Manchester City straszy Arsenal. Deklasacja na Stamford Bridge

Marcin Ziółkowski

12 kwietnia 2026, 19:36 • 5 min czytania 5

Reklama
Manchester City straszy Arsenal. Deklasacja na Stamford Bridge

Po porażce Arsenalu z Bournemouth, drużyna Manchesteru City nie mogła doczekać się wyjścia na murawę. Choć pierwsza połowa była do zapomnienia, to po przerwie Chelsea nie miała już żadnych argumentów. Nieco ponad kwadrans wystarczył podopiecznym Pepa Guardioli do tego, aby przypomnieć o sobie w kontekście walki o mistrzostwo Anglii. Manchester City wygrał 3:0, a The Blues tracą do miejsca gwarantującą Ligę Mistrzów w przyszłym sezonie już cztery punkty. Rayan Cherki po występie w Londynie ma już 10 ligowych asyst.

Reklama

Okoliczności meczu

Chelsea, mimo kolejnych znaczących inwestycji w drużynę, musiała się w tym sezonie zadowolić rywalizacją o najlepszą piątkę Premier League. Aby nadal być w walce o zapewnienie sobie udziału w kolejnej edycji Ligi Mistrzów musiała powtórzyć to, co zrobił już wcześniej w tej kolejce Liverpool – po prostu wygrać. Nie była to jednak łatwa misja.

Kolejny mecz bez zawieszonego Enzo Fernandeza, który powiedział ostatnio parę słów za dużo, to jedno.

Innym aspektem jest fakt, że od zwycięstwa w Lizbonie w finale Ligi Mistrzów w 2021 roku, The Blues nie wygrali z Manchesterem City ani razu. The Citizens z kolei byli bardzo zmotywowani, aby gonić potykający się o własne nogi Arsenal. The Gunners przegrali z Bournemouth, otwierając drogą Pepowi Guardioli i jego piłkarzom do zrobienia kolejnej wielkiej rzeczy. Rywalizacja zapowiadała się więc bardzo ciekawie.

Reklama

Czterdzieści pięć minut futbolu w Londynie zachęcało do drzemki

Z trybun oglądali spotkanie m.in. Ginafranco Zola i były piłkarz obydwu klubów Frank Lampard. Manchester City powoli próbował zdominować rywala, a także sprawdzić możliwości Roberta Sancheza. Pierwszy strzał na bramkę, który mógł stworzyć realne zagrożenie to jednak uderzenie Cole’a Palmera. Angielski playmaker znacząco rozkręcił kontrę, ale uderzył w boczną siatkę prostokąta, który ochraniał Gianluigi Donnarumma.

Po 16 minutach Joao Pedro przechytrzył rywali, wykładając piłkę do Marca Cucurelli. Hiszpan wybiegł za linię obrony i umieścił piłkę w siatce, uderzając w dalszy róg bramki Donnarummy. Odgwizdano jednak ofsajd. Był to sygnał ostrzegawczy dla Manchesteru City, który co nieco przysnął w tym spotkaniu po dobrym początku. Po kilkudziesięciu sekundach ze zbliżonego sektora uderzał Pedro Neto.

Reklama

Manchester City mocno zawodził. Początkowe ataki były tylko chwilowym przebłyskiem ofensywy w pierwszej połowie. Aby odpowiednio umiejscowić to w ramy czasowe – goście nie mieli na koncie celnego strzału przez ponad pół godziny. Trend zmienił Bernardo Silva, który zmusił Sancheza do wykazania się refleksem. Do przerwy jedną (bardzo łatwą dla golkipera) próbę dołożył Rayan Cherki, a dobrą okazję miał też niewidoczny Antoine Semenyo (strzał po zejściu ze skrzydła, po rykoszecie dał rzut rożny). Było to widowisko o marnej jakości. Do czasu.

Manchester City doszedł do głosu. W samą porę, bo trzeba gonić Arsenal

Krótko po przerwie goście ruszyli z animuszem i wielką werwą. Przypomniał o sobie Erling Haaland. Otrzymał piłkę w dogodnej sytuacji i ponownie w tym meczu jego strzał został zablokowany. W pierwszej części spotkania był tak niewidoczny, że niektórzy widzowie mogli zapomnieć o jego obecności na boisku. Nie minęło dużo czasu i Chris Kavanagh dostał podkładkę pod ewentualnego karnego, ale nie zdecydował podyktować jedenastki dla gości. Cole Palmer kopnął Jeremy’ego Doku, który następnie źle stanął na nodze i przewrócił się.

