Od kilku dobrych lat jest w szerokiej światowej czołówce, nigdy jednak nie przebiła tych najwyższych sufitów. Choć jako nastolatka weszła do touru ze sporym przytupem. Był taki okres, że więcej w sieci pisano o jej związkach, niż o grze na korcie. A w tenisa to w ogóle by nie grała, gdyby nie babcia. Rodzice pewnie wciągnęliby ją ostatecznie w… badmintona. Bo to był ich sport. Anna Kalinska zagra w ćwierćfinale Roland Garros z Mają Chwalińską. Czy pokona Polkę?
Anna Kalinska i jej kariera. Czy pokona Maję Chwalińską?
Tenis lepszy od badmintona
To zaczęło się tak. Były wakacje. Mała Anna Kalinska – miała jakieś pięć lat – pojechała do domu babci, do Dnipra. Tak, tego na Ukrainie, bo wypada od razu napisać, że choć Anna jest Rosjanką, to część jej rodziny pochodzi z terenu Ukrainy właśnie. W każdym razie: było lato, a u babci w końcu skończyły się rzeczy do roboty. Trzeba było wynaleźć sobie nowe zajęcie.
– Pewnego dnia poszłam do akademii tenisowej z kuzynem [lub kuzynką, w wywiadach nie precyzowała płci, ani nie podawała imienia – przyp. red.], który już tam trenował. Grałam krótko w Dniprze, a potem, po powrocie do Moskwy, zaczęłam trenować tam, na różnych kortach – wspominała.
Ciekawe, że Kalinska może powiedzieć, że ostatecznie poszła w ślady kogoś z rodziny. Nie był to jednak nikt z tej najbliższej. Jej brat, Nikołaj, grał bowiem w piłkę. Gra zresztą nadal, w rosyjskiej Ekstraklasie. Przebił się z trzeciego poziom rozgrywkowego i od lat jest tam przykładem solidnego ligowca. Choć jego Pari Niżny Nowogród akurat – po pięciu latach na szczycie piramidy – spadł do drugiej ligi, a on sam w tym sezonie grał ogony.
Piłką Anna jednak nigdy nie była zainteresowana. Gdy dziennikarze próbowali ją pytać o wyniki wielkich turniejów, mówiła, że nie ma o niej pojęcia i nigdy nawet nie rozmawia z bratem na ten temat. Bliżej jej było, naturalnie, do badmintona, którym parali się i jej ojciec, i matka. Ten pierwszy grał nawet na wysokim poziomie, a potem pracował z kadrą narodową, w różnych rolach – w tym trenera. Mama została później trenerką, ale gdy okazało się, że córka przejawia spory tenisowy talent, to poświęciła się bardziej jej karierze.

Ta bowiem faktycznie nieźle się rozwijała. W 2015 roku 16-letnia Rosjanka dotarła do finału juniorskiego Roland Garros, gdzie jednak lepsza okazała się Paula Badosa. Dwukrotnie grała też o tytuł w deblu – na US Open 2015 (w parze z Anastasiją Potapową, którą pokonała dwa dni temu w IV rundzie w Paryżu) przegrała w finale, ale na Australian Open 2016 udało się jej i Terezie Mihalikovej wygrać.
Była więc nadzieją rosyjskiego tenisa, akurat w czasach, gdy znikało to pokolenie wielkich na czele z Marią Szarapową i Swietłaną Kuzniecową.
Rafa? To nie to
Początki jej zainteresowania tenisem zbiegły się w czasie z pierwszymi wielkimi sukcesami Rafy Nadala. Nic dziwnego, że pięcioletnia Anna zafascynowała się właśnie Hiszpanem. Im starsza była jednak, tym bardziej się to zmieniało. – Kiedy dorastałam, zaczęłam mniej lubić jego styl gry, bo był kompletnym przeciwieństwem mojego – mówiła.
