Gdy Robert Lewandowski i spółka wyjdą na murawę Strawberry Arena w Solnej, minie dokładnie 95 lat, sześć miesięcy i trzy dni, odkąd reprezentacja Polski ostatni raz odniosła wyjazdowe zwycięstwo ze Szwecją. Prawie sto lat! Czasy zaprzeszłe, przedwojenne, wiadomo. Przypomnijmy sobie więc tamten, bądź co bądź, historyczny triumf Biało-Czerwonych na szwedzkiej ziemi. Historyczny nie tylko ze względu na datę, ale również okoliczności – Polacy do Sztokholmu podróżowali przez ponad dwie doby, a w dniu meczowym reprezentacja Szwecji równolegle rozgrywała spotkania w dwóch różnych państwach.
Historia pojedynków polsko-szwedzkich, niestety, nie jest dla nas łaskawa. I nie, nie mówimy tutaj o bitwie pod Kircholmem czy też o obronie Częstochowy w trakcie potopu, który skalą spustoszenia można spokojnie porównywać z tragedią II wojny światowej. Konflikty zbrojne Polski ze Szwecją zostawmy jednak historykom, a my tymczasem skupmy się na pokojowych meczach piłkarskich między obydwoma państwami.
Szwecja – Polska. Skandynawia niegościnna dla Biało-Czerwonych
Choć wszyscy doskonale pamiętamy, jak przed czterema laty kadra Czesława Michniewicza rozmontowała Szwedów w Chorzowie w finale baraży o awans na mundial w Katarze, to wcześniej na boisku, podobnie zresztą jak na XVII-wiecznych polach bitwy, ogólny bilans zysków i strat jest dla Polaków niekorzystny. A już skrajnie niekorzystny, gdy weźmiemy pod uwagę tylko spotkania wyjazdowe.
Biało-Czerwoni rozegrali jak dotąd 28 meczów z reprezentacją Szwecji. Bilans? Dokładnie połowa z nich padła łupem Skandynawów, którzy mają na swoim koncie 14 zwycięstw. Polska z kolei wygrała dziewięć razy, a pozostałe cztery spotkania zakończyły się remisami. Generalnie więc zestawienie polsko-szwedzkich starć każe sądzić, że mamy do czynienia z dwiema w miarę równorzędnymi i wyrównanymi drużynami, z lekkim tylko wskazaniem na częściej triumfujących Szwedów.
I bynajmniej nie minęlibyśmy się z prawda, wyciągając tę pobieżną konkluzję. Problem w tym, że jest to tylko część prawdy. W meczach Polski ze Szwedami niebagatelną rolę odgrywa bowiem atut własnego boiska. Dość powiedzieć, że osiem z dziewięciu wspomnianych zwycięstw Polacy odnieśli przed własną publicznością, przy czym wliczyliśmy do tego bilansu również wygraną 1:0 po golu Grzegorza Laty kadry Kazimierza Górskiego na mistrzostwach świata w 1974 roku, kiedy to Biało-Czerwoni w Stuttgarcie formalnie pełnili rolę gospodarza.
Szwedzka ziemia natomiast była (jest?) dla nas wybitnie niegościnna. Wystarczy szybki rzut oka na historię wyników reprezentacji Polski w wyjazdowych meczach ze Szwecją, aby się o tym przekonać. Na czerwono podkreśliliśmy porażki Polaków, na szaro oznaczyliśmy remisy, zaś zielonym kolorem zaznaczyliśmy zwycięstwa. Tych nie było zbyt wiele, bo na czternaście prób ledwie dwa, z czego obydwa triumfy naszych „Orłów” miały miejsce jeszcze za czasów… przedwojennej II Rzeczpospolitej (!) Zobaczcie sami:
- 28 maja 1922, Sztokholm, Szwecja – Polska 1:2, towarzyski
- 18 maja 1924, Sztokholm, Szwecja – Polska 5:1, towarzyski
- 3 października 1926, Sztokholm, Szwecja – Polska 3:1, towarzyski
- 28 września 1930, Sztokholm, Szwecja – Polska 0:3, towarzyski
- 23 maja 1934, Sztokholm, Szwecja – Polska 4:2, towarzyski
- 14 września 1947, Solna, Szwecja – Polska 5:4, towarzyski
- 7 października 1964, Solna, Szwecja – Polska 3:3, towarzyski
- 21 sierpnia 1985, Malmoe, Szwecja – Polska 1:0, towarzyski
- 7 maja 1989, Solna, Szwecja – Polska 2:1, el. MŚ
- 7 maja 1992, Solna, Szwecja – Polska 5:0, towarzyski
- 22 maja 1997, Solna, Szwecja – Polska 2:2, towarzyski
- 9 października 1999, Solna, Szwecja – Polska 2:0, el. ME
- 11 czerwca 2003, Solna, Szwecja – Polska 3:0, el. ME
- 5 czerwca 2004, Solna, Szwecja – Polska 3:1, towarzyski
Szwecja 0, Polska 3. Ostatnie zwycięstwo Biało-Czerwonych na wyjeździe ze Szwecją miało miejsce w… 1930 roku
Podopieczni Jana Urbana stoją zatem przed nie lada wyzwaniem, bo aby pojechać na mundial, muszą pokonać Szwedów na wyjeździe, co nie zdarzyło się od blisko stu lat. Tak dawno, że nawet gdybyśmy chcieli powspominać stare dzieje i odpalić sobie gole Ciszewskiego i Smoczka, to nie mamy gdzie tego zrobić, bo okazałe zbiory Biblioteki PZPN nie sięgają tak daleko. Trudno zresztą, żeby było inaczej, bo transmisje telewizyjne dopiero wtedy raczkowały, a mecze oglądało się bezpośrednio na stadionach.
