Legenda Jastrzębskiego Węgla: Nie zanosiło się na tragedię [WYWIAD]

Jakub Radomski

12 kwietnia 2026, 08:24 • 9 min czytania 3

Reklama
Legenda Jastrzębskiego Węgla: Nie zanosiło się na tragedię [WYWIAD]

Kiedy jako zawodnik trafił do Jastrzębskiego Węgla w Polsce trwał jeszcze stan wojenny, wielkim przebojem była piosenka „Eye Of The Tiger”, a Ronald Reagan mówił, że ZSRR to imperium zła i ogłaszał program Gwiezdnych Wojen. Leszek Dejewski od 43 lat, z przerwą na krótką grę w Turcji i USA, jest związany z klubem z Jastrzębia-Zdroju. Najpierw jako siatkarz, później asystent: pracował w tej roli przy trzynastu kolejnych szkoleniowcach. Problemy Jastrzębskiej Spółki Węglowej, skutkujące tym, że w kolejnym sezonie Jastrzębski Węgiel – czołowa drużyna Europy ostatnich kilku lat – nie będzie występował w PlusLidze, to dla niego ciężkie doświadczenie. W rozmowie z Weszło Dejewski opowiada swoją historię i opisuje kulisy ostatnich wydarzeń.

Reklama

Jakub Radomski: Co miał pan w głowie, gdy rozgrywaliście kilka dni temu ostatnie spotkanie w sezonie? To był ćwierćfinał play-off i trzeci, przegrany 0:3 mecz z Projektem Warszawa.

Leszek Dejewski: Przede wszystkim chcieliśmy godnie zakończyć ten sezon. Awansować jak najdalej, sprawić sensację i wyeliminować Projekt. Nie udało się. Prawda jest taka, że my nie do końca byliśmy przygotowani na problemy, które nastąpiły. W Jastrzębskim Węglu zawsze było nieźle finansowo. Specjaliści i kibice traktowali nas jak bogaczy i rzeczywiście nie było takich problemów, do tego mieliśmy bardzo dobry wynikowo okres. Trafiali do nas znakomici zawodnicy. A tu nagle coś się zakończyło.

Ostatnie dni to chęć ugrania czegoś spektakularnego, ale też walka każdego z samym sobą, bo problemy siedziały z tyłu głowy. One nastały raptownie. Przypomnę, że rok temu, w kwietniu, cieszyliśmy się z sięgnięcia po Puchar Polski. Mija rok i okazuje się, że Jastrzębski Węgiel nie wystartuje w kolejnych rozgrywkach.

Leszek Dejewski, legenda Jastrzębskiego Węgla: Zawodnicy walczyli o swoje. Chcieli dostać pieniądze

Powiedział pan w jednym z wywiadów, że ten sezon, który właśnie zakończyliście, był bardzo ciężki psychicznie. Kiedy było najtrudniej?

Reklama

Chyba na przełomie roku. Zawodnicy podpisywali listy czystości, żeby nie zabrano nam licencji. To takie dokumenty, które mają potwierdzać brak zaległości finansowych wobec nich oraz sztabu. Ale zaległości miały miejsce. Było wtedy wiele spotkań, dyskusji. Zawodnicy walczyli o swoje, chcieli dostać pieniądze, ale my ich nie mieliśmy. W końcu prezes je zorganizował, ale kosztowało to wszystko dużo stresu.

Cała ta sytuacja nas zaskoczyła, wybiła mocno z rytmu, z treningu. W siatkówce, na tym poziomie, dzień i noc musisz skupiać się na sprawach sportowych, poświęcić się temu na 100 procent. A kiedy spokój jest w taki sposób zaburzony, zawsze będą jakieś konsekwencje.