Ona bowiem atakowała. Lubiła rozstrzygać wymiany po swojemu, a nie tak jak Rafa – czekając na okazję do kontry. To jednak dość ciekawe, bo im dalej w ten tenisowy rozwój, tym bardziej zmieniała się też jej ulubiona nawierzchnia. Początkowo były to, naturalnie, korty twarde, na takich się zresztą wychowała w Rosji. Potem jednak – mączka.
Ale Rafa – choć szanuje jego osiągnięcia – nie wrócił do łask.
Była w nich za to szczególnie Anastasija Myskina. Pierwsza Rosjanka, która wygrała tytuł wielkoszlemowy, 22 lata temu na Roland Garros. Wyrobiła się w ostatniej chwili, bo jeszcze w tym samym roku Wimbledon wygrała Szarapowa, a US Open Kuzniecowa. To Myskina przeszła jednak do historii jako pionierka i jako jedyna z tego grona więcej nie wygrała. Zresztą – szybko skończyła karierę, ledwie trzy lata później. Nieustannie gnębiły ją bowiem kontuzje, nie potrafiła się z nimi uporać.
Annie zapadła jednak w pamięć. Lubiła oglądać jej grę. A potem ją poznała i… polubiła jeszcze bardziej. – Oglądałam mnóstwo jej spotkań, lubię ją też jako osobę. Gdy jestem w Moskwie, bardzo mi pomaga. Jest dla mnie idolką nawet bardziej jako osoba, niż jako tenisistka – mówiła Anna, gdy miała 19 lat. Czasem dodawała też do grona tych idolek Dinarę Safinę, byłą liderkę rankingu, która jednak Szlema nigdy nie ugrała.
Niemniej: trafiła Anna na znakomite czasy, by dorastać jako młoda tenisistka i fanka tego sportu w Rosji, bo sukcesy u jej rodaczek były wtedy na porządku dziennym.
Kalinska też chciała się dołożyć.
Kariera solidna, ale bez sukcesów
Do seniorskiego touru na stałe przeszła wraz z początkiem 2017 roku. Miesiąc wcześniej skończyła 18. lat. Po juniorskich wynikach można było wnosić, że powinna stosunkowo szybko przebić się do gry o całkiem wysokie cele. Nie tak to jednak wyglądało – Anna przez cztery sezony walczyła o to, by na stałe zaczepić się w najlepszej setce. Jasne, jeden z nich to rok 2020, pandemia, było trudniej. Niemniej: trochę czasu jej na to zeszło.
Może byłoby łatwiej, gdyby wcześniej została w Stanach. Bo pojechała tam jeszcze jako juniorka. – Próbowałam tam trenować, ale nie mogłam tam żyć. Czułam, że potrzebuję swojej rodziny w Moskwie. Ich wsparcie jest dla mnie ważne. Byłam też w Akademii Mouratoglou, jakieś sześć razy. To bardzo dobre miejsce, ale dla mnie lepiej jest zostać w Moskwie – mówiła.
Została więc i w sumie… trudno powiedzieć, by miała tam złe warunki. Na pewno jednak nie na takim poziomie, jakie mogłaby mieć poza granicami Rosji, z której zresztą finalnie wyjechała. Ale zrobiła to już jako seniorka. Trenowała już wtedy z Patricią Tarabani. To duet od 2019 roku, współpracują do dziś i raczej nie skończą zbyt szybko, bo Kalinska mówi, że Tarabani jest dla niej „jak druga matka”.
To właśnie Tarabani zrobiła z Anny tenisistkę z szerokiej światowej czołówki. Szczytem ich współpracy (przynajmniej na razie) jest 11. miejsce w światowym rankingu.
Choć może nawet cenniejsze jest to, że Anna od ponad dwóch lat nie wypada z TOP 50 tego zestawienia. Jasne, były tam fluktuacje – raz leciała na skraj tej „50”, innym razem wchodziła w jej górne rejony. Aktualnie bliżej jej tych drugich – niemal na pewno będzie po Roland Garros na powrót tenisistką z TOP 20.
Tyle że w tym wszystkim brakuje… no cóż, sukcesów.
Wiadomo, zależy co za taki uznamy.
