Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć. Galaktyczny Bayern w Bergamo

Patryk Idasiak

10 marca 2026, 22:55 • 6 min czytania 4

Reklama
Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć. Galaktyczny Bayern w Bergamo

Tylko jeden włoski klub pozostał w Lidze Mistrzów, ale już od ćwierćfinałów będzie takich zero. Trudno spodziewać się, żeby Atalanta odrobiła na Allianz pięciobramkową stratę. Bayern wygrał w Bergamo aż 6:1 i nie potrzebował do tego Harry’ego Kane’a. Można było przecierać oczy ze zdumienia, widząc co chwilę piłkarzy Bawarczyków na jakichś dziwnych pozycjach. Upamecano na „dyszce” jak jakiś Maradona, Laimer w pomocy, Tah na skrzydle. Gracze Atalanty głupieli i nie wiedzieli, kogo i gdzie mają pilnować. Trafienie na osłodę dla gospodarzy zanotował Mario Pasalić w 93. minucie. 

To była po prostu miazga.

Jedyny włoski klub w 1/8

Napoli sensacyjnie nie awansowało nawet do baraży, Inter odpadł z Bodo/Glimt, a Juventus pięknie gonił Galatasaray, ale i tak pożegnał się z rozgrywkami. No i pozostała na placu boju sama Atalanta, która musiała sporo się natrudzić w rewanżu przeciwko Borussii Dortmund i odrobić dwubramkową stratę. Mecz miał w sobie multum emocji, a rozstrzygnięcie przyniósł rzut karny w 98. minucie! Pamiątkę do końca życia po faulu będzie miał na głowie Nikola Krstović.

Reklama

Bawarczycy zajęli drugie miejsce w fazie ligowej Ligi Mistrzów i w play-offach grać nie musieli. Przystępowali do tego starcia w dobrych nastrojach, bo pokonali Borussię Moenchengladbach 4:1 i to bez Kane’a, który zmagał się z drobnym urazem. Wcześniej Bayern ograł też BVB w meczu zwanym „Der Klassiker” i ma aż 11 punktów przewagi, praktycznie jedną ręką trzymając już puchar za mistrzostwo.

Bayern się bawił z Atalantą jak z dziećmi

Vincent Kompeny postanowił jeszcze nie obciążać Harry’ego Kane’a i pozostawił go na ławce rezerwowych. Okazało się później, że Anglik był kompletnie zbędny.

Od początku Atalanta ruszyła dość odważnie, energicznie. Najpierw była akcja Sulemany, potem Zalewskiego. Co prawda bez strzału, ale La Dea dobrze weszła w mecz. Trwało to jednak raptem dwie, trzy minuty.

Reklama

Bayern za to odpowiedział już minutę później – tym razem po błędzie Zalewskiego, który akurat przy próbie interwencji podał pod nogi Josipa Stanisicia. I po tej akcji Michael Olise oddał pierwszy w tym meczu celny strzał. Bayern się tym napędził i zaprosił gospodarzy na chwilową karuzelę. Olise kręcił Lorenzo Bernasconim.

Miło się patrzyło na wymianę piłki pomiędzy graczami Bayernu – szybko, celnie, z pomysłem. Mimo to Bawarczycy zaskoczyli gości nie z gry, a ze stałego fragmentu. Zespół Palladino po prostu… przysnął. Przysnął też realizator. Prawie jak w słynnym meczu Liverpool – Barcelona z rożnym Trenta. Tylko, że tutaj podania po ziemi były dwa. Musiala do Gnabry’ego, ten do Stanisicia i wyglądało to na najprostszą akcję na świecie. Jednym z „gapiów” był też Nicola Zalewski, który dwie sekundy przed golem pokazywał, że ma do krycia dwóch rywali.

Reklama

Bayern wszedł na taki poziom luzu, że wyglądał jakby mierzył się z dwunastolatkami z własnej akademii w jakimś meczu pokazowym. W 15. minucie statystyka strzałów była dla gospodarzy brutalna – 0:7. A to nie był koniec. Za chwilę padły uderzenia numer osiem i dziewięć i oba wylądowały w siatce Marco Carnesecchiego.

