Murawy w Ekstraklasie straszą. Można było tego uniknąć?

Aleksander Rachwał

11 marca 2026, 10:36 • 10 min czytania 40

Reklama
Murawy w Ekstraklasie straszą. Można było tego uniknąć?

Oglądanie Ekstraklasy bywa zajęciem wymagającym – za to między innymi ją kochamy. W trwającej rundzie do spotkań z kategorii „dla koneserów” zaliczyć można w szczególności te rozgrywane na murawach, które kiepsko zniosły przerwę zimową. Nie chodzi tu rzecz jasna o wrażenia wizualne, a to, jak takie boiska wpływają na przebieg rywalizacji. Bo wpływają mocno. Tylko czy z tym problemem w ogóle da się coś zrobić?

W tej serii gier mieliśmy przynajmniej trzy spotkania, w których boisko pozostawiało wiele do życzenia – w Łodzi, Lublinie i Radomiu. W opłakanym stanie jest też murawa w Gdyni. Lech Poznań, choć trawę wymieniał w listopadzie, zdecydował, że po pierwszych marcowych meczach zrobi to ponownie. O murawach dyskutuje się co kolejkę, a wydaje się, że tej sytuacji można było uniknąć.

Ekstraklasa. Fatalny stan boisk na starcie wiosny

W styczniu, gdy przerwa zimowa zbliżała się do końca, pierwsze mecze Ekstraklasy stanęły pod znakiem zapytania w związku z atakiem srogiej zimy. Temperatury spadły do kilkunastu stopni poniżej zera, co budziło poważne obawy o zdrowie zawodników i logistykę rozgrywania zawodów. W mniejszym stopniu przejęto się tym, jak granie w takich warunkach wpłynie na murawy, zwłaszcza w dłuższej perspektywie.

– Groundsmani będą mieli na pewno bardzo dużo pracy. To będzie taka próba przechytrzenia natury – tłumaczył nam wówczas greenkeeper Sebastian Sadź, ekspert w temacie trawy.

Reklama

Fala mrozów zniszczy murawy? Może być naprawdę kiepsko

Większość spotkań się jednak odbyła. Jakim kosztem dla nawierzchni boisk, widzimy dzisiaj.

– Na pewno robili wszystko, co w ich mocy i wyposażeniu jakim dysponują, by to zrobić. Staram się tłumaczyć laikom – prezesom, dyrektorom, że to właśnie próby przechytrzenia przyrody – mówi Sadź, którego ponownie pytamy o stan boisk.

A czym groundsmani dysponują? Choćby systemami podgrzewania muraw na stadionach, specjalnymi matami, którymi okrywa się trawę czy lampami. Tylko że przy ekstremalnych temperaturach i takie rozwiązania nie przyniosą cudów.

Reklama

Stadion Widzewa Łódź

– Stadiony ekstraklasowe mają systemy podgrzewania murawy, ale to jest tylko podtrzymanie, żeby profil glebowy nie zamarzał. Przy minus piętnastu ta główna warstwa i tak przemarza, tak samo źdźbła. Poglądowy schemat jest taki: trawa ma głowę w zamrażarce, a nogi w piekarniku – wyjaśnia nasz rozmówca.

– Nie ma wegetacji jako takiej, mimo wspierania się matami prowegetacyjnymi czy lampami, które lekko dogrzewają te najbardziej eksploatowane obszary boiska. To wszystko nadal jest tylko podtrzymanie, przy takiej eksploatacji i agresywnej grze trawa się nie regeneruje. Możliwości są ograniczone – dodaje.

Reklama

We wspomniane maty wyposażyła zresztą kluby Ekstraklasa.

– Te maty są bardzo OK. To nowa technologia, są paroprzepuszczalne, prowegetacyjne i antyśniegowe. Ale w momencie, gdy śnieg spadnie na taką płachtę to jest to tak potężny ciężar, że nie ma nad tym kontroli. Proszę sobie wyobrazić, że na taką matę spada 10 cm śniegu. Na powierzchni ośmiu tysięcy metrów kwadratowych boiska to olbrzymie obciążenie – zauważa Sadź.

