27 lipca 2025 roku Jan Urban nie miał jeszcze na koncie choćby jednego meczu w roli selekcjonera reprezentacji Polski, Kacper Tomasiak był przed debiutem w Pucharze Świata, a w składzie Legii Warszawa byli jeszcze tacy piłkarze jak Jan Ziółkowski, Ilja Szkurin czy Marc Gual. To właśnie wtedy stołeczni piłkarze odnieśli ostatnie wyjazdowe zwycięstwo w Ekstraklasie pokonując Koronę Kielce 2:0. Wielkanoc to jednak czas niezwykłych wydarzeń, tak więc dublet Milety Rajovicia w Szczecinie pozwolił przerwać złą serię. Legia zagrała najlepszy mecz pod wodzą Marka Papszuna, który wreszcie może odetchnąć nieco głębiej.
Gdy w zeszły piątek gruchnęła wiadomość o tym, że Rajović strzelił hat-tricka w meczu sparingowym z mistrzem Łotwy – Riga FC wielu kibiców nie mogło w to uwierzyć. Nie brakowało komentarzy w stylu: „Nie ma transmisji?! Nie ma hat-tricka!”. Duński snajper przez ogromną część sezonu irytował przecież nieskutecznością i został już ochrzczony mianem najgorszego napastnika w historii Legii. Kwota trzech milionów euro paraliżowała jego grę, a pod polem karnym często zachowywał się w sposób irracjonalny. Tym razem wiara trenera Papszuna została jednak przez niego odpłacona.
Pierwszy prawdziwy mecz Legii Papszuna. Z ciemnego tunelu do nadziei
Trzy z pięciu ostatnich goli Legii to dzieło Rajovicia, bo Duńczyk przełamał się przecież już wcześniej, zdobywając zwycięską bramkę przeciwko Cracovii. – Legia nie wygrała 12 spotkań ligowych z rzędu, aż w końcu przyszło przełamanie. Tak samo może być z napastnikiem. Musi dać z siebie jeszcze więcej i na to też liczę. Mam taki plan, że będzie dawał z siebie więcej w różnych obszarach i to przyniesie efekty – mówił po zremisowanym meczu z Jagiellonią Papszun, gdy w jednej z sytuacji były gracz Watfordu trafił w swoją nogę przy wykończeniu. W Szczecinie był jednak we właściwych miejscach w odpowiednim czasie i potrafił wykończyć podania kolegów.
Oczywiście, przy pierwszym trafieniu mocno pomogła mu kiepska interwencja Valentina Cojocaru, ale przyjęcie piłki i obrócenie się z nią było bez zarzutu. Nawiasem mówiąc, Rajović powinien chyba również postawić dobry obiad Rafałowi Augustyniakowi. Środkowy obrońca Legii pełnił w tym meczu funkcję kapitana zespołu i po wygraniu losowania nakazał swoim kolegom zmianę strony gry. Niby detal bez znaczenia, ale w tym meczu był on zbawienny dla Legii, bo dzięki temu Cojocaru wychodził często z bramki grając pod słońce, co na pewno utrudniło mu interwencję przy golu otwierającym mecz.
Przy drugiej akcji tuż na początku drugiej połowy Rajović zachował zimną krew, a poza tym w kilku akcjach imponował dobrym zastawieniem się z rywalem na plecach. Duńczyk pełnił rolę odgrywającego i rozciągał defensywę Pogoni. Wyraźnie ma patent akurat na tę ekipę, bo strzelił również gola w pierwszym meczu przeciwko tym zespołom. Wtedy dobrze wykorzystał rzut karny, a w Poniedziałek Wielkanocny pokazał jednak znacznie szerszy wachlarz możliwości działania w polu karnym rywali.
Nie byłoby jednak tego zwycięstwa Legii bez Rafała Adamskiego. Niewiele ponad 150 tysięcy złotych, jakie zapłacono za tego piłkarza Pogoni Grodzisk Mazowiecki wyglądają na niezwykle udany stosunek ceny do jakości. 24-latek znakomicie zachował się zwłaszcza przy drugim golu, gdy z ogromną łatwością poradził sobie z Dimitriosem Keramitsisem. Ponadto, był aktywny dookoła pola karnego, dobrze zgrywał piłki do partnerów i mocno pracował w pressingu. Przebiegł ponad 11 kilometrów i co najważniejsze, były to ruchy przemyślane. Adamski wygląda na kolejne odkrycie Marka Papszuna, który z nieoczywistych piłkarzy potrafi kreować ważne postaci swoich drużyn. A przecież jeszcze zimą był aktem desperacji pionu sportowego sprowadzonym jako opcja budżetowa po odpadnięciu Legii z europejskich pucharów.
Rafał Adamski dziś luźne 11,23 km w Szczecinie. Z Rakowem miał 10,96, z Radomiakiem 10,15 pic.twitter.com/dEc5jxZWYg
— Paweł Gołaszewski (@golaszewski_p) April 6, 2026
Za czasów Rakowa obecny szkoleniowiec Legii potrafił zbudować takich graczy jak Zoran Arsenić, Jean Carlos Silva czy Ben Lederman. Kimś takim był również Patryk Kun, który wtedy przecież jedyny raz otrzymał powołanie na zgrupowanie reprezentacji Polski. On po jego przyjściu do Legii również wygląda na nowonarodzonego. Dzisiaj przy rozważaniach na temat przedłużania umów z zawodnika, przy którym nikt pewnie by się nawet nie zająknął, wygląda na twardy orzech do zgryzienia dla zarządzających warszawskim klubem.