Manchester napierał, gniótł Chelsea. Sytuacja na tablicy wyników zmieniła się w 51. minucie. Rayan Cherki dokładnie dośrodkował w pole karne, a będący obok Haalanda Nico O’Reilly przechytrzył Andreya Santosa. Manchester City strzelił jakże potrzebnego gola, aby walczyć z Arsenalem w końcówce sezonu o tytuł mistrza Anglii.

Reklama

W pierwszym kwadransie po wznowieniu gry Londyńczyków biła po oczach nie tylko kolorystyka szaro-limonkowych strojów gości, ale też jakość piłkarska. Na kolejne efekty działania Cherkiego nie trzeba było długo czekać. 57. minuta to znakomite podanie Francuza do Marca Guehiego, który pokonał Sancheza. Wyjątkowo słodki smak miał ten gol – w końcu mowa o zawodniku, na którym The Blues się nie poznali. W Chelsea Guehi ani razu nie zagrał w meczu Premier League. Cherki dobił przy okazji do 10 asyst w lidze.

Chelsea w drugiej części spotkania była jak ich rywale w pierwszej połowie. Z tą różnicą, że Citizens z czasem doszli do głosu i wykorzystywali okazje pod bramką Sancheza. Sam Hiszpan miał nad czym myśleć w 68. minucie. Szybko wznowił grę, podał do Moisesa Caicedo, a ten… stracił piłkę i po paru sekundach Jeremy Doku cieszył się z gola. Było po zabawie, City miało trzybramkową przewagę.

Reklama

Tempo spotkania uspokoiło się. Pep Guardiola dał szansę gry choćby Savinho czy Philowi Fodenowi. Przed dawną publicznością pokazał się też Mateo Kovacić. Liam Rosenior nie miał recepty na problemy Chelsea, która przegrała trzeci mecz z rzędu w Premier League. Kiedy mogła strzelić gola honorowego, to świetną paradą popisał się Donnarumma. Manchester City, choć ma zaległe spotkanie do rozegrania, traci sześć oczek do prowadzącego Arsenalu.

19 kwietnia na Etihad obydwie drużyny zmierzą się w bezpośrednim starciu. Można ostrzyć sobie już na to zęby.

Reklama

Chelsea – Manchester City 0:3 (0:0)

  • 0:1 – Nico O’Reilly – 51′
  • 0:2 – Marc Guehi – 57′
  • 0:3 – Jeremy Doku – 68′

CZYTAJ WIĘCEJ O PREMIER LEAGUE NA WESZŁO:

Fot. Newspix

5 komentarzy
Marcin Ziółkowski

Człowiek urodzony w roku stulecia swojego przyszłego ulubionego klubu. Schodzący po czerwonej kartce Jens Lehmann w Paryżu w finale Ligi Mistrzów 2006 to jego pierwsze piłkarskie wspomnienie. Futbol egzotyczny nie jest mu obcy. Przykład? W jednej z aplikacji ma ustawioną gwiazdkę na tajskie Muangthong United, bo gra tam niejaki Emil Roback. Inspiruje się Robertem Kubicą, Fernando Alonso i Ottem Tanakiem, bo jest zdania, że warto dać z siebie sto i więcej procent, nawet mimo niesprzyjających okoliczności. Po szkole godzinami czytał o futbolu na Wikipedii, więc wybudzony nagle po dwóch godzinach snu powie, że Oleg Błochin grał kiedyś w Vorwarts Steyr. Potrafi wstać o trzeciej nad ranem na odcinek specjalny Rajdu Safari, ale nigdy nie grał w Colina 2.0. Na meczach unihokeja w szkole średniej stawał się regenem Lwa Jaszyna. Esencją piłki jest dla niego styl rodem z Barcelony i Bayernu Flicka, bo Zdenek Zeman i jego podejście to życie, a posiadanie piłki jest przehajpowane

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Piłka nożna

Reklama