Coraz bardziej efektywny pragmatyzm. Papszun odmienił Legię

Przemysław Michalak

17 kwietnia 2026, 15:48 • 6 min czytania 30

Reklama
Coraz bardziej efektywny pragmatyzm. Papszun odmienił Legię

Legia Warszawa autorstwa Marka Papszuna to jeszcze nie jest gotowy produkt, ale po dziesięciu meczach z nowym trenerem już wyraźnie widać pewne zmiany. Wizualnie nie ma się czym zachwycać, choć już można dostrzec, że całość zmierza w kierunku rozwoju, który ten trener w zasadzie gwarantował zawsze, gdzie by się nie pojawił.

Reklama

Początki Papszuna przy Łazienkowskiej były chyba trudniejsze, niż nawet on zakładał. Spokojnie przepracowana zima z piłkarzami o mimo wszystko bardzo dużym potencjale w skali Ekstraklasy sama w sobie nie wystarczyła. Mentalna blokada pozostała.

A to nie był jedyny problem. Z planów transferowych niewiele wyszło. Bardzo długo jedynym zimowym nabytkiem stołecznej ekipy pozostawał wyjściowo rezerwowy bramkarz Otto Hindrich. Dopiero w trakcie rundy sprowadzony do ataku został Rafał Adamski. Opcja ewidentnie oszczędnościowa, której i tak nie udało się zrealizować sprawnie. Wizerunkowo wyglądało to co najmniej źle.

Jak Marek Papszun odmienił Legię Warszawa

Papszun gdzieniegdzie musiał podejść do sprawy na zasadzie „jak się nie ma tego, co się lubi, lubi się to, co się ma”. I tak na przykład w obliczu kontuzji Rubena Vinagre’a na zawodnika pierwszego składu wykreowany został doskonale mu znany z Rakowa Patryk Kun, który przecież jesienią długo terminował w rezerwach i znajdował się już praktycznie poza orbitami klubu.

Od nowego szkoleniowca na starcie oczekiwano przede wszystkim wyników. Do wszystkich w Legii dotarło, że najzwyczajniej w świecie bronią się przed spadkiem. Celowanie w coś większego niż spokojne utrzymanie było mrzonką i niepotrzebnym rozbudzaniem apetytów. Długoterminowo dobre rezultaty z Papszunem są niemalże pewne, ale pozostawała nutka wątpliwości, czy będzie on w stanie zapewnić w tym względzie zadowalające efekty od razu. Jako trener-warsztatowiec, a nie trener-strażak na pewno musiał iść na kompromisy.

Reklama

Pierwsze wiosenne tygodnie w lidze zapowiadały, że będzie naprawdę ciężko. Legia najpierw przegrała u siebie z Koroną Kielce, potem cudem uratowała punkt w Gdyni i dość szczęśliwie zremisowała w Katowicach. Termalica w tym okresie kilka razy mogła zepchnąć Wojskowych na ostatnie miejsce w tabeli.

Dziewięć meczów z rzędu bez porażki

Za przełom trzeba uznać domowe zwycięstwo nad Wisłą Płock i remis w Białymstoku. Z Wisłą Legia w końcu miała dobry wynik, ale potem straciła gola i wydawało się, że zaraz przegra. Zamiast tego w końcówce Kacper Chodyna wreszcie zrobił coś dobrze, idealnie przymierzył z woleja i cała Łazienkowska odetchnęła. Z Jagiellonią natomiast Legia pokazała, że potrafi się odbić mentalnie z niezwykle trudnego położenia. Przez prawie całą pierwszą Jaga bezlitośnie ją cisnęłą, zasłużenie prowadziła 2:0, a jednak ostatecznie nie wygrała.

Od tamtej pory oglądamy już typową na takie okoliczności Legię z papszunowskim piętnem. Średnia 1,5 pkt po dziesięciu spotkaniach na kolana nie powala, ale fakty są takie, że drużyna z Warszawy ma passę dziewięciu meczów ligowych bez porażki. W tym sezonie dłuższe serie miały tylko Wisła Płock (10) i Jagiellonia (11). A istnieje olbrzymie prawdopodobieństwo, że w piątkowy wieczór Legia wyrówna osiągnięcie Wisły, bo przecież Zagłębie Lubin u siebie to dla niej przeważnie jeden z najwdzięczniejszych momentów całych rozgrywek.

Reklama

Przewaga w posiadaniu piłki? A komu to potrzebne?

Jak można było przypuszczać, Papszun potrafił sprawić, że jego zawodnicy schowali ego do kieszeni i nastawili się na efektywność. Legia nie ma dziś ambicji, żeby dominować w meczach i nadawać ton grze. Tak jeszcze zaczęła wiosnę – w pierwszych trzech kolejkach zawsze miała wyższe posiadanie piłki niż przeciwnik i niewiele z tego uzyskała. W ostatnich siedmiu spotkaniach zdarzyło się to już jednak tylko raz – z Rakowem u siebie ((54%), gdy szybko trzeba było odrabiać straty.

Forma drużyny dostarczony przez Superscore

W pozostałych przypadkach jej posiadanie oscylowało w granicach 41-43% i dawało efekty. Często też oddawała mniej strzałów, za to częściej celne i z dobrych pozycji.

Legia na razie dużo remisuje (aż sześć razy), ale już nie przegrywa i regularnie punktuje. Mimo że rywal na boisku więcej czasu spędza z piłką, w ostatnich pięciu meczach to zawsze ona wypracowywała wyższe xG. W całej rundzie dotychczas zdarzyło się to siedmiokrotnie, z czego w sześciu przypadkach przeciwnik nie dochodził nawet do pułapu 1.00 w golach oczekiwanych.