Wierzyłem, że to może być naprawdę udany sezon. Udało się zbudować solidny zespół: taką mieszankę doświadczenia z młodością. Na rozegraniu ciągle kapitalny Benjamin Toniutti, doświadczenie Łukasza Kaczmarka, już dość doświadczony Nicolas Szerszeń, inni starsi, do tego młodość Michała Gierżota i libero Maksymiliana Graniecznego. To naprawdę zapowiadało się bardzo dobrze, byliśmy w sztabie pełni optymizmu. Te problemy mocno to jednak zaburzyły i ostatecznie nie osiągnęliśmy tego, co mogliśmy osiągnąć.

Łukasz Kaczmarek i Leszek Dejewski

Reklama

Łukasz Kaczmarek i Leszek Dejewski

Kiedy zaczęliście zdawać sobie sprawę, że może być źle?

Sygnały były już pod koniec wcześniejszego sezonu. Odeszli od nas bardzo dobrzy zawodnicy, głównie dlatego, że nie potrafiliśmy sprostać ich wymaganiom finansowym. W kuluarach zaczęło się mówić, że może być ciężko, bo Jastrzębska Spółka Węglowa ma spore problemy w swojej branży.

Ale początek rozgrywek 2025/2026 niczego bardzo złego nie zapowiadał. Być może nie wiedzieliśmy wszystkiego, ale nie zanosiło się na tragedię. I nastąpiła końcówka roku, o której już panu mówiłem. Odczuliśmy na własnej skórze zachwianie płynności finansowej, co dało nam mocno do myślenia i w zasadzie już do końca sezonu nie było łatwo mentalnie.

Reklama

GKS Jastrzębie i jego upadek. To tylko wierzchołek góry węglowej

Co dalej z siatkówką w Jastrzębiu? Dejewski: Jest obiecane, że sztab w większości zostanie

Pozostaje pytanie o przyszłość. Dariusz Biernat, wiceprezes Barkomu Każany Lwów, ukraińskiej drużyny, która od kilku sezonów występuje w PlusLidze, grając w różnych miastach, powiedział w rozmowie z Interią, że teraz będą grać w Jastrzębiu. Prawdopodobnie inny zespół, być może spadkowicz z Częstochowy, kupi od was licencję. Biernat potwierdził też, że trenerem jego zespołu będzie Andrzej Kowal, który teraz prowadził Jastrzębski Węgiel i przyjdzie z nim część jego sztabu. Pan już wie, co będzie robił w kolejnych rozgrywkach?

Oficjalnych rozmów jeszcze nie odbyłem, ale jest obiecane, że sztab w większości zostanie z Jastrzębskiego Węgla. Zaznaczam, to nie jest oficjalna informacja od prezesa Barkomu. Wierzę natomiast, że jako najbardziej doświadczony członek sztabu trener Kowala będę dalej z nim współpracował. Nie chcę wypowiadać się w jego imieniu, ale w mojej ocenie nasza współpraca była bardzo dobra. Wspólnie rozwiązaliśmy trochę problemów natury technicznej i psychicznej.

Pan w ogóle wyobraża sobie, że mógłby pracować w siatkówce w innym miejscu?

Reklama

Raczej sobie tego nie wyobrażam. Miałem epizod gry w Turcji, w Ankarze, ale poza tym prawie całe swoje dorosłe życie spędziłem w Jastrzębiu. Przykre jest to wszystko, co teraz się dzieje, ale z tyłu głowy mam nadzieję, że pokonamy kryzys, przetrzymamy to wszystko i za rok, może za dwa lata wrócimy do normalnego grania, znów ze spółką w nazwie zespołu. Ale na razie to tylko moje nadzieje.

Z klubem związany jest też pana syn, prawda?

Tak, Jakub. Pracuje w Akademii Talentów Jastrzębskiego Węgla i właśnie niebawem gra półfinał mistrzostw Polski młodzików (rozmawialiśmy w sobotę – przyp. red.). Pasja do siatkówki przechodzi, jak widać, z pokolenia na pokolenie. Bardzo mu kibicuję.

Leszek Dejewski z Andrzejem Kowalem

Reklama

Leszek Dejewski z Andrzejem Kowalem

Nie boi się pan o przyszłość Akademii Talentów?

