Garnacho z odrobiną refleksji na temat odejścia z United

Marcin Ziółkowski

11 kwietnia 2026, 20:49 • 3 min czytania 0

Reklama
Garnacho z odrobiną refleksji na temat odejścia z United

Alejandro Garnacho podczas ostatniego letniego okienka transferowego zamienił Manchester na Londyn. Zmiana ta wywoływała emocje, które sugerowały raczej, że więcej zyskają na tym Czerwone Diabły aniżeli The Blues. Chelsea zapłaciła za niego 40 milionów funtów i póki co Argentyńczyk jest sporym zawodem. Podobne uczucie towarzyszyło w Manchesterze przy okazji jego odejścia. Garnacho naszła refleksja. Przyznał w ostatniej rozmowie, że w pewnym momencie zaczął robić złe rzeczy i widzi w tym trochę swojej winy.

Reklama

Może i Garnacho „stracił głowę”, ale nie żałuje samej zmiany

Argentyński skrzydłowy stracił na znaczeniu, gdy do Manchesteru przybył pracować Ruben Amorim. Od tego czasu piłkarz momentów (pamiętamy przecież jego fantastyczną, nagrodzoną później bramkę z przewrotki) przestał gwarantować nawet to, z czego był znany. Jego forma drastycznie spadła, a sprzedaż do Chelsea można było uznawać w kategorii majstersztyku. Gdy przychodził on bowiem do Manchesteru United, Czerwone Diabły były winne Atletico nieco ponad 400 tysięcy euro, więc zarobek na piłkarzu tej klasy był bardzo duży.

Garnacho oskarżano o to, że jest szatni United tzw. kretem i z powodu frustracji wynosi informacje do mediów. Do tego jego brat – mówiąc delikatnie – niezbyt pochlebnie komentował sytuację nt. klubu w mediach społecznościowych. Miał być wielką gwiazdą, a zaczął kibiców denerwować i z pozycji bohatera stał się kimś bardzo niedojrzałym, chimerycznym, po prostu dużym dzieckiem. Śmiało można rzec, że nikt po nim w takich okolicznościach nie płakał.

W ostatniej rozmowie z Premier League Productions, Garnacho zdobył się na kilka refleksji. Przyznał m.in. że nie powie złego słowa na swoich dawnych kibiców, bowiem dostał w czerwonej części Manchesteru ogrom miłości. Dodał też, że wszystko czego doświadczył w klubie z Old Trafford było dobre.

Reklama

– Możliwe, że tak, ponieważ kochałem ten klub [Czy żałuje on stylu, w jakim odszedł z United – przyp. MZ]. Dali mi pewność siebie od samego początku. Od kiedy przybyłem z Hiszpanii, po moment, że trafiłem do akademii, potem pierwszego zespołu. To był czas czterech, pięciu lat i naprawdę niesamowita miłość od wszystkich. Fani, stadion, wszystko naprawdę było dobre.

– Czasem musisz zrobić zmianę dla dobra swojego życia, kolejny krok. Mam z United tylko pozytywne wspomnienia. Pamiętam ostatnich sześć miesięcy, to nie było to, co do tej pory w klubie. Zaczynałem na ławce, ale to nie jest samo w sobie złe, miałem 20 lat. W mojej głowie miałem coś takiego, że musiałem grać w każdym meczu.

– Moim zdaniem, to też może moja wina, że zacząłem robić złe rzeczy. To był ten moment w życiu, że trzeba było podjąć decyzję i jestem naprawdę dumny z tego, że tu jestem. W takim klubie, do tego w Premier League.

Reklama

W kontekście United nie mam do powiedzenia niczego złego na temat klubu czy kolegów. To był moment na zmianę, życie trwa dalej, nie żałuję [de facto samej zmiany klubu – przyp. MZ].

Alejandro Garnacho póki co nie podbił Premier League w barwach The Blues. Ba, nie rozegrał nawet 50% możliwych minut. Tylko jedno z ośmiu trafień w tym sezonie miało miejsce w rozgrywkach ligowych. Było to pod koniec października z Sunderlandem. To bardzo słaby wynik jak na wzmocnienie za 40 milionów funtów. Łącznie dla Chelsea strzelił osiem goli w 37 występach.

CZYTAJ WIĘCEJ O PREMIER LEAGUE NA WESZŁO:

Fot. Newspix

0 komentarzy
Marcin Ziółkowski

Człowiek urodzony w roku stulecia swojego przyszłego ulubionego klubu. Schodzący po czerwonej kartce Jens Lehmann w Paryżu w finale Ligi Mistrzów 2006 to jego pierwsze piłkarskie wspomnienie. Futbol egzotyczny nie jest mu obcy. Przykład? W jednej z aplikacji ma ustawioną gwiazdkę na tajskie Muangthong United, bo gra tam niejaki Emil Roback. Inspiruje się Robertem Kubicą, Fernando Alonso i Ottem Tanakiem, bo jest zdania, że warto dać z siebie sto i więcej procent, nawet mimo niesprzyjających okoliczności. Po szkole godzinami czytał o futbolu na Wikipedii, więc wybudzony nagle po dwóch godzinach snu powie, że Oleg Błochin grał kiedyś w Vorwarts Steyr. Potrafi wstać o trzeciej nad ranem na odcinek specjalny Rajdu Safari, ale nigdy nie grał w Colina 2.0. Na meczach unihokeja w szkole średniej stawał się regenem Lwa Jaszyna. Esencją piłki jest dla niego styl rodem z Barcelony i Bayernu Flicka, bo Zdenek Zeman i jego podejście to życie, a posiadanie piłki jest przehajpowane

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Piłka nożna

Reklama