Młody wciąż objeżdża weteranów. Antonelli najlepszy w Kanadzie!

Sebastian Warzecha

25 maja 2026, 00:08 • 3 min czytania 2

Reklama
Młody wciąż objeżdża weteranów. Antonelli najlepszy w Kanadzie!

Poszarpany jest tegoroczny sezon F1 przez odwołane wyścigi na Bliskim Wschodzie. Dlatego mimo że mamy już końcówkę maja, wyścig o Grand Prix Kanady był dopiero piątym w kalendarzu. Komu jednak ewidentnie nie przeszkadzają przerwy i wolniejsze tempo rozgrywania sezonu? Andrei Kimiemu Antonellemu, który triumfował czwarty raz z rzędu i umocnił się na prowadzeniu w klasyfikacji generalnej.

Reklama

Andrea Kimi Antonelli wciąż najlepszy. Wygrał Grand Prix Kanady

Zaczęło się od walki na strategie – te dotyczące opon. Na kilka godzin przed Grand Prix solidnie bowiem popadało i zespoły musiały odpowiednio dobrać opony. Ryzyko podjęło kilka ekip, w tym McLaren, który postawił na opony przejściowe. Reszta ekip z czołówki poszła w typowe ogumienie na suchy tor. Wyszło, że to te drugie miały rację, a McLarenowi się ten gambit oponowy nie opłacił, na co narzekali sami kierowcy tej ekipy.

Tym bardziej, że tor zdążył przeschnąć jeszcze bardziej, bo kierowcy przejechali dodatkowe okrążenia formujące. Wszystko przez to, że na starcie w ogóle nie ruszył Arvid Lindblad, którego bolid doznał awarii. Trzeba było samochód kierowcy Visa Cash App RB usunąć, a pozostali zawodnicy przejechali sobie dodatkowe kilometry i stracili minuty.

A tor sechł.

Lando Norris zdołał co prawda wykorzystać na starcie jego jeszcze nieco wilgotne fragmenty i świetnym manewrem wyprzedził dwóch kierowców Mercedesa. Tyle tylko, że szybko stało się oczywiste, że pozycji nie utrzyma, bo… musi zjechać do alei po inne opony. Tak samo było z Oscarem Piastrim – zresztą on do boksu trafił jako pierwszy – w efekcie więc McLareny zleciały w dół stawki. Z przodu za to rządzić zaczęły – jak to w tym sezonie zazwyczaj bywa – Mercedesy.

Reklama

Przewodził stawce George Russell, za nim jechał Andrea Kimi Antonelli. I obaj byli siebie naprawdę blisko, momentami trwała między nimi zażarta – choć, wiadomo, w miarę bezpieczna – walka. Skończyła się jednak na 30. okrążeniu i to w sposób, którego w Mercedesie nikt nie chciał oglądać – w bolidzie Russella doszło do awarii silnika, Brytyjczyk w efekcie skończył wyścig. George był tym wszystkim na tyle zdenerwowany, że we wściekłości najpierw o ziemię rzucił zagłówkiem, a potem rękawiczkami.

Zresztą trudno mu się dziwić, stracił w końcu naprawdę cenne punkty w walce o mistrzostwo świata i do zespołowego kolegi ma już 43 oczka do odrobienia.

Reklama

Antonelli bowiem, uwolniony od tej rywalizacji, pojechał pewnie po czwarty z rzędu triumf. Nie wygrał w tym sezonie tylko na inaugurację, potem niezmiennie był najlepszy. 19-latek przewodzi stawce i jeśli będzie tak do końca sezonu, to napisze niezwykłą historię. Za jego plecami jednak sporo się jeszcze działo, a show zapewnili przede wszystkim Max Verstappen i Lewis Hamilton, którzy długo ze sobą rywalizowali. Z tej walki zwycięsko wyszedł starszy z nich, ale – mimo, zdawałoby się, przewagi tempa – nie miał z Maxem łatwo, Holender długo się bowiem znakomicie bronił.

A potem sam próbował atakować. Nie udało mu się, ale i tak może być zadowolony. Trzecie miejsce w Kanadzie jest bowiem jego pierwszym w tym sezonie i dowodem na to, że Red Bull czyni postępy. Zresztą jego zespołowy kolega, Isack Hadjar, był piąty.

Reklama

Teraz F1 nieco przyspieszy w kalendarzu i przeniesie się do Europy, a konkretnie – Monako. Tamtejszy wyścig za dwa tygodnie.

TOP 10 Grand Prix Kanady:

  1. Andrea Kimi Antonelli (Mercedes)
  2. Lewis Hamilton (Ferrari)
  3. Max Verstappen (Red Bull Racing)
  4. Charles Leclerc (Ferrari)
  5. Isack Hadjar (Red Bull Racing)
  6. Franco Colapinto (Alpine)
  7. Liam Lawson (Visa Cash App RB)
  8. Pierre Gasly (Alpine)
  9. Carlos Sainz (Williams)
  10. Oliver Bearman (Haas)

Fot. Newspix

Reklama
2 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Formuła 1

Reklama