– Wszyscy ze znanych mi kolegów, którzy się tym zajmują, przed ważnym meczem monitorują pogodę co trzy-cztery godziny. Gdy śnieg spada na matę trzy dni przed dniem meczowym, są potrzebne dodatkowe siły, by ten śnieg zdjąć. Chodzimy po tej trawie, ona jest nie do końca dotleniona. Potem zdejmujemy maty, przychodzi minus piętnaście stopni. Wygrzana trawa, mówiąc kolokwialnie, przeziębia się, doznaje szoku termicznego. Nie ma idealnych rozwiązań. Nie jesteśmy Hiszpanią, La Ligą, gdzie mają systemy chowania murawy i pielęgnacji trawy w zupełnie innych warunkach – rozkłada ręce greenkeeper.

Arka - Lechia

Reklama

Mecz Arka – Lechia na stadionie w Gdyni

Wiosna pod koniec stycznia? Raczej nie w Polsce

Wniosek jest więc z grubsza taki: jeśli w kontekście polskiej ligi chcemy nazywać wiosną koniec stycznia, nie możemy oczekiwać, że murawy będą rzeczywiście miały z wiosną wiele wspólnego. W pierwszych kolejkach po przerwie zimowej oglądamy więc mecze, w których piłka kopnięta po ziemi podskakuje na nierównościach, zwalnia, zachowuje się nie w taki sposób, jakiego piłkarze by oczekiwali.

I trenerzy mówią o tym wprost.

– Warunki boiskowe miały tu ogromne znaczenie – na tej murawie praktycznie nie dało się wymienić dwóch podań z pierwszej piłki. (…) Byłem na tym boisku zarówno dzień wcześniej, jak i w dniu meczu i mogę powiedzieć jasno: w ataku pozycyjnym, gdzie kluczowa jest gra na jeden kontakt i element zaskoczenia, ta nawierzchnia bardzo to utrudniała – stwierdził trener Arki Gdynia, Dawid Szarga, po pierwszym domowym spotkaniu po przerwie zimowej.

Reklama

Trener Lecha, Niels Frederiksen, po ostatnim meczu w Łodzi mówił tak:

– Nie da się kontrolować spotkań, kiedy gra się na boiskach, które są w takim stanie. To nie wymówka, bo warunki były takie same dla obu drużyn, ale piłka często odbijała się nieoczekiwanie, zachowywała się w sposób nienaturalny.

Mecz Widzew – Lech w 24. kolejce Ekstraklasy – fot. Screen – Canal+ Sport

Reklama

Na stan boiska w Lublinie narzekał po meczu z Górnikiem Mateusz Stolarski, choć miał dużo zrozumienia dla tej sytuacji.

– Murawa jest najsłabsza od momentu kiedy jestem trenerem Motoru, ale nie mam do nikogo pretensji. Graliśmy pierwszy mecz przy minus piętnastu stopniach, kolejny był przy temperaturze minus jeden, nie mamy dodatkowego naświetlenia murawy, a trawa też nie była dawno wymieniana – mówił trener Motoru po meczu z Górnikiem.

– Nie jestem ekspertem, natomiast to, co się stało na początku rundy, kiedy musieliśmy grać w ekstremalnych warunkach, spowodowało, że ta trawa wygląda jak wygląda – wyjaśnił.

I dotknął sedna problemu. Gdy przed rozpoczęciem rundy rozmawialiśmy z Maciejem Wątróbką, prezesem Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji w Lublinie, mówił on tak:

Reklama

– Trzeba wziąć pod uwagę prognozy i te temperatury, które są przewidywane, czyli około 12 czy 13 stopni mrozu w dzień. Patrząc pod kątem zdrowia piłkarzy i stanu murawy, ale także z myślą o następnych kolejkach, ja podjąłbym decyzję o odwołaniu tej serii gier.

Taka decyzja jednak nie zapadła.

Mateusz Stolarski

Mateusz Stolarski

Reklama

Wiadomo, terminarze są napięte. Przekładanie meczów to duże wyzwanie logistyczne – dla klubów, nadawcy telewizyjnego, kibiców, wszystkich. Natomiast czy w tym akurat przypadku nie wyszłoby to wszystkim na dobre?

Takie myśli nasuwają się, gdy miesiąc później słucha się wypowiedzi takich, jak poniższa, autorstwa Goncalo Feio.

– Jak się gra na takim boisku, to futbol jest wolniejszy. Ciężej rozwinąć maksymalne prędkości, wyniki motoryczne są gorsze. Musisz przyjąć, poprawić, tracisz na płynności gry, wizualnie jest to mniej dynamiczne, intensywne. (…) Murawa w takiej kondycji to dla nas kolejny przeciwnik, to destrukcyjne – mówił trener Radomiaka.

