Jastrzębski Węgiel. Migawki z historii upadłego giganta

Sebastian Warzecha

11 kwietnia 2026, 18:40 • 12 min czytania 4

Reklama
Jastrzębski Węgiel. Migawki z historii upadłego giganta

Długo był Jastrzębski Węgiel klubem aspirującym do wielkości. Potem – po pierwszym mistrzostwie kraju – często obracającym się w krajowej czołówce, ale mimo wszystko niespełnionym. Brakowało śląskiej ekipie tytułów, choć medale dokładała do dorobku regularnie. Zawsze problemem okazywał się jednak ten finalny krok. Zmieniło się to w ostatnich latach. I paradoksalnie – to właśnie tuż po największych sukcesach, górnicza ekipa upadła. Jastrzębski Węgiel wycofał się bowiem z PlusLigi. Jak będziemy wspominać tę ekipę?

Reklama

Jastrzębski Węgiel. Fragmenty historii śląskiego klubu

Trudno zaprzeczyć tezie, że w ostatniej dekadzie to jeden z najlepszych polskich klubów – pewnie jedynie za kędzierzyńską ZAKS-ą, bo nie da się zignorować trzech wygranych w Lidze Mistrzów. Jastrzębski jednak wspiął się na podobny poziom: zdobywał mistrzostwa, wygrał Puchar Polski, walczył o tytułu w Europie. Generalnie: był wielki, naprawdę wielki.

A teraz upadł. Tak to się czasem plączą sportowe losy.

CZYTAJ: UPADŁ SIATKARSKI GIGANT. „ZAKOŃCZONE ZOSTAŁY WSZYSTKIE KONTRAKTY”

W hali Jastrzębskiego grać ma teraz Barkom-Każany Lwów. Na Śląsku z kolei walczyć będą o to, by utrzymać Akademię Talentów i być może – gdy wiatr zacznie sprzyjać – powrócić do plusligowej elity. Na razie jednak o występach w najwyższej klasie rozgrywkowej, a tym bardziej o walce o trofea, mogą zapomnieć.

Reklama

Pozostają więc wspomnienia. No to z czego zapamiętamy Jastrzębski Węgiel najbardziej?

Upragniony tytuł

Historia Jastrzębskiego sięga początku lat 60., ale debiut w najwyższej klasie rozgrywkowej zbiegł się w czasie z upadkiem komuny, bo nastąpił w 1989 roku. I już dwa lata później napisała się historia – zespół zdobył brązowy medal. W dodatku: po rywalizacji z utytułowanym i znacznie lepiej znanym na krajowej arenie Płomieniem Milowice, byłym triumfatorem Pucharu Mistrzów.

Sami zawodnicy po latach w materiale „Dziennika Zachodniego” wspominali, że byli jak rodzina i to popchnęło ich do medalu mistrzostw Polski. – Spotykaliśmy się w restauracjach, na „domówkach”. Z żonami, partnerkami, całymi rodzinami. Mieliśmy dobre kontakty. To była przyczyna sukcesów – mówił trener Bronisław Orlikowski.

Reklama

Kolejnych sukcesów jednak nie było – zresztą ledwie kilka sezonów później Jastrzębski zleciał z ligi. Wrócił do elity po czterech latach… i aż do teraz z niej nie wypadł. W sezonie 2000/01 zdobył drugi medal mistrzostw Polski, znów brąz, równo w 10. rocznicę pierwszego. Ale za tym sukcesem tym razem poszły kolejne. Rok później było co prawda czwarte miejsce, w sezonie 2002/03 wrócili jednak na podium, jeszcze raz na jego najniższy stopień.

A potem przyszła kampania 2003/04. Ta absolutnie historyczna.

Ivett Jastrzębie Borynia – tak zwała się wówczas ta ekipa (tuż po mistrzostwie nazwa zmieniła się finalnie na Jastrzębski Węgiel). Prowadził ją Igor Prielożny, znany w Polsce trener, w kolejnych latach pracujący też w lidze kobiecej i tam również odnoszący sukcesy. Nazwiska zawodników? Trafiły się i takie całkiem znane. Grali wówczas w Jastrzębiu młody Marcin Wika, był Piotr Gabrych, któremu wystrzeliła wówczas forma i dostał się – w wieku 32 lat – do kadry, czy na przykład niezwykle już wówczas doświadczony, 43-letni (!) Krzysztof Wójcik na pozycji libero.