Raczej nie. Ufam temu, co mówił nasz prezes, Adam Gorol. A on stwierdził, że ma trzy cele: zostawić w Jastrzębiu siatkówkę na poziomie PlusLigi, utrzymać Akademię Talentów i nie doprowadzić do upadłości klubu. Myślę, że to spełni.

Leszek Dejewski jest w Jastrzębiu od 1983 roku. „Chcieliśmy zarabiać 50 dolarów miesięcznie”

Jak duży wpływ mają problemy Jastrzębskiej Spółki Węglowej na całe miasto i okolice?

Reklama

Bardzo duży, bo Jastrzębie-Zdrój żyje na węglu i z węgla. Przyjechałem tutaj jako 21-latek. Przenieśliśmy się z żoną z Bielska-Białej, pięknego miasta. Jastrzębie było młodym tworem, nie było zalesione, tu w zasadzie nie było nic. Kopalnie, zakłady i mieszkania, które dostawaliśmy. Myśleliśmy wtedy, że pogram tutaj rok, dwa i pojedziemy dalej w Polskę, ale klub zaczął się rozwijać, angażowano naprawdę duże środki. Czułem się tu bardzo dobrze.

Na początku byliśmy zatrudnieni na kopalni, ale później nastała Solidarność i klub musiał trochę przeorganizować swoją działalność. Zamiast brać pieniądze, musiał sam na siebie zarabiać. I z roku na rok było coraz lepiej. Przyszły wyniki, w 1991 roku udało się nam wywalczyć brązowy medal mistrzostw Polski. Jastrzębski Węgiel stawał się coraz mocniejszy i dlatego jestem tutaj do dzisiaj.

Ten brąz sprzed 35 lat to najlepsze wspomnienie z czasów zawodniczych?

Tak. Pamiętajmy, że na przełomie lat 80. i 90. w siatkówce nie było dużych pieniędzy. Tworzyliśmy zżytą, zgraną grupę, która ma ze sobą kontakt do dzisiaj. W czwartek mieliśmy trudne i trochę wzruszające zakończenie sezonu z kibicami. Wie pan, że trzech ludzi, którzy sięgali po tamten brąz, przyjechało specjalnie na to wydarzenie, żeby symbolicznie pożegnać klub? Jeden z Warszawy, drugi z Opola. Mamy grupę na Whatsappie, czasami organizujemy wspólne spotkania. W 1991 roku wyniki brały się też właśnie z tego, że stanowiliśmy jedność.

Reklama

Pamiętam jedną sytuację: to były czasy, gdy w Polsce zaczynała szaleć inflacja, dochodziło do przeobrażeń w gospodarce. Zarabialiśmy wtedy równowartość 30 dolarów. Dziś brzmi jakby to było koszmarnie mało, ale na tamte czasy nie było źle. Powiedziałbym nawet, że solidnie. Nie przymieraliśmy głodem, ale chcieliśmy zarabiać więcej. Poszliśmy do prezesa i mówimy, żeby każdemu z nas do końca kariery płacił po 50 dolarów.

A on?

Nie zgodził się. Ale może to i dobrze, bo jakby się zgodził, to dziś nie miałbym za co żyć (śmiech).

Wspomnienia Leszka Dejewskiego. „Zaczęliśmy świętować na parkingu”

Rozmawialiśmy o trudnym psychicznie obecnym sezonie. A co było w nim najpiękniejszego?

Reklama

Niedawny mecz z Projektem, drugi w ćwierćfinale, na naszej hali. W pierwszym spotkaniu ulegliśmy im na Torwarze 0:3. Wszyscy specjaliści i dziennikarze, mający świadomość skali naszych problemów, nie dawali nam szans. Byli przekonani, że rywalizacja zakończy się w naszej hali. A my wygraliśmy 3:2, w bardzo ładnym stylu.