Nic jednak straconego, bo w sukurs przychodzi nam zachowane wydanie „Przeglądu Sportowego” z 1 października 1930 roku.
„Wspaniały i zasłużony triumf naszych piłkarzy w Sztokholmie Świetna gra całej drużyny. Ciszewski i Smoczek strzelcami. Nadzwyczajne wrażenie sukcesu” – czytamy na tytułowej, pierwszej stronie gazety.

Triumfalne tony dziwić nie mogą, bo wygraną w Sztokholmie już wtedy postrzegano jako jedno z najważniejszych wydarzeń sportowych całego 1930 roku.
„Bo naprawdę niedzielne zwycięstwo w Sztokholmie jest jednym z najgłośniejszych sukcesów osiągniętych w roku bieżącym. Obok zwycięstwa nad Rumunją w tennisie, mistrzostwa wioślarskiego Europy w dwójkach, rozwoju i zwycięstwo pływaków i obok drugiego miejsca na Igrzyskach Pań w Pradze – mecz sztokholmski jest najważniejszym wzniesieniem sezonu” – dodano (pisownia oryginalna).
Polacy w sparingu ze Szwedami byli skazywani raczej na pożarcie, aniżeli stawiani w roli faworyta. I nie zmieniał tego nawet fakt, że w tym samym dniu reprezentacja Szwecji grała dwa inne spotkania – z Finlandią w Helsinkach (3:3) i Belgią w Liege (2:2). Z dzisiejszej perspektywy jest to nie do pomyślenia, ale w tamtych czasach było to na porządku dziennym. Niemniej jednak, w spotkaniu z Polską przed własną publicznością Szwedzi, wbrew wcześniejszym zapowiedziom, posłali do boju najmocniejszy skład.
„W składzie tym występuje ośmiu starych, wypróbowanych graczy międzynarodowych. Nowi są trzej: Carlson. A. Bengtsson j Hansson. Zespól oparty jest na szkielecie Gais, liderze mistrzostw (chodzi o klub GAIS Göteborg, sześciokrotnego mistrza Szwecji – przyp. red.). Do Belgji i Finlandji pojechały zespoły słabsze” – relacjonował korespondent „PS”.
Polacy tymczasem mieli za sobą aż trzy dni podróży. Na niedzielny mecz w Sztokholmie kadra wyruszyła koleją z Warszawy w czwartek wieczorem. W piątek Biało-Czerwoni dojechali do Berlina, gdzie na Dworcu Szczecińskim czekała ich następnie prawdziwa przeprawa: pociągiem na Rugię, przesiadka na prom przez Morze Bałtyckie i ponownie pociąg, tym razem już do docelowego Sztokholmu. W stolicy Szwecji pojawili się dopiero w sobotę, gdzie „drużyna została przyjęta przez posła polskiego Konstantego Rozwadowskiego”.
Jakby tego było mało, selekcjoner Stefan August Loth wystawił eksperymentalną jedenastkę. W składzie Polaków znalazło się aż pięciu debiutantów – bramkarz Marian Fontowicz z Warty Poznań, stoper Henryk Martyna z Legii Warszawa, pomocnik Cracovii Aleksander Niezabitowski (wówczas występujący pod nazwiskiem rodowym Mysiak), legenda Polonii Warszawa Władysław Szczepaniak oraz napastnik Garbarni Kraków, Józef Smoczek.
Ten ostatni zaliczył wejście smoka do drużyny narodowej. Smoczek debiut z orzełkiem na piersi uświetnił golem. „W 43-ej min. Mysiak podaje Szperlingowi, ten ciągnie pięknie, zwabia ku sobie aż trzech Szwedów, daje sobie z nimi radę w doskonałym stylu, centruje do Smoczka, który z bliska strzela nieuchronnie” – opisał dziennikarz Przeglądu.
Zanim jednak do bramki trafił Smoczek, wynik spotkania cztery minuty wcześniej otworzył Józef Ciszewski. Po przerwie snajper Legii dołożył drugą bramkę w 69. minucie, ustalając rezultat spotkania na 3:0 dla Polski. Szwedzi atakowali, ale bezskutecznie. Gospodarzom raz wprawdzie udało się pokonał strzegącego dostępu do siatki Fontowicza, lecz sędzia nie uznał gola z powodu spalonego.
Zwycięstwo, jak się teraz okazuje, o wymiarze historycznym, stało się faktem.
„Radość śród drożyny ogromna. Wrażenie na widowni nadzwyczajne. Szwedzi zachwyceni naszą grą. Minister Rozwadowski gratuluje graczom. Powszechnie twierdzą wszyscy, że wynik ze wszech miar zasłużony. W pobieżnej ocenie drużyn wyższość przyznać trzeba Polakom. Grali lepiej taktycznie, niektórzy także technicznie, Szwedzi przewyższali nas tylko w grze głową. Na uznanie i to najgorętsze zasługuje cała drużyna. lndywidualnie na wyróżnienie zasłużyli przede wszystkiem Butanow i Martyna, w pomocy był najlepszy Seichter i cały napad: Szczepaniak. Pazurek. Smoczek, Ciszewski i Szperling” – podsumowano na łamach „PS”.
Ponoć nic dwa razy się nie zdarza. Nie będziemy mieli jednak nic przeciwko, by tym razem historia zatoczyła koło, a Polacy po blisko stu latach oczekiwania ponownie wyjechali ze Szwecji z tarczą i biletem na mundial w rękach.
CZYTAJ WIĘCEJ O MECZU SZWECJA – POLSKA NA WESZŁO:
- Odmieniona i silniejsza. To Szwecja jest faworytem [VLOG]
- Szwed był na meczu na Narodowym. „Czułem się jak w kościele”
- Boniek podał swój skład na Szwecję. Bez Pietuszewskiego