Nie była to jednak – w żadnym razie – drużyna wielkich nazwisk i uznanych graczy. Znów: decydował kolektyw, bo w Jastrzębiu byli wówczas mocno ograniczeni finansowo. Nikt nie oczekiwał od nich cudów, każdy kolejny medal byłby sukcesem. A tu niespodzianka i pierwszy, historyczny tytuł.

Reklama

– Drużyna była bardzo dobrze skomponowana. Trzeba podkreślić także indywidualności. Przemek Michalczyk – super sezon, Piotrek Gabrych – najlepszy zawodnik. Wszyscy tworzyliśmy zgraną ekipę, która sięgnęła po to pierwsze, historyczne złoto. Łezka się w oku kręci, jak możemy sobie przypomnieć tamte czasy – wspominał to przy okazji meczu zorganizowanego w 20. rocznicę tamtego złota Leszek Dejewski, wieloletni asystent w ekipie Jastrzębskiego (cytat za Dziennikiem Zachodnim).

Jastrzębski Węgiel 2004

Złoci medaliści PlusLigi z sezonu 2003/04. Fot. Newspix

Trzeba przyznać zresztą, że Jastrzębie cały sezon grało bardzo równo. Siatkarze ze Śląska byli najlepsi w tabeli zasadniczej (bilans 14-4, taki sam jak Skra Bełchatów, ale o jeden punkt więcej), a potem w fazie play-off ograli NKS Nysa (3:1, w rywalizacji do trzech wygranych), AZS Częstochowa (3:2, po niesamowitej pięciosetówce w ostatnim spotkaniu) i wreszcie PZU AZS Olsztyn w finale.

Reklama

Ta ostatnia rywalizacja nie miała już żadnej historii – jastrzębianie wygrali trzy spotkania i ekspresowo zapewnili sobie tytuł.

Jedyny na kolejnych 17 lat.

Era sukcesów

Gablota Jastrzębskiego w kolejnych sezonach powiększała się bowiem głównie o medale, nie było za to trofeów. Od sezonu 2004/05 aż do 2019/20 (przerwanego przez COVID) ekipa ze Śląska tylko trzykrotnie wypadła z najlepszej „4”. Równocześnie jednak ani razu nie zdobyła mistrzostwa kraju.

Było drugie miejsce w 2006 i powtórka rok później, bo wielka Skra Bełchatów była wtedy nie do ogrania. Był brąz w 2009 roku. I historyczna chwila w 2010, bo choć raz jeszcze skończyło się wicemistrzostwem (tak, znowu wygrała Skra), to w Pucharze Polski Jastrzębie po raz pierwszy w swej historii było najlepsze.

Reklama

Rok później w PlusLidze było słabiej – tylko 7. miejsce. Ale i tak udało się napisać nieco historii, bo śląska drużyna zagościła w Final Four Ligi Mistrzów. Sezon 2011/12 to ciągłe „o krok”. 4. miejsce w lidze, finał Pucharu Polski i finał… Klubowych Mistrzostw Świata. Lepsze było wówczas włoskie Trentino, prawdziwy dominator tych rozgrywek w tamtych latach – ten klub jeszcze zresztą się w tym tekście pojawi.

Kolejne lata? Medale PlusLigi, zawsze jednak brązowe (2013, 2014, 2017 i 2019), finały Pucharu Polski i jeden historyczny moment – brąz Ligi Mistrzów w sezonie 2013/14. Złota jednak mocno brakowało.

Aż przyszedł „pocovidowy” sezon 2020/21.

Wielkim faworytem rozgrywek była wtedy ZAKSA. Kędzierzynianie zdominowali rywalizację w fazie zasadniczej, zdobywając 70 punktów. Jastrzębski był drugi, miał na koncie 56 oczek. I zgodnie z rozstawieniem, obie te ekipy przeszły przez fazę play-off, docierając do finału. Możliwe, że tam do ZAKS-y dotarło zmęczenie. Może gra na trzech frontach – byli już wówczas w finale Ligi Mistrzów – i presja związana z nadzieją na potrójną koronę do nich dotarła.