Dawno na naszej hali nie było takiej atmosfery. Kibice wspierali nas, krzyczeli, było dużo emocji i sentymentu, a zespół na boisku też był nabuzowany. I udało się przedłużyć rywalizację do trzeciego spotkania, w którym niestety byliśmy gorsi. Podczas tamtego drugiego meczu z Projektem mogły przypomnieć się na chwilę najlepsze czasy, których doświadczyłem tu jako asystent.

Najlepsze, czyli?

Rok 2004 i pierwsze mistrzostwo Polski w historii klubu. Sezon w sezon trafialiśmy w play-offach na Częstochowę i nas prali, a tu udało się przełamać, wyeliminować ich, a później sięgnąć po złoto. Kluczem była zespołowość, bo nie mieliśmy w tamtej drużynie gwiazd.

Reklama

Duże znaczenie miała też na pewno osoba trenera Igora Prielożnego. To słowacki szkoleniowiec, który trafił do nas po pracy w Niemczech, Austrii i Szwajcarii. Wniósł nowe spojrzenie na siatkówkę i innowacyjne metody treingowe. W szatni, ale też na trybunach była świetna atmosfera. Gdy dziś patrzę na nasz klub kibica, a z widzenia znam praktycznie wszystkich, to widzę dużą grupę ludzi, którzy wspierali nas już w 2004 roku. Są ciągle z nami i mam nadzieję, że będą dalej.

Początek 2004 roku, od lewej Igor Prielożny i Leszek Dejewski

Początek 2004 roku, od lewej Igor Prielożny i Leszek Dejewski

Nie boi się pan, że nie będą przychodzili na mecze Barkomu?

Reklama

Trzeba będzie ich jakoś przekonać. Poza tym, nie wiem, czy w Jastrzębiu będzie występował Barkom, czy jednak ta drużyna będzie się nazywać inaczej. Na pewno ci kibice są nauczeni siatkówki. Nie chce mi się wierzyć, by przestali przychodzić na mecze. A jeżeli nie utożsamią się z nowym klubem, to będą przychodzili na naszych byłych zawodników, występujących w innych zespołach. Przyjedzie przecież do Jastrzębia Tomasz Fornal (ma zostać zawodnikiem Aluronu CMC Warty Zawiercie – przyp. red.) czy Jakub Popiwczak. To nasi chłopcy.

Ludzie w Jastrzębiu są nauczeni siatkówki. Kochają ją. Może na początku nie będzie jakiejś super euforii, że taka sytuacja ma miejsce, ale myślę, że będą przychodzić.

Z kibicami kojarzy mi się jeszcze jedna sytuacja, której nigdy nie zapomnę. Nasze drugie w historii mistrzostwo Polski to 2021 rok, wywalczone 17 lat po pierwszym. Czas pandemii. Kibice nie mogli być na hali. Nigdy nie zapomnę momentu, gdy wyszliśmy na parking przed halą i… zaparło mi dech. Tam było tyle osób, co powinno być w środku. Zaczęliśmy spontanicznie świętować, zupełnie tak, jakbyśmy znajdowali się w hali.

Zrozumiałem wtedy, że pracuję w wyjątkowym klubie.

Reklama

ROZMAWIAŁ: JAKUB RADOMSKI 

WIĘCEJ O SIATKÓWCE NA WESZŁO:

3 komentarze
Jakub Radomski

Bardziej niż to, kto wygrał jakiś mecz, interesują go w sporcie ludzkie historie. Najlepiej czuje się w dużych formach: wywiadach i reportażach. Interesuje się różnymi dyscyplinami, ale najbardziej piłką nożną, siatkówką, lekkoatletyką i skokami narciarskimi. W wolnym czasie chodzi po górach, lubi czytać o historiach himalaistów oraz je opisywać. Wcześniej przez ponad 10 lat pracował w „Przeglądzie Sportowym” i Onecie, a zaczynał w serwisie naTemat.pl.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Polecane

Reklama