Winiarski: Spekulowanie o następcy Grbicia to abstrakcja [WYWIAD]

Jakub Radomski

27 kwietnia 2026, 13:48 • 17 min czytania 0

Reklama
Winiarski: Spekulowanie o następcy Grbicia to abstrakcja [WYWIAD]

– Zagalopowałem się i straciłem priorytety. W tym ten najważniejszy, czyli rodzinę – mówi Michał Winiarski. W dużej rozmowie z Weszło były wybitny siatkarz, a dziś świetny trener, prowadzący po upragnione złoto PlusLigi drużynę z Zawiercia, opowiada o kulisach pracy z reprezentacją Niemiec i przyczynach rezygnacji. Wspomina siebie z czasów zawodniczych, żarty, które robił kolegom i totalne poświęcanie się dla chwili, która była wielkim spełnieniem. Winiarski odnosi się też do głosów ze środowiska, które są jednoznaczne i mówią, że to on jest pewniakiem do zastąpienia w przyszłości w roli selekcjonera reprezentacji Polski Nikoli Grbicia.

Reklama

Jakub Radomski: Powiedziałeś w podcaście Łukasza Kadziewicza, że kochasz siatkówkę, bo jest sportem innym od wszystkich. Na czym polega ta inność?

Michał Winiarski, trener Aluronu CMC Warty Zawiercie: Na tym, że, aby w nią grać, musisz mieć pewne podstawy. Jeśli chcesz się z niej cieszyć, trzeba najpierw włożyć naprawdę dużo pracy. Nauczyć się odbijać, kontrolować piłkę. W innych sportach często jest jednak trochę inaczej. Weźmy futbol: rzucasz dzieciakom piłkę i grają wszyscy. Jedni trochę lepiej, inni trochę gorzej, ale potrafi każdy. A w siatkówce niezbędne jest wyszkolenie i wykonana praca.

Kocham siatkówkę, bo jest trudnym sportem, ale również dlatego, że towarzyszy mi od najmłodszych lat. Grała z nią siostra, ja chodziłem do klasy sportowej. Siatkówka cały czas była obecna i szybko stała się moją pasją. Ciągle nią jest. Powiedziałbym nawet, że ona nauczyła mnie życia i ukształtowała charakter.

W 2017 roku zakończyłeś karierę zawodniczą i od razu zostałeś trenerem. Pierwsze dwa sezony to praca asystenta u Roberto Piazzy w Skrze Bełchatów. Później, już jako pierwszy szkoleniowiec, objąłeś Trefl Gdańsk. Coś cię zaskoczyło po tym przejściu na drugą stronę?

Reklama

To, z jakimi problemami musi sobie radzić trener oraz na ilu rzeczach musi się skupić. Poczułem to już wtedy, gdy byłem asystentem. Kiedy jesteś zawodnikiem, często komentujesz w szatni decyzję trenera, rozmawiasz o zajęciach, wchodzisz w życie drużyny. Będąc siatkarzem, nigdy nie myślałem, jak to wygląda od drugiej strony. Po prostu coś mi pasowało albo nie. Natomiast gdy zostałem asystentem, zacząłem dostrzegać inne horyzonty, o których w ogóle nie miałem pojęcia. To takie zauważenie drugiej perspektywy, skutkujące tym, że widzisz dużo więcej.

Był jakiś jeden mecz – już z czasów, gdy jesteś pierwszym trenerem – który nauczył cię najwięcej o siatkówce?

Ciężko wytypować jeden, bo co rusz jakieś spotkanie uświadamia mi różne rzeczy. Praca w ostatnich latach na pewno nauczyła mnie, że sam mecz często jest trochę innym sportem. Czasami w tygodniu mój zespół wygląda znakomicie w treningu. Myślę, że jest w optymalnej formie, po czym przychodzi spotkanie i nagle nie wychodzi nam zagrywka, kuleją inne elementy i w godzinę dostajemy w łeb. Kilka podobnych sytuacji było nawet w tym roku. Wtedy się zastanawiam: „Kurde, w życiu bym nie powiedział, że będzie tak źle i przegramy”.