Reklama

A może po prostu forma tamtych dni stała po stronie Jastrzębskiego. W każdym razie ekipa prowadzona przez Andreę Gardiniego (w środku sezonu zmienił Luke’a Reynoldsa) okazała się lepsza. Dwukrotnie wygrała 3:1. Szalał Tomasz Fornal, znakomite spotkania zaliczył też Jakub Bucki (MVP drugiego meczu), a dokładali się tacy zawodnicy jak Jakub Popiwczak, Łukasz Wiśniewski, Lukas Kampa, Rafał Szymura czy Jurij Hładyr. W Jastrzębiu zbudowali znakomitą drużynę, gotową do walki o najwyższe cele.

Jastrzębski Węgiel

Jastrzębski Węgiel świętujący drugie mistrzostwo w historii klubu. Na tle, niestety, pustych covidowych trybun. Fot. Newspix

Wtedy pokazała to po raz pierwszy.

Reklama

– Rok temu też nie czuliśmy się gorsi od ZAKSY. Wiadomo, gdyby wówczas spytać się jakiegokolwiek dziennikarza, eksperta, kibica, to każdy obstawiał wygraną kędzierzynian. To mnie nie dziwiło – wygrali Puchar, Superpuchar, czekał ich finał Ligi Mistrzów. Nie oszukujmy się, byli faworytami. Ale absolutnie nie planowaliśmy pojechać do nich na halę, dostać lanie, wrócić do Jastrzębia, a potem cieszyć się ze srebrnego medalu. My naprawdę czuliśmy, że jesteśmy w stanie ich pokonać. Mieliśmy bardzo dobrą drużynę. Pomagała nam szeroka ławka, Kuba Bucki dawał fenomenalne zmiany – mówił nam Tomasz Fornal kilka miesięcy po tamtym sukcesie.

Sukcesie, który nakręcił Jastrzębski… ale którego nie udało się od razu powtórzyć. W sezonie 2021/22 ZAKSA zdobyła bowiem potrójną koronę, udowadniając, że jest – na tamten moment – najlepsza w kraju. Ale rok później Jastrzębski wrócił na szczyty, rewanżując się kędzierzynianom w tej rywalizacji. No, w lidze. Tam bowiem Ślązacy byli najlepsi. Ale przegrali w Pucharze Polski (0:3, choć był to bardzo wyrównany mecz) i, co najważniejsze, w Lidze Mistrzów.

Ta ostatnia porażka była niezwykle bolesna. W polskim finale Jastrzębski zaczął lepiej, od wygranej partii. Drugą zgarnęła jednak ZAKSA, a w trzeciej podopieczni Marcelo Mendeza nie istnieli. Gdy jednak uratowali czwartą, wygrywając 30:28, wydawało się, że momentum stoi po ich stronie. W tie-breaku wyszło jednak doświadczenie dwukrotnych triumfatorów tych rozgrywek – to oni poradzili sobie z presją, triumfowali 15:12 i zgarnęli ligomistrzowego „hat-tricka”.

Jastrzębski w finale LM zagościł jeszcze rok później, jednak wtedy nie było już takiej historii – lepsze, w trzech setach, okazało się przywoływane już Trentino.

Reklama

Era sukcesów na tym się jednak nie skończyła. Bo to był też sezon z trzecim w cztery lata mistrzostwem kraju. A w zeszłym roku wpadł wreszcie upragniony Puchar Polski. Było też trzecie miejsce w Lidze Mistrzów, ale też zarys problemów, w które wpadał klub, po cichu przebąkiwało się, że przed Jastrzębskim Węglem trudne lata.

Że jednak klub całkowicie – ledwie dwa lata po drugim finale LM i czwartym w historii mistrzostwie – zniknie z mapy polskiej siatkówki?

Tego nie przewidywał wówczas nikt.

Duma miasta

Są takie drużyny siatkarskie, które mają problemy z tym, by stać się tożsame ze swoim miastem. PGE Projekt Warszawa zawsze będzie mieć konkurencję w postaci piłki nożnej czy koszykówki. Bogdanka LUK Lublin jest w mieście znana i lubiana, ale piłkarski i żużlowy Motor odbierają jej sporą część uwagi. Jednak już na przykład Skra Bełchatów to – mimo że piłkarski GKS swoje potrafił osiągnąć – jest symbolem tego miasta. Podobnie Aluron CMC Warta w Zawierciu.