Vincent Kompany i jego futbol totalny. Stoperzy na skrzydle i w pomocy

Najpierw Dayot Upamecano nawiązał do czasów słynnego stopera Lucio i ruszył z własnej obrony z ofensywną akcją. Wyczarował z tego asystę, ale duża w tym zasługa samego strzelca – Michaela Olise, który raz jeszcze zabawił się z Bernasconim, który ewidentnie nie dojeżdżał poziomem. Olise zrobił to, co przez wiele lat w tym samym klubie Arjen Robben. Lewa, kiwnięcie i walnięcie po długim.

Akcję bramkową numer trzy zaczął… Jonas Urbig, który posłał celne, długie podanie, Olise znów jak dziecko zrobił Bernascioniego i podał do wbiegającego z drugiej linii Gnabry’ego. Raz jeszcze wyglądało to na banalnie proste.

Reklama

Ciałem obcym w zespole był jedynie Jackson Martinez, który notował proste straty, zmarnował też jedną „setkę”, uderzając prosto w Marco Carnesecciego.

Atalanta była jak bokser, którego celem jest już przetrwanie. Kompletnie taktycznie zgłupiała. A to Jonatan Tah sobie powędrował na skrzydło, innym razem Dayot Upamecano zaczaił się tak, że z lewej strony wbiegł do środka pola i zrobił akcję jak jakiś czołowy europejski pomocnik, tylko niewiele mu brakło do zdobycia bramki. Piłkarze z Bergamo nie mieli najmniejszego pojęcia kogo i gdzie kryć.

Takie obrazki to była norma:

Reklama

Do przerwy w strzałach mieliśmy 3:14, a w piłkarskiej jakości jakieś dziesięć klas różnicy.

Vincent Kompany zdjął Konrada Laimera oraz Serge’a Gnabry’ego, ale jeśli w takiej sytuacji wprowadzasz Alphonso Daviesa i Jamala Musialę, to przeciwnik raczej nie ma się z czego cieszyć. Tempo ewidentnie siadło, Atalanta za wiele wskórać nie mogła. Ot, warto może pochwalić Zalewskiego, który raz dynamicznie ruszył i sfaulował go na 20. metrze Musiala. Polak jednak walnął w mur i poszła z tego kontra. Zabójcza, bo bramkowa.

Reklama

Bayern Vincenta Kompany’ego jest bezwzględny i w ten sposób okazuje szacunek przeciwnikowi. Może i delikatnie wyhamował, ale mimo wszystko nadal przy takim prowadzeniu przyspieszał i w zasadzie wszystko wychodziło. Olise (który to już raz?) ośmieszył Bernasconiego i niczym na treningu wpakował piłkę do siatki. Swojego gola dorzucił też Jamal Musiala i Bayern w 67. minucie prowadził we Włoszech aż 6:0.

Bawarczycy grali z łatwością. Jeszcze Upamecano strzelił w słupek, Djimsiti w ostatniej chwili wybił piłkę Jacksonowi. Można powiedzieć, że Bayern atakował… w dziesięciu, a może i nawet w jedenastu, bo przecież Urbig też miał udział przy golu numer trzy. Tu mógł strzelić każdy.

Reklama

Atalanta była totalnie bezradna. Jak podczas szkolnego meczu ze starszakami. Bo tamci klepią, że aż odechciewa się grać. Ile strzelą, to strzelą, trudno. No i strzelili sześć. W końcowych dwudziestu minutach Bayern jechał już jednak na drugim biegu, a Atalanta z tego korzystała na tyle, że strzeliła chociaż gola honorowego za sprawą Mario Pasalicia.

CZYTAJ WIĘCEJ O LIDZE MISTRZÓW NA WESZŁO:

Fot. Newspix

4 komentarze
Patryk Idasiak

Jeżeli akurat nie pisze o piłce nożnej, to na pewno o niej czyta lub z kimś o niej rozmawia. Człowiek paradoksów, bo z jednej strony ma zarośnięte pajęczyną, osławione zero tituli, a z drugiej... mnóstwo tituli w ostatnich latach. Co to oznacza? Że mocniej bije jego serce, gdy na bramkę strzela Kamil Grosicki lub Erling Haaland. Ten mniej znany z rodziny Idasiak. Pogadasz z nim o filmowych klasykach lub starych teleturniejach. Uważa "Lot nad kukułczym gniazdem" za najwybitniejsze dzieło w historii. Chciałby zagrać kiedyś w "Milionerach", ale paraliżuje go możliwość ośmieszenia się na pierwszym pytaniu dotyczącym kulinariów. Może się przełamie, daj mu Boże.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Liga Mistrzów