Kto wie, czy „turyści” to nie najpopularniejsze słowo, jakiego internauci używają, pisząc o występach Polaków na igrzyskach. Niekoniecznie na tych włoskich. To przecież hasło powtarzające się od lat. Hasło – tak uważam – kompletnie błędne. Bo nie sądzę, by na igrzyskach ostatecznie znalazł się w polskiej kadrze jakikolwiek „turysta”. Nawet jeśli czasem może kusić, by kogoś tak nazwać.
Turyści na igrzyskach? Pora przestać tak mówić
Denerwuje mnie to podejście do sportu i sportowców. Nie tylko naszych, bo często przekłada się ono na ogół. Wiecie, podejście na zasadzie: „po co wysyłać ich tam tylu i tylu? Przecież 80 procent z nich nie ma szans na medal!”. Nie mówię, że to drugie zdanie to nieprawda. No, może jedynie nieco mógłby się różnić ten procent.
Generalnie jednak – tak, większość reprezentantów Polski jedzie na igrzyska bez szans na medal.
Pytanie jednak: czy chcemy, by igrzyska były tylko walką o medale? Przecież nawet historycznie to impreza mająca celebrować sportową rywalizację. Przy okazji pierwszych nowożytnych igrzysk, owszem, celebrowano mistrzów. Ale doceniano też każdego, kto w nich wystartował. Teraz też się to zresztą czasem dzieje: co jakiś czas świat obiegają przecież obrazki zwycięzców biegów narciarskich, którzy czekają na ostatniego zawodnika.
Albo, dajmy na to, wielkiego mistrza zbijającego piątkę z reprezentantem egzotycznego państwa. To naprawdę fajne momenty. Takie, który przypominają o tym, czym igrzyska olimpijskie powinny być, a czym są coraz rzadziej.
Wystarczy jednak by jakiś Polak wylądował daleko w klasyfikacji swojej konkurencji, żeby tego typu myślenie o igrzyskach się u nas zmieniło. Z „no tak, liczy się nie tylko wygrana, ale tez udział” na „a po cholerę on się w ogóle tam ładował?”.
To zmiana szybka, wręcz natychmiastowa. I nieprzemyślana. Tak uważam.
Ograniczenie stawki? Nie docenialibyśmy wyników
Bo, owszem, możemy ograniczyć rywalizację do najlepszych, odrzucając całą resztę. Często widzę taki postulat – wyślijmy tylko tych, którzy mogą realnie walczyć o medale. Albo: igrzyska powinny się ograniczać do światowej czołówki. Wiecie, to taki łatwy chwyt pod polubienia w social mediach, bo jeśli się nad tym nie zastanowimy, to musimy przyznać, że ma to sens.
Ale wystarczy chwila rozważań, by zacząć zadawać pytania i może być ich naprawdę sporo.
Pierwsze z brzegu: czy nie pozbawiamy się w ten sposób szans na jakąkolwiek niespodziankę? No pozbawiamy, wiadomo. Przy takim podejściu do sportu Dawid Tomala nie zdobyłby w Tokio złota. Wojciech Fortuna w Sapporo w 1972 roku pewnie też nie. Ba, gdyby radykalnie ograniczyć stawkę w każdej konkurencji, do – dajmy na to – najlepszych 10 zawodników czy reprezentacji sezonu (uznając, że to właśnie faworyci), to Kacper Tomasiak mógłby we Włoszech skakać tylko w duecie.
Nie jestem pewien, czy tego akurat byśmy chcieli.

Kacper Tomasiak z medalami igrzysk. Czy mielibyśmy je, gdyby na igrzyska wysyłać tylko faworytów? Fot. Newspix
Podobnie nie jestem pewien, czy chcielibyśmy aż tak ograniczać rozwój sportu.
Bo ustalenie takich limitów na pewno zabiłoby niektóre dyscypliny w wielu krajach. Biegi narciarskie stałyby się domeną maksymalnie jakichś trzech państw. A w niektórych – w tym, być może też w Polsce – kompletnie by zniknęły. Kto wie, czy gdyby w latach 90. ktoś stawkę na igrzyskach tak drastycznie okroił, to Justyna Kowalczyk w ogóle by się pojawiła? Czy ktokolwiek w naszym kraju uznałby, że warto ją prowadzić do biegów na nartach?
Zasadne wydaje się stwierdzenie, że mogłoby jej zabraknąć. A byłaby to przecież ogromna strata dla całej historii polskiego sportu.
Pytania są i inne: czy gdyby startowała tylko czołówka, to bylibyśmy w stanie dostrzec, jak genialna ona jest? Bez porównań do słabszych zawodników? W Internecie przecież co jakiś czas trafia się też pomysł zupełnie w drugą stronę – by do rywalizacji na niektórych zawodach włączać „przeciętnego człowieka”, ot, żeby można było zademonstrować, jak daleko z przodu są zawodowi sportowcy.
Wiecie, to tak jak z Brianem Scalabrine’em, który w NBA odstawał, ale bez litości ograł krytykującego go fana, jeden na jednego. A potem rzucił: „Jestem znacznie bliżej LeBrona, niż ty jesteś mnie”. I prawda jest taka, że 99% olimpijczyków też by nas w swoim sporcie pokonało. Ten jeden procent zostawiam, bo może jakiś hobbysta biegów narciarskich zdołałby wyprzedzić kogoś z końcówki stawki.
Poza tym byłaby to jednak dominacja. Tak jak Johannes Klaebo dominuje nad rywalami. A fakt, że ma ich tam wielu, pozwala docenić rozmiary tej dominacji.