I zaznaczył, podobnie jak robią to inni trenerzy, że trzeba się dostosować do tych warunków, nie szukać usprawiedliwień, pogodzić się z losem. Co to oznacza? Najczęściej grę prostymi środkami. Długa piłka, mało efektownych wymian podań. W lidze, która na nadmiar tego rodzaju wrażeń nie narzeka, jej resztki zostały poświęcone w imię kurczowego trzymania się terminarza. Cierpią na tym – tak by się mogło wydawać – główni zainteresowani, czyli piłkarze i kibice. Ci pierwsi nie mają często możliwości, by w pełni wykorzystać swoje umiejętności, drudzy dostają produkt o obniżonej jakości. Pozostaje im się pocieszać, że przynajmniej dostają go na czas.

Reklama

– W ekstremalnych warunkach są możliwości, by ten mecz przesunąć. Wiem, że to też kwestia telewizji, ale to wszystko jest do wypracowania – przekonuje Sebastian Sadź.

Szło dobrze, dopóki nie trzeba było grać

Chęć grania na początku stycznia mimo niesprzyjających warunków można odczytywać w pewien sposób jako uzasadnioną ekonomicznie – celem było, żeby każdy otrzymał to, co zamówił, na czas. Natomiast konsekwencje tej decyzji do korzystnych ekonomicznie nie należą. Dla większości podmiotów zajmujących się stadionami oznacza to bowiem okres wzmożonej pracy, by boiska doprowadzić do jako-takiej używalności, a to przecież dodatkowe koszty.

W przypadku Lecha Poznań decyzja o zagraniu meczu z Lechią okazała się dla trawy zabójcza. Wymieniona kilka miesięcy wcześniej nawierzchnia po pierwszym spotkaniu w 2026 roku się poddała.

– W styczniu szło wszystko perfekcyjnie, bo trawa była doświetlana, przykryta geowłókniną, podgrzewana od dołu i działały wentylatory, które poprawiały cyrkulację powietrza. Niestety, mecz z Lechią Gdańsk odbył się w ekstremalnych warunkach pogodowych. Źdźbła trawy były zamarznięte i wiele totalnie się połamało, były nie do odratowania – informował Maciej Henszel, menedżer ds. komunikacji Kolejorza.

Reklama

Lech Poznań stadion

Stadion w Poznaniu przed meczem z Górnikiem Zabrze (Puchar Polski) po wymianie połowy murawy

Oczywiście Lech to przypadek specyficzny – tam utrzymanie murawy nigdy nie należało do najłatwiejszych zadań. Tym bardziej wydaje się, że decyzja o graniu w siarczystym mrozie była obarczona sporym ryzykiem.

– To trudny obiekt – przyznaje Sebastian Sadź. – Jest pokryty membraną, wszystko jest w głębokim cieniu, zero cyrkulacji powietrza. Mają tam przeogromny problem z utrzymaniem trawy, a co dopiero w takich ekstremalnych warunkach. Temperatura spada nisko, jak mamy -12 czy -15, to przy gruncie może być jeszcze mniej, a zimne powietrze jest cięższe od ciepłego. Z natury ciężko to utrzymać.

Reklama

Poznański klub cokolwiek kosztowną decyzję o wymianie murawy był w stanie podjąć niemal z dnia na dzień, ponieważ jest zarządcą stadionu przy Bułgarskiej. Takiego komfortu nie ma choćby Widzew, który obecnie funkcjonuje w podobnych realiach finansowych co Kolejorz, ale którego stadionem zarządza miejska spółka MAKiS (Miejska Arena Kultury i Sportu).

Murawa na stadionie przy al. Piłsudskiego w Łodzi była zużyta, to fakt. Po zimie nadaje się już jednak do natychmiastowej wymiany. Ta ma nastąpić dopiero po zakończeniu sezonu.

Zależność od spółki miejskiej zawęziła też pole działania Radomiakowi. Prezes klubu, Sławomir Stempniewski, przyznał, że choć w Radomiu robili, co mogli, by murawę uchronić przed niszczycielskim działaniem zimy, ostatecznie najlepsze, co można było zrobić to wymienić całą nawierzchnię.