Michał Winiarski o igrzyskach w Paryżu i przegranej w ćwierćfinale: Czułem złość. Były dziwne decyzje sędziowskie

Co czułeś tuż po przegranym ćwierćfinale z Francją na igrzyskach w Paryżu w 2024 roku? Prowadzona przez ciebie reprezentacja Niemiec była w tamtym spotkaniu o krok od wejścia do najlepszej czwórki igrzysk, co byłoby wielkim osiągnięciem.

Reklama

Gdy dzisiaj myślę o pracy z Niemcami, czuję dumę, bo nie dość, że zakwalifikowaliśmy się do igrzysk, to jeszcze rozegraliśmy super turniej. Po tamtym meczu było mi smutno. Przez pierwsze godziny czułem dużą złość, bo w tie-breaku były dziwne decyzje sędziowskie, które mocno wpłynęły na przebieg całego widowiska. Gdy emocje opadły, pojawiła się duma, ale też niedosyt.

Michał Winiarski jako trener reprezentacji Niemiec.

Michał Winiarski jako trener reprezentacji Niemiec

Ale ja uważam, że takie momenty mogą być przełomowe. Porażki są potrzebne, bo ok – czujesz ból, smutek – ale to wszystko daje ci później ze zdwojoną siłą mądrość i motywację, by iść we właściwym kierunku. Kiedy cały czas wygrywasz, nadchodzi moment, w którym możesz nie zwracać uwagi na niedoskonałości zespołu czy twojej pracy, bo one pozostają uśpione. Po porażce masz takie „bum”: robisz dwa kroki w tył, patrzysz na wszystko, co zrobiłeś i po pewnym czasie ruszasz znowu pełną parą do przodu.

Reklama

Ja mocno przeżywam porażki. Mam problemy ze spaniem, analizuję. W głowie natłok myśli.

Ciągle tak masz?

Chciałbym, żeby to szło ku lepszemu i myślę, że ostatni rok, może dwa lata, są pod tym względem już trochę inne. Ale to nie jest tak, że ja przechodzę nad porażką do innych tematów „just like that”.

Po tamtej przegranej w Paryżu też nie mogłeś spać?

Reklama

Oczywiście. Mimo, że byłem po tym wszystkim, że spędzałem czas z rodziną i pojechaliśmy sobie na urlop, odpocząć, to zamykałem oczy i analizowałem spotkanie. Kolejne akcje. „Może gdybym wtedy zrobił taką zmianę, byłoby inaczej?” Tego typu myśli. Wiem, że to jest gdybanie, bo wiele rozwiązań, gdy je później powtarzałem, przynosiło dobry efekt. Trener ma sporą odpowiedzialność, bo to on prowadzi zespół jako ten pierwszy, ale warto wyrobić umiejętność akceptacji i świadomość, że nie masz wpływu na wszystko.

Johannes Tille, rozgrywający reprezentacji Niemiec i Indykpolu AZS Olsztyn, opowiadał mi kilka miesięcy temu o waszej rozmowie podczas paryskich igrzysk. Powiedziałeś mu, że często dobrze sobie radzi w sytuacji, gdy wchodzi na boisko z ławki i ma odmienić losy meczu, a Lukas Kampa, na którego wtedy stawiałeś od początków spotkań, niekoniecznie odnajduje się w takiej roli. Przytaczam tę historię, bo zastanawiam się, jak zawodnik może taką wiadomość odebrać. Z jednej strony jest chwalony, a z drugiej to sprowadza się jednak do wytłumaczenia mu, dlaczego jest rezerwowym.

Uważam, że komunikacja i szczerość to rzeczy, które zawsze się bronią. Siedzisz już trochę lat w sporcie i wiesz, że częstym przekazem od zawodnika, któremu coś nie pasuje, są słowa w stylu: „Trener nie mówił mi, dlaczego nie gram”. Albo: „Trener ma do mnie coś osobistego ”. Czyli zmierza to do tego, że gdyby szkoleniowiec mu powiedział, co i jak, to by nie było kłopotu. Ale gdy powiesz coś zawodnikowi, to on też może stwierdzić, że np. masz z nim problem. Tu nie ma złotego środka, natomiast ja jestem szkoleniowcem, który zdecydowanie stawia na szczerość i komunikację.