CZYTAJ TEŻ: NORWEG PRZESZEDŁ DO HISTORII. MA SZEŚĆ ZŁOTYCH MEDALI!
Czy byłyby medale, gdyby nie porażki?
Ale zostawmy już pomysł z limitami. Przecież gdyby z kolei ograniczyć wysyłanie „turystów” – w rozumieniu: zawodników bez szans na medal – to też wiele byśmy stracili. Weźmy pod uwagę naszych indywidualnych medalistów z XXI wieku sprzed obecnych igrzysk:
- Adam Małysz na pierwsze igrzyska jechał bez formy. W Nagano 1998 ostatecznie dwukrotnie nie wszedł do drugiej serii.
- Tomasz Sikora na trzech igrzyskach przed Turynem nigdy nie był indywidualnie wyżej niż na 25. miejscu.
- Justyna Kowalczyk to w tym gronie wyjątek – brązowy medal w Turynie zdobyła debiutując na igrzyskach.
- Zbigniew Bródka w Vancouver 2010 był 27. na dystansie 1500 metrów. Czyli tym samym, który cztery lata później dał mu złoto.
- Kamil Stoch w Turynie i Vancouver zawsze wchodził do drugiej serii, ale najwyżej był 14.
- Dawid Kubacki w Soczi skakał raz, nie przeszedł do drugiej serii. W Pjongczangu też raz mu się to nie udało, a raz był 10.
Innymi słowy – na sześć osób z medalami tylko jedna krążek zdobyła od razu, w swoim pierwszym starcie. Reszta musiała przejść olimpijski chrzest (a czasem i kilka)… i w sumie nikt z tego grona nie zaliczał go w momencie, gdy faktycznie miał szansę na medal. Pytanie brzmi: czy ktokolwiek jest w stanie zagwarantować, że bez tych olimpijskich doświadczeń dalej mielibyśmy wszystkie te medale?
Obycie się z presją olimpijską ma przecież znaczenie. Wielu fantastycznych zawodników na igrzyskach przepadało (klasyczny przykład z tych teraz – Ilia Malinin w łyżwiarstwie figurowym, który zawalił solowy występ).
Adam Małysz – gdyby nie zapoznał się z igrzyskami w Nagano – jechałby do Salt Lake City w nieznane. I kto wie, może jakoś by to na niego wpłynęło?
Nikogo nie nazwę turystą
Jest jeszcze inna strona tego medalu: jestem w stanie się założyć, że ktoś w 2010 roku mógłby napisać czy powiedzieć o Bródce, że to turysta. Tak samo o Kubackim w 2014. Rzucamy bowiem tymi hasłami bez chwili zastanowienia.
Wiadomo, są sytuacje, gdy wydaje się to uzasadnione. Kusi tak napisać, gdy Maciej Staręga przegrywa w biegu z reprezentantami egzotycznych państw. Albo gdy Michał Jasiczek nie dojeżdża – trzeci raz z rzędu – do mety slalomu na igrzyskach.
Ten pierwszy przypadek to jednak na pewno nie turysta. Staręga przez wiele lat trzymał przy życiu nasze męskie biegi, a na igrzyska jechał z nadziejami na w miarę dobry wynik w sprincie, nie na 10 kilometrów. Nie wyszło – bywa. Akurat jemu, biorąc pod uwagę przeszłość, nie zarzucałbym, że się nie starał, czy że zabrakło zaangażowania. Większe pretensje miałbym do tego, co dzieje się w polskich biegach, że to dalej on, 36-latek, który pierwotnie chciał kończyć ze sportem po Pekinie, cztery lata temu, jest jednym z najlepszych Polaków i ma to miejsce na igrzyskach.
A Jasiczek? Prędzej nazwałbym go „cwaniakiem”, biorąc pod uwagę to, jak w ogóle dostał się na igrzyska i jego wyniki na tychże. Ale jeśli ktoś chce być sportowym turystą, to są kierunki ciekawsze, niż włoska impreza, z której… w sumie nic się nie wywiezie. Bo że Jasiczek skończy bez miejsca gwarantującego stypendium – było oczywiste.
CZYTAJ TEŻ: MICHAŁ JASICZEK ZNÓW PECHOWY. NIE UKOŃCZYŁ PRZEJAZDU
Jednak: wyjazd dla samego wyjazdu? Kurczę, nie wiem, nie widzi mi się takie założenie.
Zresztą – zdaje się, że każdy sportowiec ma jednak jakieś swoje ambicje. Gdyby nie chciał, to po co w ogóle próbowałby się na igrzyska dostać? Jasne, dla jednych ambicjami będzie walka o złoto, dla innych walka o podium, a dla jeszcze innych… walka. Po prostu. O jak najlepszy wynik, o season best, życiówkę, a czasem – po prostu o to, żeby pojechać, pobiec czy skoczyć dobrze.
I daleki jestem od tego, żeby komukolwiek z naszych reprezentantów zarzucać, że o to nie walczy (przynajmniej dopóki sam tego nie przyzna, bo zdarzały się i takie przypadki – uznajmy, że to ten jeden, jedyny przypadek, gdy można użyć słowa turysta i nie będę próbować się z tym kłócić). Owszem, mogę krytykować nieudane przygotowania, formę czy postawę w wywiadach. A pewnie i inne rzeczy. Nie będę jednak krytykować tego, że w ogóle na te igrzyska pojechali. Zapracowali sobie na to, mają prawo wystartować i się tym cieszyć.
Bo po to ta impreza też w końcu jest.
Nawet jeśli z każdym kolejnym rokiem coraz bardziej o tym zapominamy.
SEBASTIAN WARZECHA
Fot. Newspix