Reklama

No i Jastrzębski Węgiel w Jastrzębiu-Zdroju.

Jasne, są i inne kluby sportowe w największym (darmowa ciekawostka) polskim mieście bez kolei. Ale piłkarski GKS – zresztą też upadły – w najwyższej klasie rozgrywkowej grał raz, w sezonie 1988/89, a w ostatnich latach kręcił się po trzecim poziomie rozgrywkowym, bez wyników w dodatku. Siatkarze stali się więc dumą – jakby nie było – sporego miasta. A że dodatkowo to miasto górnicze, ich sponsorowała spółka górnicza właśnie, w nazwie był „Węgiel”… no to wszystko się zgadzało.

Zresztą był to klub przesiąknięty tą atmosferą. Zawodników w przeszłości – a czasem i dziś – regularnie zwożono do kopalni, by zobaczyli i poznali panujące tam warunki oraz pracujących „na dole” ludzi. Hala na meczach JW zapełniała się bardzo często, a doping był żywiołowy. Generalnie połączenie na linii fani-klub istniało i było to widać też w ostatnich dniach, gdy na pożegnaniu klubu zjawiło się kilkaset osób, odśpiewujących klubowy hymn i robiących sobie zdjęcia z zawodnikami, których żegnali.

Jastrzębski Węgiel. Pożegnanie klubu

Reklama

Jastrzębski Węgiel. Pożegnanie zespołu z kibicami. Fot. Newspix

To faktycznie był ich klub, nie jakaś obca, sprowadzona tam drużyna. Jastrzębski był zakorzeniony w historii swojego miasta. Historii, która teraz została przerwana, ale trwa walka o to, by choćby jej część została uratowana.

Bo w tym sęk – to nie tak, że chodzi w Jastrzębiu-Zdroju o siatkówkę samą w sobie. Gdyby tak było, to pewnie ten Barkom-Każany wypełniłby pustkę. Nie, to nie to. Chodzi o to, że to był tamtejszy klub, z tamtejszą historią. I że była to ekipa o – no właśnie – dumnej historii, w której wiele wątków i sukcesów sprowadzało się do słowa „wspólnota”. Bo to była wspólnota, o czym pewnie najlepiej wie tak związany z tym klubem Leszek Dejewski.

A skoro o nim mowa…

Reklama

Panteon legend

Mecz o 3. miejsce – wygrany – w poprzednim sezonie Ligi Mistrzów był z jednej strony szczęśliwy dla fanów Jastrzębskiego Węgla, bo ich klub po raz kolejny zdobył medal najważniejszych europejskich rozgrywek. A z drugiej? Było to pożegnanie, pełne łez, ale i dobrych wspomnień. Z drużyny odchodziły bowiem dwie absolutne legendy śląskiego klubu: Jakub Popiwczak i Tomasz Fornal.

Na pewno jakaś część historii Jastrzębskiego Węgla się kończy. Odchodzą przede wszystkim Tomek i Kuba, legendy tego klubu, które napisały niesamowitą historię z wieloma medalami i w Polsce, i w Europie. To wspaniali zawodnicy i wspaniali ludzie. Jastrzębie zapamięta ich na zawsze i na zawsze będzie miało ich w sercu – mówił wtedy Łukasz Kaczmarek, atakujący klubu.

Ten pierwszy przyszedł do Jastrzębia tuż przed erą największych sukcesów i stał się jednym z głównych autorów tejże, wyrastając w kilka sezonów na lidera Śląskiej ekipy, a z czasem i reprezentacji Polski. Przyszedł tam w 2019 roku, z Cerrad Czarnych Radom, jego pierwszego seniorskiego klubu. Grał w Jastrzębiu sześć lat, wszystkie – poza mistrzostwem z 2004 i pucharem z 2010, rzecz jasna – wielkie sukcesy klubu, były jego udziałem.

– Mamy jeszcze umówiony dłuższy wywiad z chłopakami z klubu, wtedy sobie to wszystko podsumuję. Bo na razie nie w pełni rozumiem to, że to już koniec. Może jak wypiję jedno czy dwa piwka, to zacznę? – mówił tuż po swoim ostatnim meczu w barwach Jastrzębia. Pokochał się Tomek trochę z Jastrzębiem, ale i on nie zrobił tego tak, jak Jakub Popiwczak.