Reklama

Najlepsza gra obronna w lidze, nie licząc stałych fragmentów

Potwierdzają się rzeczy, które dało się zaobserwować już jesienią: głównym problemem Legii pozostaje to, jak gra w ofensywie, bo zespołowo cały czas broni dobrze. Nie przez przypadek Wojskowi nadal mają najniższe w całej Ekstraklasie xG dla goli straconych – 29.02. Skoro realnie stracili 32 bramki, kilka razy coś poszło nie tak jeśli chodzi o bramkarza. Nie dziwi, że Otto Hindrich szybko posadził na ławkę Kacpra Tobiasza.

Oczywiście ta opinia nie dotyczy obrony przy stałych fragmentach gry. To wciąż pięta achillesowa legijnej defensywy. Trzy ostatnie gole Legia straciła po rzutach rożnych:

  • z Radomiakiem (Maurides)
  • z Rakowem (Diaby-Fadiga)
  • z Górnikiem (Bochniewicz)

Tutaj Papszun i jego sztab ciągle zdają się być w punkcie wyjścia. Generalnie szwankuje też gra obronna w powietrzu. Z jedenastu bramek wpuszczonych wiosną, aż siedem dotyczy strzałów głową.

Reklama

Bywa, że w takich sytuacjach decydują kwestie mentalne, których nie da się rozrysować na tablicy. – Zawiodły nasze mechanizmy obronne. Zabrakło mi determinacji. Ostatni stały fragment, wygrywasz 1:0, nie widziałem pasji do bronienia w ostatniej akcji. Musisz go za wszelką okazję wybronić. Nie będę mówić o jakichś tam sztuczkach, ale zabrakło determinacji w bronieniu – narzekał Papszun po remisie z Górnikiem.

Marek Papszun

Gol z akcji strzelony Legii? Coraz trudniejsza rzecz

Zabrzanie wyrównali w ostatnim akcie. Koncentracja w doliczonym czasie pierwszej bądź drugiej połowy pozostaje do rzetelnego przepracowania, skoro Legia w tej kwestii jest najgorsza w stawce (osiem goli straconych w minutach 45+ lub 90+). Wiosną doszło do tego z Koroną (Stępiński) i właśnie z Górnikiem.

Warto jednak docenić, że wbicie bramki Legii z akcji jest już zadaniem naprawdę trudnym. Po raz ostatni udało się to 1 marca Jagiellonii, gdy jej piłkarze wznieśli się na wyżyny swoich umiejętności. Rozegranie od własnego pola karnego wykończone na 2:0 przez Pululu jest mocnym kandydatem na akcję sezonu. Od tamtej pory jedyna broń na Hindricha i spółkę to wrzutka ze stałego fragmentu.

Reklama

Można już chyba w trybie oznajmującym stwierdzić, że Marek Papszun w większości aspektów uporządkował podstawy w grze Legii. To wystarcza, żeby nie schodzić z boiska pokonanym, a coraz częściej daje zwycięstwa. Zakładając, że progres będzie postępował, Wojskowi raczej nie będą drżeć o utrzymanie do ostatniej kolejki. Nadal jednak mówienie o czymkolwiek więcej wydaje się nie na miejscu, a przed meczem z Górnikiem nawet sam trener pozwolił sobie na lekki odjazd.

– Możemy myśleć o pucharach, jeżeli złapiemy dobrą serię. Dwa najbliższe mecze będą kluczowe. Jeżeli je wygramy, to będziemy mogli myśleć o czymś więcej. Jeżeli nie, to będziemy bili się do końca o utrzymanie – wyrwało się Papszunowi przed starciem z Górnikiem.

Skoro przed tygodniem nie udało się zwyciężyć, zakładamy, że trener Legii nawet w razie wygranej z Zagłębiem będzie zakładał tylko walkę o utrzymanie. I słusznie. W obecnej sytuacji jego zespołu jedzenie małą łyżeczką naprawdę nie stanowi żadnej ujmy.

Reklama

Czytaj więcej na Weszło:

Fot. FotoPyK/Newspix

30 komentarzy
Przemysław Michalak

Jeżeli uznać, że prowadzenie stronki o Realu Valladolid też się liczy, o piłce w świecie internetu pisze już od dwudziestu lat. Kiedyś bardziej interesował się ligami zagranicznymi, dziś futbol bez polskich akcentów ekscytuje go rzadko. Miał szczęście współpracować z Romanem Hurkowskim pod koniec jego życia, to był dla niego dziennikarski uniwersytet. W 2010 roku - po przygodach na kilku stronach - założył portal 2x45. Stamtąd pod koniec 2017 roku do Weszło wyciągnął go Krzysztof Stanowski. I oto jest. Najczęściej możecie czytać jego teksty dotyczące Ekstraklasy – od pomeczówek po duże wywiady czy reportaże - a od 2021 roku raz na kilka tygodni oglądać w Lidze Minus i Weszłopolskich. Kibicowsko nigdy nie był mocno zaangażowany, ale ostatnio chodzenie z synem na stadion sprawiło, że trochę odżyła jego sympatia do GKS-u Tychy. Dodając kontekst zawodowy, tym chętniej przyjąłby długo wyczekiwany awans tego klubu do Ekstraklasy.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Ekstraklasa

Reklama
Ekstraklasa

350 zł za gola Legii z Zagłębiem (kurs 1,17 za 2 zł)! Na start w Superbet

Damian Maniecki
0
350 zł za gola Legii z Zagłębiem (kurs 1,17 za 2 zł)! Na start w Superbet