A co do tego konkretnego przypadku: Lukas wywalczył sobie miejsce w drużynie w początkowej fazie przygotowań do igrzysk , bo wyglądał dużo lepiej od Johannesa. Tille rozgrywał podczas turnieju kwalifikacyjnego do igrzysk i prezentował się świetnie. On wie, że jest zawodnikiem, na którego mocno liczyłem. Johannes dostał ode mnie powołanie, kiedy był zawodnikiem Saint-Nazaire. To była wtedy francuska druga liga. Obserwowałem jego niesamowity rozwój i uważam go za wybitnego rozgrywającego. Ale gdy podejmuję decyzje o składzie, nie myślę o pojedynczym zawodniku, tylko o tym, co mogę zrobić, żeby mój zespół miał jak największą szansę na zwycięstwo. Potem zostaje już tylko to, jak gracz zaakceptuje i odbierze daną decyzję.

Reklama

Winiarski o rezygnacji z reprezentacji Niemiec: Zagalopowałem się. Straciłem priorytety

W listopadzie ubiegłego roku ogłosiłeś, że rezygnujesz z pracy w reprezentacji Niemiec. Jak długo kiełkowało to w tobie?

Przez cały ostatni rok, kiedy praca w klubie z Zawiercia była bardzo intensywna (Winiarski prowadzi Aluron CMC Wartę Zawiercie od 2022 roku – przyp. red.). Graliśmy co trzy dni, liga pędziła jak szalona. Brakowało mi czasu spędzonego z żoną, synami. To była huśtawka emocjonalna. Brakowało mi też momentu zejścia i upuszczenia powietrza, bo ciągle było to „bum!”. Wskakiwałem na coraz wyższy poziom intensywności. Wyjeżdżałem z domu na dwa tygodnie, wracałem na dwa dni i znowu mnie nie było. Wyjazdy bywały też dłuższe, nawet na miesiąc.

To spowodowało, że traciłem zbyt dużo chwil z życia rodzinnego. Zauważyłem, że moja głowa nie pracowała też na poziomie, który osiąga, gdy jest wypoczęta. To wszystko uświadomiło mi, że chyba się zagalopowałem. Że straciłem priorytety, w tym ten najważniejszy, jakim jest rodzina. Nie dawałem sobie też momentu dla siebie, w którym bym zluzował. Z pracoholizmem jest tak, że kiedy sam już ewidentnie dostrzegasz, że za dużo pracujesz, to stanowi alarm, który każe zrobić krok w tył. U mnie właśnie tak było.

Co czułeś w marcu 2024 roku, gdy w meczu ze Skrą Bełchatów wpuściłeś na boisko swojego 17-letniego syna?

Reklama

Dumę. Cieszyłem się. Miałem też różne życiowe przemyślenia, np.: „Rany, jak ten czas przemija. Jeszcze niedawno sam grałem, później zostawałem trenerem. A teraz mówię Oliwierowi, że wchodzi na boisko”.

Tamta sytuacja to był też trochę zbieg okoliczności. Pierwszy rozgrywający, Miguel Tavares, doznał kontuzji. Nie można było dokonać transferu medycznego. Mogliśmy wziąć zawodnika z klubu, który z nami współpracuje, a syn występował w drużynie z Częstochowy, która miała z nami podpisany taki dokument. Dlatego Oliwier trenował z nami, pomógł też w przygotowaniach do play-offów. A przy okazji zadebiutował w PlusLidze. To było duże wydarzenie rodzinne.

Oliwier Winiarski

Oliwier Winiarski

Reklama

Jak dużo Oliwier ma z ciebie?

Ja dostałem od Boga lepsze parametry fizyczne, które ułatwiły mi start w siatkówce. Oliwier, mimo że jak na rozgrywającego nie jest najniższy, to ten start miał trudniejszy. Ale myślę, że ma dwa razy większą zaciętość i niesamowitą konsekwencję w działaniu, którą bardzo u niego podziwiam. Szczerze? W czasach zawodniczych nie byłem tak systematyczny i pracowity jak on.