Od początku obecnego sezonu Radomiak jest – w odróżnieniu od sezonu poprzedniego – wynajmującym boisko od MOSiR-u. Nie mamy wpływu na jego stan. W umowie jest tylko zawarte, że musi ono spełniać standardy Ekstraklasy. Trudno mówić o dobrych warunkach gry, gdy w niektórych miejscach brakuje trawy. Padliśmy ofiarą niespotykanej w ostatnich latach zimy, która sprawiła, że boisko wygląda jak wygląda. (…) W pewnym momencie sugerowaliśmy MOSiR wymianę murawy, ale nie udało się tego przeprowadzić – tłumaczył Stempniewski.

Zależność od miejskiej spółki jest dla klubu ograniczeniem, bo z kolei spółka, nawet jeśli chciałaby zadziałać szybko, jest ograniczona procedurami.

Kwestią kluczową w temacie wymiany murawy jest czas, są przepisy, przetargi. MOSiR został zaskoczony taką zimą, dlatego nie zdołano już wymienić tej murawy. Plan wymiany jest, ale mam nadzieję, że za moment wybuchnie wiosna i nie będzie tego problemu, bo trawa urośnie – mówił prezes Radomiaka.

Warto wyciągnąć wnioski

W tym wszystkim są osoby, które są nieco w cieniu, a odgrywają w tej trudnej sytuacji kluczową rolę – groundsmani.

– Mało kto wie, że groundsmani pracują pod presją opinii publicznej. Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, jak to wygląda od kuchni, co oni robią, by doprowadzić trawę do ładu. Niejednokrotnie to czarodzieje – twierdzi Sadź.

Nasz rozmówca zwraca uwagę, że od ludzi zajmujących się murawami niekiedy wymaga się cudów, a niekoniecznie idzie z tym w parze odpowiednie docenienie ich pracy.

Stadion Górnika Zabrze, luty 2023 roku

– Co roku dzieją się takie same dramy. Nie jesteśmy w stanie w zimie utrzymać murawy na odpowiednim poziomie. Podejrzewam, że to wszystko jest do zrobienia, ale to kwestia liczebności personelu i jego wynagrodzenia, czyli motywacji i chęci do pracy. Wszystko to składa się na sukces. Wiem też, że chłopakom nadal brakuje sprzętu. Są nowe technologie, nowe formy agrotechniki, aeratorów, to pomaga w podtrzymaniu wegetacji – wyjaśnia.

– W takich warunkach, przy dziwnych komentarzach ludzi z zewnątrz, którzy może nie do końca rozumieją, jak funkcjonuje roślina, można się wypalić zawodowo. Choć to i tak się mocno zmieniło. Mental wśród zawodników, trenerów, zmienił się. Trenerzy rozmawiają z groundsmanami, oszczędzają boiska. Idziemy w dobrą stronę – zaznacza.

W takich okolicznościach jak obecne, nawet przy najlepszych greenkeeperach wciąż mnóstwo zależy od warunków atmosferycznych. W tym kontekście nadchodząca wiosna daje pewną nadzieję, że wkrótce murawy będą w lepszej kondycji.

Sebastian Sadź zachowuje jednak ostrożność.

– Teraz mamy trochę fajnej pogody, nie wiadomo, jak to dalej będzie w marcu i w kwietniu. Jest jak jest. Murawy na pewno będą zniszczone i będzie dużo prac renowacyjnych.

Na koniec greenkeeper wskazuje, że z obecnej sytuacji należy wyciągnąć wnioski na przyszłość.

– Warto rozmawiać. Stadion stadionowi nierówny, pogoda też bywa różna każdego roku. Warto byłoby mieć jakiś zarys tego, jak radzić sobie w ekstremalnych sytuacjach. Może odpuścić mecz, przenieść go na inny termin, bo to później generuje potężne nakłady środków.

WIĘCEJ O POLSKIEJ PIŁCE NA WESZŁO:

Fot. Newspix

40 komentarzy
Aleksander Rachwał

Zainteresowany futbolem od kiedy jako 10-latek wziął wolne w szkole żeby zobaczyć pierwszy w życiu mecz reprezentacji Polski na mistrzostwach świata. Na szczęście później zobaczył też Ronaldo wygrywającego mundial, bo mógłby nie zapałać uczuciem do piłki. Niegdyś kibic ligi hiszpańskiej i angielskiej, dziś miłośnik Ekstraklasy i to takiej z gatunku Stal Mielec – Piast Gliwice w poniedziałkowy wieczór.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Ekstraklasa