Kun bardzo często stanowił przeciwko Pogoni dobrą opcję do zagrania i szukał wysokich Rajovicia oraz Adamskiego dokładnymi dośrodkowaniami. Ten duet zdaje się rozumieć ze sobą coraz lepiej, a przecież w odwodzie pozostaje jeszcze Jean-Pierre Nsame. W poniedziałkowe popołudnie Kameruńczyk nawet nie musiał podnosić się z ławki i nie wszedł choćby na minutę. Po wielu tygodniach koszmarów trener faktycznie może uznać, że dysponuje czymś w rodzaju pozytywnego dylematu na tej pozycji.
Dobrze funkcjonowały również boki boiska. To właśnie dzięki nim Legia stwarzała przewagę w pierwszej połowie. Gol Rajovicia na 1:0 był bowiem znakomitą dla Legii puentą świetnego okresu gry. Wcześniej Cojocaru musiał interweniować po składnej akcji i strzale Wahana Biczachczajana, a groźnie było również po zejściu z prawego skrzydła i niecelnej próbie Pawła Wszołka. Pogoń była tylko tłem dla drużyny, która przecież nadal nerwowo musi się oglądać za swoje plecy w tabeli. Dość powiedzieć, że przed tą kolejką dopiero pierwszy raz w tym roku Legia nie była w strefie spadkowej.
Marek Papszun po spotkaniu był zachwycony brakiem indywidualnych błędów w swoim zespole oraz tym, że wreszcie udało się zagrać równe 90 minut. Pogoń miała co prawda w końcówce słupek po uderzeniu Koutrisa, ale poza tym w zasadzie nie zagroziła poważniej bramce Hindricha. Szkoleniowiec Legii ma prawo do satysfakcji. Przecież przed startem tej serii gier szczecinianie byli najlepszą drużyną w lidze pod względem punktów zdobytych u siebie, a także goli strzelonych po rzutach rożnych. Mimo kłopotów w tym zakresie po stronie Legii, tym razem defensorzy byli bardzo czujni. Pogoń miała w tym meczu cztery rzuty rożne, ale za każdym razem piłka była przez gości wybijana we właściwych momentach.
Od kilku tygodni zdążyliśmy się już do tego przyzwyczaić, że poza stałymi fragmentami gry obrona Legii nabiera właściwych kształtów. Przeciwko Pogoni zagęszczanie obszaru w polu karnym znów wyglądało jak w zegarku. O organizację gry zadbali stoperzy, a na szczególne pochwały zasługuje Augustyniak. W meczu z Rakowem kilka razy nie dawał sobie rady w pojedynkach z Brunesem, natomiast przeciwko Pogoni odbudował wysoki poziom. Przekwalifikowany z roli defensywnego pomocnika dobrze odnajduje się w bloku z Kamilem Piątkowskim i Radovanem Pankovem. Pogoń oddała w tym meczu tylko jeden celny strzał, i to z dalszej odległości, gdy zdecydował się na niego Sam Greenwood. Poza tym wyglądała na tle Legii maksymalnie jak nieśmiały beniaminek.

Rafał Augustyniak kapitalnie zarządzał defensywą Legii w Szczecinie
Jedyne, co może mącić nieco świąteczny nastrój w Warszawie, to kolejne słabe wejście Kacpra Urbańskiego. Tym bardziej, że urazu w tym meczu doznał Biczachczjan i być może zabraknie go w następnym spotkaniu. Młodzieżowy reprezentant Polski nie wpłynął zbytnio na przebieg meczu, a gdy miał okazje pod bramką rywali to podawał niedokładnie. Później też to właśnie on dał się łatwo minąć Koutrisowi przy sytuacji dla Pogoni. Na pewno jednak dla całego zespołu światełko wyjścia z bardzo ciemnego tunelu, po tym meczu przestaje w końcu wyglądać jak nadjeżdżający pociąg z napisem „Betclic 1. Liga”.
Legia wciągnęła Pogoń do batalii o utrzymanie na poważnie i po raz ósmy z rzędu nie przegrała ligowego meczu. Taka seria jeszcze jesienią wydawała się być czymś nierealnym i choć zbudowana jest głównie z remisów, to taki mecz jak w Szczecinie stawia na niej bardziej jakościowy stempel. Coraz wyraźniej widać oznaki stylu wprowadzanego przez Marka Papszuna, a poszczególni piłkarze indywidualnie też idą do góry. Do utrzymania jeszcze daleka droga, ale granie przeciwko Legii przestało być dla ligowych rywali łatwym dniem w ligowym kalendarzu.
Zwycięstwo w Szczecinie może być punktem zwrotnym sezonu, kiedy to na dobre Legia zacznie oddalać się od strefy zagrożenia. Drużyna Marka Papszuna pokazała intensywność, organizację i wiarę, których tak długo jej brakowało, lecz w Ekstraklasie pamięć bywa wyjątkowo krótka — liczy się tylko kolejny weekend.
A w ten do Warszawy przyjeżdża przecież Górnik Zabrze, który jest rozpędzony i zrobi wszystko, aby perspektywa pierwszego w tym sezonie drugiego zwycięstwa w lidze z rzędu rozpadła się jak domek z kart. Jeśli Legia chce zamienić nerwową walkę o byt w spokojną końcówkę sezonu, musi udowodnić, że Szczecin był jedynie początkiem nowej normalności.
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
- Papszun: To mógł być najlepszy mecz rundy
- Haditaghi grzmi po porażce. „Niedopuszczalny poziom”
- Rajović nokautuje Pogoń, która absolutnie nie ma sensu
fot. FotoPyk