Michał Winiarski jako zawodnik lubił żartować. „Zaczęliśmy go wypuszczać, że może wybrać model BMW i dywaniki”

Jak bardzo osobowościowo różni się Michał Winiarski obecnie od tego z, dajmy na to, 2006 roku, który sięgał po wicemistrzostwo świata?

Różni się bardzo.

Reklama

Niektórzy twoi byli koledzy z kadry, których o to pytałem, przyznają, że na początku niekoniecznie widzieli cię w roli trenera, bo byłeś typem roztrzepanego żartownisia.

Każdy z nas ma jakiś typ osobowości. Uważam, że ona się nie zmienia, natomiast ty gdzieś ewoluujesz ze swoimi poglądami i zachowaniami. Myślę, że nawet teraz ciężko byłoby mi przypiąć łatkę bardzo poważnego człowieka, bo po prostu taki nie jestem. Dalej lubię uśmiech, żarty. Lubię też przebywać z ludźmi, rozmawiać z nimi. Jako zawodnik mogłem cały czas być sobą. Praca trenera nauczyła mnie, że czasami, nawet wbrew sobie, muszę interweniować, kierując się dobrem zespołu. Stawać się tym wymagającym i najgorszym w stosunku do zawodników gościem, który robi to, żeby pchnąć ich do przodu. Nie chcę powiedzieć, że muszę być kimś, kim nie jestem, ale trzeba robić rzeczy, które niekoniecznie mi się podobają.

Opowiadałeś mi kiedyś, jak, będąc zawodnikiem, wkrecałeś kolegów, dzwoniąc do nich i podając się za dziennikarza. Nagle zadawałeś pytania o alkohol czy uzależnienie od hazardu. A na czym polegał żart z Karolem Kłosem i BMW?

Był 2010 rok. Karol trafił do Skry z Politechniki Warszawskiej, był młodym chłopakiem (miał 20 lat – przyp. red.). Dostawaliśmy wtedy klubowe samochody. Pomyśleliśmy, że tacy młodzi goście mogą sobie wyobrażać, że skoro trafiają do klubu, który zdobywa mistrzostwo Polski, to czekają ich tam olbrzymie przywileje. Pamiętam, że gdy jechaliśmy gdzieś z Karolem, zaczęliśmy go wypuszczać, żeby koniecznie zadzwonił do prezesa, bo jeszcze może sobie wszystko wybrać: jaką chce wersje BMW i jakie konkretne dywaniki.

Reklama

Podobno wtajemniczyliście w ten żart wiceprezesa Grzegorza Stawinogę, a Karol był na etapie wybierania koloru auta.

Zdecydowanie mogło tak być (śmiech).

Ja ciągle lubię żartować, ale myślę, że większość osób, które ze mną pracują w sztabie, potrafi zrozumieć, kiedy mówię na serio, a kiedy niekoniecznie, chociaż zachowuję poważną minę. W życiu codziennym jest prosta zasada: gdy coś mówię i ktoś się boi, że go wkręcam, pada z moich ust hasło: „przysięgam”. Gdy go używam, nigdy nie kłamię.

Rok 2010, Winiarski i Kłos w barwach Skry Bełchatów

Reklama

Rok 2010, Winiarski i Kłos w barwach Skry Bełchatów

Pierwszym zagranicznym trenerem, który doprowadził reprezentację Polski do wielkiego sukcesu, był Raul Lozano, z którym w 2006 roku wywalczyliście wicemistrzostwo świata. Jakie było najgorsze ćwiczenie u Argentyńczyka?

Bieganie, zdecydowanie. Jak ja tego nienawidziłem… Pamiętam, jak siedzieliśmy miesiąc w Spale. Trzy razy w tygodniu mieliśmy rano siłownię, która trwała około dwóch godzin. Po niej od razu szliśmy na pobliski stadion, a tam 35 minut ciągłego biegu. Dla mnie było o tyle dobrze, że musieliśmy mięć tętno powyżej 150, a my z Arkiem Gołasiem wchodziliśmy na ten poziom stosunkowo szybko.

Dla nas te 35 minut biegu to był trucht, ale byli zawodnicy, którzy musieli naprawdę zapierdzielać. Rozmawialiśmy z Arkiem np. o tym, co dobrego zamierzamy zjeść. A jednocześnie cały czas biegaliśmy w kółko. Dla nas akurat to nie było wyjątkowo męczące, choć ciało bolało po siłowni, ale było bardzo nudne. Gorzej mieli inni, którzy kończyli ten trening kompletnie wyczerpani.

Reklama

A nie jest tak, że Lozano musiał zagonić was do takiego rytmu pracy, żeby wreszcie pojawiły się upragnione wyniki?

Nie ująłbym tego w ten sposób, bo jak przypomnę sobie treningi z naszymi polskimi szkoleniowcami, to momentami były dużo cięższe. Chodziło się w góry, to było kształtowanie charakteru jeszcze 10 razy bardziej. Więc my byliśmy gotowi na taką pracę, mieliśmy ją wpojoną od podstaw, a Lozano przyszedł, poukładał pewne kwestie i wniósł dużo nowinek technicznych.

Dziś jako trener kłóciłbym się, czy tak ciężka praca była potrzebna. Uważam, że przez to, że czasami trenowaliśmy bez sensu, większość z nas kończyła kariery w wieku około 30 lat. Zdarzały się ewenementy, ale niektórzy z nich rezygnowali z reprezentacji albo robili sobie od niej odpoczynek. Ale spójrz np. na Dawida Murka, Sebastiana Świderskiego czy Piotra Gruszkę, Marcina Prusa. Mógłbym wymienić tutaj jeszcze wielu innych znakomitych reprezentantów. Kończyli po trzydziestce, a dziś nawet w wieku 40 lat możesz występować na najwyższym poziomie.

Michał Winiarski o mistrzostwie świata: Miałem w głowie całą wyboistą drogę

Kto wpoił ci przekonanie, że trzeba się poświęcać, niekiedy cierpieć, żeby osiągnąć cel? Bardziej rodzina, czy osoby, które napotykałeś na początku swojej sportowej drogi?

Reklama

Pasję do sportu zaszczepił na pewno ojciec, który zabierał mnie na różne dyscypliny i towarzyszył mi w tej drodze. Myślę jednak, że w pewnej mierze sam uczysz się w życiu znoszenia porażek i właściwej mentalności. Ja np. trochę brałem z trenera, trochę z filmów, trochę z innych sportowców, z ich wypowiedzi w wywiadach. To wszystko, odpowiednio obrobione, kształtowało mój charakter.

Pamiętam, że jako młody chłopak nienawidziłem przegrywać. Bardzo źle znosiłem takie momenty. Ale im jesteś starszy i bardziej doświadczony, tym lepiej zdajesz sobie sprawę, że w sporcie, ale i szerzej – w życiu – nie ma niepokonanych. Wszyscy w życiu również odnosimy porażki. Kluczowe jest to, jak do nich podejdziemy. Jeżeli przeżyjesz taki moment świadomie, to później tego typu sytuacja jest dla ciebie troszeczkę lżejsza, dzięki czemu szybciej szukasz właściwych rozwiązań. To kompetencje, które nabywasz z wiekiem, z porażkami, z mądrością.

Powiedziałeś kiedyś, że nie wierzysz w przypadki. Że według ciebie wszystko w życiu dzieje się po coś. Takie przekonanie pomagało ci radzić sobie z poważnymi problemami zdrowotnymi, które miałeś jako zawodnik? Trochę ich było: lekarz Bayernu Monachium robił ci kiedyś zastrzyki z wyciągiem z byczej krwi. Była też sytuacja, że nie mogłeś utrzymać szklanki, bo opadał ci kciuk. Później usłyszałeś od lekarza, że gdybyś się do niego nie udał, groziłby ci paraliż.

Wydaje mi się, że tego typu myślenie w tamtych chwilach raczej nie pomagało. Wracam czasami myślami do tych problemów fizycznych, przez które nie mogłem występować. W tylu meczach chciałem grać, a musiałem oglądać je z boku. Jeśli powiem, że to było trudne, to będzie za mało. To było czymś traumatycznym, wręcz torturą, że nie mogłem wejść na boisko. Ja zawsze chciałem grać w każdym meczu. Brałem leki przeciwbólowe, żeby wyjść na sparing. Grać, grać, grać. Rywalizować. To mi przyświecało. A gdy byłem tylko z boku, w głowie pojawiało się wkurzenie, choć ono po pewnym czasie zaczęło trochę mijać. Pojawiła się akceptacja.

Reklama

Z czasem patrzysz na życie trochę inaczej. Dziś wiem, że gdybym nie zakończył kariery w wieku 33 lat, nie mógłbym tak szybko zostać trenerem. Grałbym pewnie do czterdziestki. A tak mam 42 lata i od prawie siedmiu lat jestem pierwszym szkoleniowcem. To mi pozwoliło szybciej wejść w tej roli na wysoki poziom.

Porozmawiajmy chwilę o mistrzostwach świata z 2014 roku. A konkretnie o dwóch scenkach z tego mundialu. Spotkanie z Iranem (3:2), bardzo ważne, trzeci set. Nagle czujesz koszmarny ból, nie jesteś w stanie dalej grać. Paweł Brandt, fizjoterapeuta, pomaga ci dojść do szatni. Była w tobie wtedy w ogóle myśl, że możesz już nie wystąpić w turnieju?

Od razu ją odepchnąłem. Nie brałem tego pod uwagę. W mojej głowie działo się coś takiego: „Czuję się beznadziejnie, ale trzeba działać. Gdzie jedziemy? Aha, na zastrzyk. Jakie zastrzyki? Ile środków przeciwbólowych? Ile zostało dni do finału mistrzostw? Muszę dojść do siebie”.

Finał z Brazylią miał miejsce osiem dni później. Polska wygrała 3:1 i jest takie piękne zdjęcie, na którym ty, jako kapitan, podnosisz do góry puchar w katowickim Spodku.

Reklama

Wyjątkowa chwila i ogromna satysfakcja. Miałem w głowie całą tę wyboistą drogę, którą właśnie pokonałem: najpierw super turniej, fantastyczni kibice. Później jeb, znowu dostałem młotem, ale się podniosłem. Wygrałem walkę ze zdrowiem, chęć zagrania o medale była zbyt wielka. A teraz zwycięstwo z Brazylią, złoto i właśnie podnoszę puchar. To był moment wielkiego spełniania i dumy, że nie odpuściłem. Czułem, że było warto, cokolwiek miałoby dziać się potem.

Winiarski podnosi w górę puchar za mistrzostwo świata. 2014 rok

Winiarski podnosi w górę puchar za mistrzostwo świata. 2014 rok

Jest kandydatem na następcę Nikoli Grbicia. „Spekulowanie o przyszłości to dla mnie abstrakcja”

Dziś bardzo dobre wyniki z kadrą osiąga Nikola Grbić, a wśród dziennikarzy, ekspertów i kibiców jest jednoznaczna opinia, że kandydat na polskiego następcę Serba jest oczywisty i jesteś nim właśnie ty. Co sobie myślisz, gdy słyszysz te głosy?

Reklama

W ogóle nie zastanawiam się nad tym. Te pytania i tego typu głosy są czymś naturalnym, bo długo nie było polskiego trenera reprezentacji i pewnie wiele osób chce, by taki ktoś kiedyś się pojawił. Dlatego rozumiem, że media starają się głośno o tym mówić, ale ja patrzę na to w innych kryteriach. Po pierwsze – Nikola jest selekcjonerem i osiąga sukcesy. Więc dlaczego my w ogóle mówimy o tym, że trzeba zmieniać trenera? A takie spekulowanie w kontekście przyszłości to dla mnie abstrakcja, bo ja sam wiem najlepiej, jak wszystko się zmienia.

Ktoś powie, że pierdzielę farmazony. Albo że nie mówię tego, co naprawdę myślę. A ja właśnie mówię to, co uważam. Daleko nie trzeba szukać. W ćwierćfinale play-offów przegraliśmy u siebie 2:3 pierwszy mecz z ZAKS-ą. Pojechaliśmy do Kędzierzyna na drugie spotkanie, będąc pod sporą presją. Było 1:1 w setach, w trzeciej partii ZAKSA prowadziła 20:17 i grała bardzo dobrze. My mieliśmy jeszcze swoje problemy zdrowotne i tak naprawdę byliśmy w tamtym momencie jakieś 40 minut od tego, żeby odpaść w ćwierćfinale i nie znaleźć się nawet w czwórce, mimo wygrania rundy zasadniczej. I co by wtedy było? Ktoś by pewnie zaczął narrację, że Winiarski to chyba jednak nie jest kandydat na trenera reprezentacji Polski.

Dlatego ja naprawdę się na tym nie skupiam. Co będzie kiedyś, to będzie. W tej chwili koncentruję się na codziennej pracy w klubie z Zawiercia.

Winiarski i Grbić, 2019 rok

Reklama

Winiarski i Grbić, 2019 rok

W finale PlusLigi, podobnie jak rok temu, mierzycie się z Bogdanką LUK Lublin. Wtedy oni byli górą w rywalizacji do trzech wygranych spotkań, zwyciężając 3:1. Teraz po pierwszym spotkaniu w Sosnowcu, świetnym w waszym wykonaniu, prowadzicie 1:0. Jak różni się twój zespół teraz, od tego sprzed roku?

To dwie różne drogi, które odbyliśmy. W zeszłym roku nasza droga była bardzo trudna i wyboista. Kontuzja ważnego zawodnika, czyli atakującego Karola Butryna, eliminowała nam również drugiego istotnego gracza. Na ataku musiał występować obcokrajowiec, przez co na libero nie mogliśmy wtedy wykorzystać znakomitego Luke’a Perry’ego, ze względu na limity. Rok temu skutki sezonu odczuwali praktycznie wszyscy. Mateusz Bieniek wracał po kontuzji, Aaron Russell też wyglądał zupełnie inaczej. Teraz, odpukać, tego typu problemy tak bardzo nas nie dotykają.

Co wyjątkowego ma w sobie klub z Zawiercia?

Reklama

Ten zespół tworzą ludzie, środowisko. Mamy niesamowitych kibiców, a w klubie osoby z pasją: zaczynając od prezesa, po wszystkich ludzi, pracujących tutaj. Wszyscy bardzo utożsamiają się z tym miejscem i właśnie to poczucie przynależności wydaje mi się czymś wyjątkowym.

Rok temu Aluron doszedł do wielkiego finału Ligi Mistrzów. Przegraliście jednak po tie-breaku z włoską Perugią. Teraz znów udało wam się dotrzeć do turnieju Final Four. W Turynie 16 maja zmierzycie się w półfinale z Ziraatem Bankkart Ankara.

Czy gdybyśmy rok temu swój półfinał rozgrywali w piątek, a nie w sobotę, tak jak Perugia, to byśmy ją pokonali? Dziś można tylko gdybać, choć uważam, że na wynik w tamtym finale złożyły się różne czynniki.

W Final Four Ligi Mistrzów nie ma już miejsca na wybieranie sobie rywali. Tu grają cztery zespoły, możliwe, że obecnie najlepsze w Europie, które w ćwierćfinałach musiały się uporać z innymi mocnymi drużynami. Ziraat ma znakomitych zawodników, ale my też i na pewno nie stoimy w tym spotkaniu na straconej pozycji.

Reklama

ROZMAWIAŁ: JAKUB RADOMSKI 

WIĘCEJ O SIATKÓWCE NA WESZŁO:

 

 

0 komentarzy
Jakub Radomski

Bardziej niż to, kto wygrał jakiś mecz, interesują go w sporcie ludzkie historie. Najlepiej czuje się w dużych formach: wywiadach i reportażach. Interesuje się różnymi dyscyplinami, ale najbardziej piłką nożną, siatkówką, lekkoatletyką i skokami narciarskimi. W wolnym czasie chodzi po górach, lubi czytać o historiach himalaistów oraz je opisywać. Wcześniej przez ponad 10 lat pracował w „Przeglądzie Sportowym” i Onecie, a zaczynał w serwisie naTemat.pl.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Polecane

Reklama