Reklama

Libero śląskiej drużyny był bowiem jej wychowankiem. Jednym z produktów Akademii Talentów Jastrzębskiego Węgla, dumą tego klubu. W dorosłej drużynie grać zaczął jeszcze jako niepełnoletni chłopak – jego debiut w lidze to rok 2012. Pożegnał się 13 lat później. Kawał czasu, kawał pięknej historii.

CZYTAJ: LIGA MISTRZÓW SIATKARZY. UMIERALNIA, DUMA I POŻEGNANIA

Chciałbym powiedzieć coś mądrego, chwytającego za serce, żeby ktoś czytając to, coś z tego wyniósł. A najłatwiej przychodzą mi łzy. Przygotowywałem się na ten moment od jakiegoś czasu, wiedziałem, że nastąpi. Fajnie by było spędzić go na boisku, choć w tej chwili nie ma to żadnego znaczenia. Przeżyłem w tym klubie mnóstwo wspaniałych, ale i ciężkich momentów. Były zwycięstwa, były porażki, które bolały – choćby ta w półfinale. Na koniec myślę, że zostawiłem po sobie w Jastrzębiu coś fajnego. Ten klub zawsze będzie w moim sercu – mówił na pożegnanie.

Tomasz Fornal i Jakub Popiwczak

Reklama

Tomasz Fornal i Jakub Popiwczak wspólnie występowali nie tylko przez sześć lat w Jastrzębiu, ale robią to nadal w reprezentacji Polski. Fot. Newspix

Ten panteon legend jest jednak szerszy. Wypada dać tam jeszcze kilku zawodników z ostatnich lat – zapisał się w tej historii Benjamin Toniutti (2021-2026, zresztą kapitan zespołu w sezonie 2025/26), zrobił to na pewno Jurij Hładyr (2019-2024) i kilku innych zawodników. Legendarni pozostaną też właściwie wszyscy zdobywcy pierwszego medalu z 1991 roku i mistrzostwa z 2004. A przecież można by dorzucić jeszcze wielu ulubieńców z kibiców z lat gry w niższych ligach.

Jednak nikt nie był z tym klubem związany tak jak Leszek Dejewski, który pojawił się w nim w… 1983 roku!

Był zawodnikiem – zresztą w 1991 roku miał miejsce w kadrze zespołu – potem był drugim trenerem, pracował też w Młodej Lidze. W barwach Jastrzębskiego pełnił też funkcję kapitana zespołu i to przez 14 lat! Zaczął, gdy miał 25 lat, a skończył, gdy odwiesił siatkarskie buty na kołku, w wieku 39 lat, już w XXI wieku. Tylko na moment opuścił Jastrzębski – gdy w ramach wypożyczenia trafił do prowadzonego przez Huberta Wagnera Halkbanku Ankara. Poza tym niezmiennie był na Śląsku, zresztą miał stamtąd blisko do rodzinnego Bielska-Białej.

Reklama

Gdy skończył karierę, niemal z miejsca został asystentem trenerów i… pozostał nim aż do końca. U każdego kolejnego szkoleniowca od 2000 roku pełnił tę właśnie funkcję. Zmieniali się ci główni trenerzy, zostawał on. Widział bolesne porażki, świętował wielkie sukcesy, wszystkie przeżywał z kwadratu, tuż przy boisku. Teraz zobaczył też upadek ukochanego klubu.

Czy zobaczy – i weźmie w niej udział – również odbudowę? Przekonamy się z czasem. Na ten moment Jastrzębski Węgiel w obecnej formie po prostu przestał istnieć. Ale może wróci. Byłoby dobrze.

Bo szkoda, by polska siatkówka straciła tak uznany klub.

SEBASTIAN WARZECHA

Reklama

Fot. Newspix

Czytaj więcej o siatkówce na Weszło:

4 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
La Liga

Święto na Camp Nou! Barcelona wygrała derby i ligę pewnie też

Jan Broda
2
Święto na Camp Nou! Barcelona wygrała derby i ligę pewnie też

Inne sporty

Reklama