Jednak Anna wybitny miała tak naprawdę – jak na swoje warunki – jeden sezon, 2024. W poprzedzającym go 2023 roku doznała pierwszej poważnej kontuzji w karierze. Problemem okazało się ścięgno udowe, musiała zrobić sobie cztery miesiące przerwy. Wypadła wtedy z czołowej setki rankingu, ale niedługo po powrocie osiągnęła najpierw finał, a potem zdobyła tytuł w dwóch turniejach rangi WTA 125 (czyli tych tuż „pod” tourem).
A potem udanie zaczęła kolejny rok, bo w Australian Open doszła do ćwierćfinału. Do teraz był to jej jedyny taki wynik w Wielkim Szlemie. Potem poszła za ciosem – w Dubaju (WTA 1000) doszła do finału. To samo zrobiła kilka miesięcy później w imprezie WTA 500 w Berlinie. Oba te mecze były bardzo bliskie, w pierwszym przypadku przegrała 5:7 w decydującym secie z Jasmine Paolini. W drugim lepsza była Jessica Pegula po tie-breaku. Trzeci finał Annie przytrafił się w poprzednim sezonie w Waszyngotnie (WTA 500), ale tam ograła ją bez trudu Leylah Fernandez.
Ma więc Kalinska 27 lat na karku. Od kilku sezonów jest w szerokiej światowej czołówce. Ale tytułów WTA – okrągłe zero.
Ba, w pewnym momencie więcej mówiono o jej związkach, niż o jej grze. Najpierw była bowiem w relacji z Nickiem Kyrgiosem – i nie zakończyła się ona dobrze, Anna mówiła potem „nie jesteśmy przyjaciółmi”, pisząc do fanów, że „nie chce o nim więcej rozmawiać”. Później z kolei Kalinska związała się z kompletnym przeciwieństwem Australijczyka w osobie Jannika Sinnera, ale i ten związek się rozpadł.
Może to Roland Garros sprawi jednak, że sporo zacznie się mówić o tenisie Rosjanki.
Perspektywa Chwalińskiej? Spora szansa
Gdy Anna Kalinska gra dobrze, jej fani skandują, że „Kalina rozkwita na korcie”. Na Roland Garros rozkwitła jednak na razie przede wszystkim Maja Chwalińska. Polka ma już w nogach co prawda siedem spotkań, bo przejść musiała kwalifikacje, ale Maciej Ryszczuk, pomagający jej w przygotowaniu fizycznym, twierdzi, że powinna być gotowa grać „do samego finału”. By jednak tam dojść, musiałaby wygrać jeszcze dwa mecze.
Najpierw ten z Kalinską.
Rosjanka to przede wszystkim dobry serwis i bardzo groźny forehand. Do tego dołożyć potrafi solidny backhand. Komfortowo czuje się właściwie w każdej strefie na korcie, bo potrafi grać w debla, nie boi się podchodzić do siatki, a przez lata sporo zyskała też w defensywie. Statystyki pokazują, że lubi wyczekać swoich szans, dać wymianie się rozwinąć i że dobrze gra jej się z tenisistkami pasywnymi.
W teorii powinna więc pasować jej Chwalińska. W praktyce – widzieliśmy już, jak nieprzyjemny, mimo że pasywny, jest ten styl gry Mai dla rywalek. A Anna jest przeciwniczką z gatunku tych, które da się ruszyć. Jeśli jest w formie i dobrze czuje się na korcie, to rzadko popełnia błędy, to fakt. Jednak jeśli uda się ją zirytować, to te czasem zaczynają się sypać jak z rękawa.
A w tym irytowaniu Maja Chwalińska jest w Paryżu fantastyczna. Dla niej mecz z Kalinską na tym etapie turnieju to wyłącznie ogromna szansa, bo mogła trafić tam dużo gorzej ze swojej perspektywy. Polka musi zdawać sobie z tego sprawę, ale już na tych kortach Rolanda Garrosa pokazała kilkukrotnie, że zachowuje przy tym wszystkim ogromny spokój.
I oby dziś też jej się udało.
SEBASTIAN WARZECHA
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix