdy Kalinska przełamała ją jeszcze raz, przy stanie 5:2. Rosjanka wtedy docisnęła, do tego grała z wiatrem, który pomagał jej atakować. Trudno było Chwalińskiej się w takich wymianach utrzymać. Trudno było też spróbować skończyć mecz przy serwisie rywalki… ale Maja spróbowała. Podwójny błąd Rosjanki, potem dłuższa wymiana, w której miała nieco szczęścia, a potem błąd Kalinskiej przy siatce – to wszystko złożone do kupy dały Mai pierwszą piłkę meczową.

Więcej ich Polka nie potrzebowała.

Reklama

Skończyło się to wszystko wyrzuconą przez Rosjankę piłką. Maja skryła twarz w dłoniach, jakby nie wierząc, że to się znów stało. Po raz piąty – ba, po raz ósmy! – w tym turnieju. Ale tak, stało się. Mamy Maję Chwalińską w półfinale turnieju Wielkiego Szlema!

Maja Chwalińska – Anna Kalinska 7:6 (3), 6:3

Reklama

Fot. Newspix

51 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama